Obejrzeliśmy

Dom, którego Jack nie zbudował

Są filmy, o których już po kilku minutach wiadomo, że ludzie będą podzieleni w opiniach na ich temat. Można nawet wyczuć, że sala kinowa będzie powoli pustoszeć. Mimo niechęci często wzbudzanej przez takie dzieła trudno również zaprzeczyć, że od czasu do czasu trafia się wśród nich perełka. Dom, który zbudował Jack jest jedną z nich.
Chociaż Lars von Trier należy do artystów postulujących powrót do kina realistycznego, sam ucieka się do ukazywania rzeczy nadnaturalnych, wykraczających poza ludzkie pojmowanie i nieco fantastycznych. Jego obrazy często przybierają formę sennych mar, które tylko pozornie rzeczywiste, często tworzą mieszankę kultury wysokiej z najniższym rodzajem popkultury i ostatecznie dają całość wysoce nieprawdopodobną i trudną w odbiorze.

Realizm proponowany przez von Triera widoczny jest na pewno w naturalistycznym podejściu do ukazywania zła, wynaturzeń i wulgarności ludzkiego ciała. To jeden z tych artystów, którzy nie boją się wygonić z kina widza, jeśli okaże się nieodporny na jego wizję i sposób ukazywania rzeczywistości. Wydaje się wręcz dumny z tego, że jedni go hołubią, a inni nienawidzą. Zupełnie jakby pracował w myśl zasady, że jeśli wszyscy cię kochają, jesteś marnym artystą.

Larsa von Triera uznaje się często za psychopatę i człowieka ogarniętego mrokiem. Czy to prawda? Ustami głównego bohatera swojego najnowszego filmu reżyser przekazuje bardzo ważną myśl, która bez problemu mogłaby się stać podstawą pracy doktorskiej w zakresie psychologii czy socjologii. Twierdzi, że sztuka stanowi tylko sposób na wyrażenie rzeczy, doświadczenie pewnych uczuć, na które w normalnym życiu nigdy byśmy sobie nie pozwolili, ograniczani konwencją, dobrym wychowaniem czy strachem. Czy to czyni z artysty szaleńca? A może wręcz przeciwnie? Może to my jesteśmy szaleńcami w codziennym życiu, nakładającymi każdego dnia maskę na twarz i wciskającymi hamulce przy pierwszej lepszej okazji, choć należałoby nacisnąć gaz oraz wymierzyć karę ideom i ludziom, którzy na to zasługują?

I tak von Trier zaskakuje nas po raz kolejny, pokazując nam mężczyznę cierpiącego na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, który próbuje zbudować sobie dom i jednocześnie opowiada w ciemności komuś obcemu o swoim życiu i swoich dziełach. Próby wybudowania domu (symbol starań dopasowania się do społeczeństwa), wciąż burzony i rozpoczynany na nowo budynek, przerysowywane plany i przerabiane modele – wszystko to syzyfowa praca człowieka, który nie dopuszcza do siebie myśli o porażce i jednocześnie zwala niepowodzenia na karb swego perfekcjonizmu i talentu tkwiącego w jego umyśle, zbyt wielkiego, aby dorównywały mu zdolności rąk.

Von Trier daje nam bohatera eklektycznego, mimo że widz może to stwierdzić jedynie pozornie. Poznajemy bowiem artystę, inżyniera i filozofa, ale nie poznajemy człowieka. Zupełnie jakby von Trier celowo pokazywał nam nie konkretną osobę, ale spersonifikowaną ideę. Ideę, która głosi, że świat został odrealniony, zamknął się w sobie. Każda istota ludzka funkcjonuje we własnej zamkniętej rzeczywistości, nie dostrzegając innej, a najłatwiejszym sposobem na ukrycie się jest pozostawanie na widoku, nikt bowiem nie zwróci na ciebie uwagi, kiedy będziesz sprawiał chociażby pozory, że tego chcesz.

Jack jest również zabójcą lub, jak kto woli, samą ideą tłumaczącą sens śmierci: osiąganie coraz wyrazistszych przekazów w sztuce i sprawianie, by stawała się bliższa prawdziwej natury ludzkiej, czyli potrafiła ukazywać skrajności oraz wulgarność egzystencji. Jack jest jednak zabójcą z bardzo specyficznym podejściem do zabijania. Śmierć służy mu bowiem jedynie do ukazania zmienności materii, pozwala mu na lepienie rzeczywistości według samodzielnie stworzonego modelu. Bohater przyjmuje rolę boską i rzuca wyzwanie prawom panującym w społeczeństwach ludzkich od tysiącleci. Sprawia wrażenie personifikacji jakiejś idei tak bardzo, że widz przez ponad dwie godziny nie potrafi znaleźć w nim ani krztyny człowieczeństwa i tego, co na człowieczeństwo się składa, czyli przede wszystkim empatii i umiejętności odróżniania dobra od zła.

Jack przełamuje tabu. Cierpienie niewinnych, które tak rzadko można obejrzeć na wielkim ekranie bezpośrednio, bez odwracania kamery, tu ukazane bez niedomówień, odbiera widzowi możliwość spekulacji, niweczy nadzieję, nie pozwala na odciągnięcie myśli od wydarzenia następną sceną. Bohater dokonuje czynów okrutnych do tego stopnia, że jedyne, czym można je określić, to groteska, którą w pewnym momencie się stają. Dla von Triera nie jest tematem tabu okrucieństwo wobec dziecka, matki dziecko opłakującej czy zwierzęcia. Każde z nich dostaje od Jacka własną próbkę jego wynaturzenia, niezależnie od tego, czy widzimy go jako małego chłopca, czy jako dojrzałego mężczyznę.

Matt Dillon gra swoją postać tak jakby rzeczywiście się nią stał. Symbioza, którą osiągnął z Jackiem, przeraża tak bardzo, że aż wydaje się nierzeczywista. Widzimy nie aktora, ale demona obleczonego w ludzką skórę, który zapomniał, że jest człowiekiem, albo może nawet nigdy nim nie był. Widz doświadcza nieustającego uczucia niepokoju z powodu beznamiętnego spojrzenia, od czasu do czasu tylko zaburzonego kompulsywnymi napadami, które zamiast zbudować w nim człowieczeństwo powiększają tylko obraz jego szaleństwa w oczach widowni. Matt Dillon jest tu równie przerażający, co genialny.

Warstwa symboliczna tego obrazu, mimo że dość oczywista dla renesansowo wykształconego człowieka, może stać się problemem dla osób, które nie wrosły w kulturę śródziemnomorską. Wszechobecna filozofia oraz rozważania ontologiczno-artystyczne zmuszają widza do zadania sobie pytań, na które nie ma czasu odpowiedzieć podczas seansu, ponieważ zaraz pojawiają się nowe. Liczne nawiązania do kultury wysokiej mimo groteskowości obrazu wymagają od odbiorcy wiedzy ponadpodstawowej. Nic dziwnego, że widzowie opuszczają salę kinową. We współczesnym świecie mimo powszechności szkół myślenie abstrakcyjne i umiejętność zadawania sobie pytań w dalszym ciągu jest udziałem jedynie wąskiego grona ludzi. Innych nadmiar ten po prostu nudzi. Być może właśnie te realia tłumaczą, dlaczego Jack nie zdołał zbudować swojego symbolicznego domu.

Tekst zmierza ku końcowi, a wy nie dowiedzieliście się niemalże nic na temat fabuły? Spójrzcie na plakat. Zastanówcie się, czyj obraz wam przypomina. Znajdźcie autora i przede wszystkim tytuł tego obrazu. Tytuł powie Wam niemalże wszystko.


tytuł: Dom, który zbudował Jack

reżyseria: Lars von Trier

scenariusz: Lars von Trier

obsada: Matt Dillon, Bruno Ganz, Uma Thurman

czas trwania: 2 godziny 35 minut

data polskiej premiery: 18 stycznia 2019

gatunek: dramat

dystrybutor: Gutek Film


Dom, który zbudował Jack obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.