Dziesięć kochanek filmu

Musical i Film - romans spektakularny

Źródło grafiki: http://assets.inhabitat.com/wp-content/blogs.dir/1/files/2013/06/nymphs-bouguereau2-537x380.jpg
Po rozwinięciu tragedii greckiej i sztuki śpiewu w dialog, grę ruchem (w szczególności tańcem) oraz piosenkę otrzymamy proste skojarzenie Melpomeny z musicalem. Obecnie gatunek ten nie należy jednak do najpopularniejszych. Czyżby piąta w naszym zestawieniu Muza zaniedbała swoje obowiązki i pozwoliła podopiecznemu odejść w filmowy niebyt?
Początki musicalu na dużym ekranie to, rzecz jasna, adaptacje broadwayowskich hitów. Gra z teatralnymi wzorcami pozwoliła wykształtować podstawowe schematy i konwencje, a także wprowadzić nową jakość do historii kina. W świecie filmu tylko musicale pozwalają na syntezę tak wielu sztuk: aktorstwa, muzyki, tańca, śpiewu… Jeśli za prawdę uznamy stwierdzenie, że słowa nie są materiałem wystarczającym do kompletnego opisu świata, który nas otacza, to czy filmy muzyczne nie stoją wtedy w pozycji formy wręcz idealnej? Dialogi posuwają akcję naprzód, partie wokalne pozwalają wyrazić pełnię emocji, numery taneczne rozładowują nagromadzone napięcie, a wszystko to zgrabnie łączy się w celu skonstruowania fabuły czysto rozrywkowej lub pozwalającej na zgłębienie poważniejszych tematów. W teorii założenia gatunku wyglądają pięknie...

...ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Dawno minęły już czasy godnego wykorzystania potencjału oferowanego przez musical. Współcześnie najwięcej produkcji tego typu powstaje w obrębie kina z niższej półki, niedocenianego, lekceważonego, infantylnego, niepopularnego. Bo z czym przede wszystkim kojarzą nam się sceny grupowych, zsynchronizowanych tańców i śpiewów? Oczywiście z Bollywood (czy też – jak woleliby Hindusi – z hindi cinema), które przez laików nie jest oceniane najlepiej. Nieobeznani ze sprawą utożsamiają Bollywood głównie z kiczowatą scenografią, romansidłem rodem z harlequinów i niepoważnym językiem hinglish (hybryda języka angielskiego i hindi). Dla pasjonatów i znawców kina orientalnego to zapewne o wiele więcej, ale w niniejszym cyklu rozważamy obecność Muz w kinie mainstreamowym, więc liczy się przede wszystkim doświadczenie zbiorowe, wrażenie ogólnospołeczne, które dodatkowo łączy musical z produkcjami skierowanymi do młodych odbiorców. Pierwsze filmy muzyczne, z którymi się zetknęliśmy w naszym młodzieńczym życiu, to prawdopodobnie właśnie disneyowskie bajki, a w nich disneyowskie księżniczki i inne potworki wyśpiewujące historie swego losu. I chociaż filmy te dostarczyły nam tak niepowtarzalnych i wdzięcznych utworów, jak Hakuna matata z Króla Lwa i Kolorowy wiatr z Pocahontas, to nadal pozostają one w podrzędnej grupie filmów „dla dzieci”. Chyba i tak lepsze to niż włożenie ich do worka „dla młodzieży”, również wypełnionego muzycznymi produkcjami Disneya. Hasła „High School Musical czy „gwiazdka Disneya” nie zwiastują dobrego kina.

Powyższe przykłady, choć składają się na zbiór najbardziej licznych reprezentantów musicali, zapisują się w powszechnej opinii jako te „gorsze”, „niepoważne”. Co nam zatem pozostało? Niewiele. Spójrzmy jednak najpierw na drugą połowę ubiegłego wieku – będzie to przeciwwaga dla pierwszej części tekstu. Powstały wtedy filmy, które odbiły się głośnym echem w świecie kina. Filmy, które sowicie nagradzano: My Fair Lady (osiem Oscarów!), Dźwięki muzyki, Skrzypek na dachu, Evita. Filmy, które swoimi ścieżkami dźwiękowymi wzbogaciły repertuar radiowy: Deszczowa piosenka (Singing in the Rain), Blues Brothers (Everybody Needs Somebody to Love). Filmy tak kultowe, że mogą służyć jako diagnoza swoich czasów: Grease, Hair. Film zaskakujący ujęciem tematyki biblijnej: Jesus Christ Superstar. A poza tym jest też film Woody'ego Allena, któremu nie straszna żadna forma – Wszyscy mówią: kocham Cię. Bez obejrzenia przynajmniej części tych filmów nie ma mowy o znajomości podstawowych kodów popkultury.

Jeśli natomiast chodzi o okres od roku 2000 do chwili obecnej, udało mi się naliczyć jedynie piętnaście większych produkcji, z których ponad połowa raczej nie jest godna polecenia. Za to obok tych najlepszych trudno przejść obojętnie – czy komuś forma się podoba czy nie, musi docenić choć niektóre elementy całości, takie jak chociażby kreację Björk w Tańcząc w ciemnościach. Albo dwa filmy – obydwa nasycone cechami wielkiego show, z doskonałą obsadą i cudną atmosferą musicalową – Moulin Rouge oraz Chicago. Warto wspomnieć też o psychodeliczno-beatlesowym Across the Universe. I o równie szalonym, choć zdecydowanie podążającym w stronę demonizmu Sweeney Todd. Na koniec wypada jeszcze powiedzieć o jednym z bohaterów ostatniej gali oscarowej – filmie Les Miserables Nędznicy . Najnowsza adaptacja powieści Victora Hugo mnie osobiście nie zachwyciła (choć na przekór powszechnej opinii uważam, że Russell Crowe wypadł całkiem przekonująco), ale muszę przyznać, że niektóre piosenki (na przykład Look Down) przyprawiają widzów o dreszcz podniecenia... No i proszę. Trzynaście lat dało nam jedynie sześć dobrych musicali – w dodatku ich genialność nie jest wcale nie do zakwestionowania. A przecież nasze czasy to czasy wielkich produkcji, spektakularnych efektów, olbrzymich nakładów finansowych, nadzwyczajnych widowisk. Śmiało można nazwać te okoliczności środowiskiem naturalnym dla musicali, a jednak wciąż są one zjawiskiem marginalnym.

Jeden dobry musical rocznie. Wydawałoby się, że to niezbyt wysokie wymaganie, a jednak obecnie i tak nieosiągalne do zrealizowania. Filmy katastroficzne, sensacyjne, komediowe, polityczne, horrory i melodramaty – takich powstają dziesiątki. A przecież musical może stać się równocześnie każdym z nich! W czym tkwi przeszkoda? I czy można ją obejść, czy może będziemy świadkami śmierci gatunku? A może to tylko kolejny kryzys w sinusoidalnej historii musicalu, po którym nadejdzie spektakularne odrodzenie?


Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.