Obejrzeliśmy

Niewidzialny narkodziadek w akcji – Przemytnik

Źródło grafiki: Warner Bros. Entertainment Polska
Film jest nakręcony tak, jakby był odcinkiem telenoweli. Clint reżysersko idzie na skróty, wszystko robione jest za szybko, wątki przeskakują chaotycznie, scenariusz ma dziury i jest niedopracowany. Widać typowy dla serialowych tasiemców dramatyzm, przebłyskujący też czasami w grze aktorów. I do tego te liliowce! Mmm… 
A jednak wszystko to ogląda się znakomicie! Podczas seansu zastanawiałem się, czy nie jest to przypadkiem zasługa wyłącznie Clinta Eastwooda, na którego po prostu zawsze patrzy się z przyjemnością. Ale po czasie dochodzę do wniosku, że film angażuje nas z innego względu. Chodzi o historię bohatera, którego nikt nie podejrzewa o to, co naprawdę robi.

Eastwood gra tu Earla Stone'a – starszego, ale na pewno nie statecznego pana. Earl przegapił moment, w którym powinien był poświęcić się rodzinie, i na starość został lekkoduchem bez grosza przy duszy. I właśnie bieda, a nie – o czym starano się nas przekonać trailerami – poświęcenie dla bliskich skłaniają go do podjęcia się pierwszego transportu narkotyków dla meksykańskiego kartelu. Oczywiście to nie tak, że bohater wcale nie ma na uwadze dobra swojej rodziny czy przyjaciół. Ma. I ten wątek przeplata się przez cały film. Lecz to nie żadna historia desperata decydującego się łamać prawo, aby zapewnić byt rodzinie. Earl jest po prostu 90-letnim facetem, na którego nie czeka już ani szczególnie długie życie, ani dostatek. To, jak traktuje swój nowy, niespodziewany fach, jak odpuszcza sobie moralne dywagacje i wyrzuty sumienia, jest więc znacznie ciekawsze niż wszystko, czym mogłaby nas uraczyć podobna historia z kimś młodszym w roli głównej.

Zresztą ktoś młodszy nie byłby bohaterem, który sam w sobie stanowi problem do rozważenia. A tak właśnie jest w przypadku Stone'a. Eastwood gra białego staruszka, czyli osobę właściwie dla społeczeństwa nieistniejącą. Earl żyje poza ramami nowoczesności i współczesnych obyczajów. Jest też niewidzialny dla policji, bo kto mógłby podejrzewać 90-latka o przemyt narkotyków? Ten człowiek nie rzuca się w oczy nawet wtedy, gdy jedzie absurdalnie wielką półciężarówką, na którą nie byłoby stać jemu podobnych dziadków.

Kolejna fajna rzecz w tym filmie to powtykane tu i ówdzie sceny pokazujące jaskrawości współczesnej Ameryki. Trwające po parę minut etiudy śmieszne i straszne zarazem, jak chociażby fragmenty z policyjną kontrolą na drodze, pomocą czarnoskórej rodzinie czy „najlepszymi kanapkami z wołowiną w tej części stanu”. W tych momentach Eastwood chętnie korzysta ze sposobności do pokazania, jak Stany Zjednoczone się zmieniły (lub nie zmieniły) w ciągu kilku dekad. Bohater zaś – przedstawiciel pokolenia weteranów wojny koreańskiej i jeden z tych staruszków mówiących „Nie umiecie sobie poradzić bez swoich smartfonów” – przypomina o sobie w tym zmienionym/niezmienionym świecie. Pyta też widza o ocenę tak swoich zachowań i przyzwyczajeń wyniesionych z dawnych lat, jak i obecnego postępowania. Te pytania nie dają nam spokoju. Cały czas musimy ważyć na jednej szali niezbyt przyjemny charakter bohatera, jego brak wyrzutów sumienia i system wartości pamiętający lata pięćdziesiąte, a na drugiej – realny problem wykluczenia ludzi starszych. Wcielamy się w role sędziów, którzy muszą wydać wyrok, zapoznawszy się z zarzutami i okolicznościami łagodzącymi. Reżyser zwalnia nas z tej konieczności dopiero w jednej z ostatnich scen.

Co do aktorstwa. Bardzo tu nierówno. Film to popis Clinta i Bradleya Coopera. No właśnie. Bradley. Bradley znów gra policjanta i moim zdaniem w Hollywood powinno się wydać jakąś ustawę mówiącą, że wolno mu grać wyłącznie policjantów. On po prostu sprawdza się świetnie, gdy trzeba wykreować ambitnego i nieco niepokornego funkcjonariusza. W Przemytniku jest agentem DEA i mistrzowsko realizuje zamysł reżysera, by nadać ludzką twarz sztywnym i pełnym procedur organom ścigania, które zawsze, ale to ZAWSZE dopną swego. No a Clint – on jest klasą samą w sobie. I znów muszę zwrócić uwagę na jego wiek. Eastwood, kiedyś fantastycznie eksponujący swoje ogorzałe w słońcu twardzielstwo, tu pięknie nie wstydzi się starości. Myślę, że nie bez powodu tyle tu scen, w których widzimy bohatera drepczącego, tańczącego, targającego różne rzeczy i tak dalej. Wszystkie one podkreślają fizyczną stronę starości Eastwooda, jaskrawo kontrastującą z otaczającym go światem.

Cała reszta obsady stanowi tło. Szczególnie dziwi to w przypadku Dianne Wiest. Przecież to aktorka z dwiema statuetkami Akademii na koncie! W Przemytniku gra byłą żonę głównego bohatera. Ma mu za złe, że nigdy nie był blisko swojej rodziny. Tymczasem jej gniew jest tu zupełnie bez wyrazu, a kwestie brzmią jak wyczytywane z promptera. Nie lepiej wygląda sytuacja w przypadku córki reżysera, Alison Eastwood. Szkoda, bo po zobaczeniu tego duetu w obsadzie obiecywałem sobie jakąś szczególną chemię. Na 4+ zasłużył zaś Andy Garcia jako szef narkotykowego kartelu (jak Boga kocham, nie poznałem go). Prawda, że jego niewielka rola była raczej niewymagająca, ale przynajmniej nie był drewniany i widać, że dobrze się bawił na planie. Całkiem okej wypada też większość aktorów grających gangsterów. Może nie prezentowali szczególnie dobrej gry, ale z przyjemnością patrzyło się na to, jak te wydziarane, obładowane bronią zakapiory przemieniają się w trakcie filmu w całkiem sympatycznych facetów, którzy nauczą bohatera wysyłać SMS-y.

Przemytnik to film zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Artykuł poświęcony 90-letniemu staruszkowi, który okazał się mrówką kartelu, musiał być bardzo zaskakujący. Ale czy skłaniał do zadawania takich pytań jak dzieło Eastwooda? Wątpię. Może i zdajemy sobie sprawę z tego, że takie problemy istnieją, lecz trzeba kogoś, kto poświęci im więcej uwagi, byśmy zaczęli się nad nimi zastanawiać. I to jest wielka zasługa Eastwooda, bo jak zawsze kreuje historię w sposób na tyle sugestywny, że zaczynamy brać ją na poważnie. To jest zresztą w nim ciekawe. Moja znajoma powiedziała, że on od lat kręci jeden i ten sam film, tylko w różnych odsłonach. Być może. Ale ilu jeszcze znajdziemy reżyserów i aktorów jego pokolenia, którzy mogą sprawnie opowiedzieć znane z kina historie (bo filmy o przemytnikach to nic nowego) z perspektywy ludzi bardzo już zaawansowanych wiekowo? To, że Eastwood sięga po mocno wyeksploatowane tematy, nie znaczy, że nie umie wydobywać z nich wciąż czegoś nowego. Przemytnika naprawdę warto zobaczyć.

PS: Wspomnieć też należy o muzyce. Arturo Sandoval wspaniale łączy bliski Eastwoodowi jazz z latynoską melancholią, która nawet przemycaniu narkotyków nadaje coś z romantycznego awanturnictwa.


tytuł: Przemytnik

reżyseria: Clint Eastwood

scenariusz: Nick Schenk

obsada: Clint Eastwood, Bradley Cooper, Laurence Fishburne, Dianne Wiest, Andy Garcia, Alison Eastwood

czas trwania: 1 godz. 56 min

data polskiej premiery: 15 marca 2019

gatunek: dramat

dystrybutor: Warner Bros. Entertainment Polska


Przemytnika obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.