Obejrzeliśmy

Sympatyczna księga rasizmu

W latach 60. wybitny czarnoskóry pianista Don Shirley wybiera się w trasę koncertową po południowych stanach Ameryki. Podróż przynosi mu wiele chwil sławy i uwielbienia oraz upokorzeń i zniewagi – niejednokrotnie doświadczanych od tych samych ludzi. Artysta jednak spodziewał się takich wrażeń, dlatego zatrudnił jako kierowcę i ochroniarza Tony’ego Vallelongę, cwaniaczka z Bronksu. 
Fabuła filmu Green Book zdecydowanie przyciąga uwagę, tym bardziej, że jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Historia pianisty i jego nieprzeciętna postać – fantastycznie sportretowana przez Mahershalego Ali – są naznaczone niesamowitością. Przedstawia także jedną z tych nieprawdopodobnych i rzadkich przyjaźni, która łączy ze sobą dwa różne światy. W ten sposób widzowie razem z biletem na seans otrzymują gwarancję na pożądany zestaw emocji – zadziwienia i oburzenia, wzruszenia i rozbawienia.

Pierwszą parę wrażeń załatwia nam kontekst społeczny i obyczajowy. Południowe tereny USA zdecydowanie odstają od skojarzeń z typową amerykańską wolnością, tolerancją czy wręcz pochwałą różnorodności. Szczególnie w epoce przedstawionej w filmie, kiedy to mieszkańcy Alabamy czy Luizjany mogli sobie pozwolić na wysłuchanie koncertu genialnego czarnego muzyka, ale w ich definicji obycia nie mieściło się już przyzwolenie, by mógł on skorzystać z toalety w domu czy zjeść obiad w restauracji, w której wystąpi później wieczorem.

Druga para wrażeń, zestaw typowy dla komedii, to w głównej mierze zasługa charakteru Tony’ego – i świetnej gry aktorskiej Viggo Mortensena. Po pierwsze, styl życia tego gościa, który jest w stanie wziąć udział w konkursie jedzenia hot dogów na czas, aby opłacić czynsz, to kopalnia gagów. Po drugie, jego bezpośredniość i szczerość szybko wzbudzają sympatię, chociaż sam nie jest wolny od uprzedzeń czy prostackich zachowań. Po trzecie, chemia między aktorami jest zauważalna i – mimo w głównej mierze sztywnej, konwencjonalnej relacji bohaterów – naznacza wiele scen iskrą niezaprzeczalnego dowcipu.

Jedziemy zatem z pianistą i jego szoferem przez Głębokie Południe, śmiejemy się i złościmy, słuchamy fragmentów kolejnych elektryzujących koncertów oraz przyglądamy się kolejnym bulwersującym przykładom rasizmu. Odhaczamy hotele z tytułowego przewodnika dla Afroamerykanów podróżujących po południowych stanach USA (The Negro Motorist Green Book), żeby przekonać się dobitnie, że Don Shirley nie pasuje do żadnej ze stron podzielonego społeczeństwa. Piszemy razem z Tonym listy do żony i jesteśmy wdzięczni za pełne szyku poprawki jego kompana.

Jednym zdaniem – doświadczamy dobrego, bardzo miłego, sympatycznego i wywołującego ciepełko w serduszkach filmu. Nie wybitnego, nie nowatorskiego, nie kontrowersyjnego i nie społecznie znaczącego. Bo pomysł na trasę Dona to wynik jego uporu i być może pragnienia poczucia przynależności – nawet jeśli do grupy dyskryminowanych i nieszanowanych ludzi. Brak jednak w filmie wglądu w pogłębione motywy którejkolwiek ze stron, znajdziemy za to sporo uproszczeń.

Tak czy inaczej, Green Book warto obejrzeć, bo każdy z nas zasługuje na trochę miłych wrażeń w życiu. A pewnie to też film, do którego dobrze będzie jeszcze wrócić, na przykład podczas seansu z mamą czy jakiegoś leniwego niedzielnego popołudnia.


tytuł: Green Book

reżyseria: Peter Farrelly

scenariusz: Brian Hayes Currie, Peter Farrelly, Nick Vallelonga

obsada: Viggo, Mortensen, Mahershala Ali, Linda Cardellini

czas trwania: 2 godziny 10 minut

data polskiej premiery: 8 lutego 2019

gatunek: dramat, komedia

dystrybutor: M2 Films


Green Book obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City


Magdalena Pawłowska

Redaktor naczelna tego kulturalnego przybytku. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.