Winne the book

Lodowa Kacica

Źródło grafiki: AB
Ta powieść sprawia pewien kłopot. Pomysł na fabułę jest odważny, a powód jej napisania – bardzo osobisty. Tytuł może kojarzyć się z czymś zupełnie innym, a kolejne podrozdziały książki rozpoczynają się w środku zdań. A to nie koniec niespodzianek, więc przede mną spore wyzwanie. Chwyćmy zatem topór w ręce i dajmy upust swojej wyobraźni!
Pavel Kohout, kierowany żądzą zemsty, napisał powieść Kacica – książkę o pierwszej kobiecie, która została katem. Ten czechosłowacki twórca zaczynał jako dziennikarz pisma dla żołnierzy, potem był członkiem partii komunistycznej, a następnie dołączył do grona sygnatariuszy Karty 77, opozycyjnego manifestu intelektualistów. Został w konsekwencji wyrzucony z partii, a jego książki przeznaczono na przemiał. Pozbawiony obywatelstwa swojej ojczyzny, dostał bilet w jedną stronę i przeniósł się do Austrii. Ta wymuszona emigracja miała zresztą bardzo dramatyczny przebieg. Pisarz wraz z rodziną został dosłownie odstawiony na granicę czechosłowacko-austriacką, kiedy wracał z pobytu w Wiedniu: gdy na nic zdały się namowy, żeby dobrowolnie wyrzekł się ojczyzny i wyjechał, Służba Bezpieczeństwa wysadziła go za szlabanem granicznym. Tego dnia Kohout zaplanował zemstę – postanowił rzucić palenie (żeby przeżyć reżim komunistyczny) i dokończyć Kacicę. Oba przyrzeczenia spełnił.

Kacica to powieść alegoryczna i gorzka. A skoro tak, to żeby ją zrozumieć, postanowiłem o nią zapytać Mariusza Szczygła, który umieścił ją w cyklu „Stehlik” wydawnictwa „Dowody na istnienie”. Ciekaw byłem, o czym ta książka opowiada: o seksie, pożądaniu, życiu, śmierci czy polityce? Usłyszałem, że o tym wszystkim. Sam Szczygieł nazywa ją literackim amalgamatem, zespoleniem dwóch czeskich poetyk – kafkowskiej i haszkowskiej. I rzeczywiście, jeśli spojrzeć na Kacicę w ten sposób, to mamy tu stop groteskowej powagi i cynizmu zapierającego dech w piersiach.

Główną postacią książki jest nastoletnia Lizinka, dziewczynka płocha i delikatna. Nie dostaje się do szkoły dramatycznej, bo na przeszkodzie staje jej własny introwertyzm, a liceum klasyczne uznaje ją za zbył ładną. Rodzice postanawiają więc posłać ją do… szkoły katów. Lizinka przyjmuje ten pomysł z aprobatą. Egzamin poszedł jej doskonale, a dyrektor placówki zobaczył w Lizince szansę na wielką reklamę dla szkoły. Bo przecież pierwsza kobieta-kat to wielkie wydarzenie.

W szkole najważniejsi są jej wykładowcy – profesor Vlk i docent Simsa. Ich pozycja daje im przewagę nad wszystkimi. Mają władzę, wiedzę i możliwości robienia co zechcą. Okazują się typowymi tworami systemu. Chowają się za rekwizytami, które nadają im powagi, ale pod spodem skrywają obleśne natury. W rzeczywistości są zwykłymi aparatczykami, tchórzami, którzy naukę traktują jedynie jako przykrywkę dla stosowania przemocy. System daje im siłę tak potężną, że aż boją się jej – tak samo jak ofiary.

Elżbieta Zimna, tłumaczka literatury czeskiej, którą Mariusz Szczygieł nazywa rewizorką polskiego przekładu Kacicy, uważa, że to powieść psychologiczna. Tematem rozważań autora jest psychika osób stosujących przemoc i, co chyba najważniejsze, sposób maskowania owej przemocy pod przykrywką nauki.

Lizinka przyjęta do szkoły katów ma stać się także elementem systemu oprawczego i zarazić się fascynującą mocą zadawania śmierci – właśnie zadawania śmierci, a nie mordowania, bo przecież kat nie zabija, a wykonuje wyrok. Wyrok z kolei z założenia stanowi decyzję sprawiedliwą i przemyślaną. To rozwiązanie ostateczne, ale podparte wiedzą, nauką i analizą. Wyrok śmierci wydany przez sąd ma być dla kata usprawiedliwieniem i uzasadnieniem jego pracy. Kat nie kieruje się zemstą czy niechęcią do ofiary. On wykorzystuje swoją pozycję do zastosowania „leku”. – Lizinka jest poza tym światem, ona ma własne reguły, niepochodzące stąd – mówi Zimna. – Uczy się przemocy i ją wykorzystuje. Jest samą nieświadomością, ona cały czas żyje w innym świecie niż ten ją otaczający. Nie przyjmuje obowiązujących reguł, nie mówi, komunikuje się najwyżej kiwnięciem głowy. To wszyscy wokół stają na głowie, żeby się z nią porozumieć.

Otóż to – otoczenie robi wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę Lizinki. Jej obojętność jest dla wszystkich nieznośna. Lizinki nie obchodzi, że jej oderwanie od tego świata działa na ludzi jak płachta na byka. Bohaterka intryguje wszystkich, ale samo zainteresowanie i jego powody są jej obojętne. Fascynacja dziewczynką zamienia się w silną potrzebę zawładnięcia nią – na przykład seksualnie – ale każda taka próba kończy się niepowodzeniem. Wszyscy, którzy podeszli zbyt blisko, umarli. – Nikt jej nie rozumie, a ona jest lustrem, które ich obnaża – dodaje Zimna. – Zakochują się w wyglądzie, a kiedy chcą zrobić jej coś złego lub wręcz robią, to spotyka ich za to kara. Lizinka jest w sumie zadziwiająco sprawiedliwa.

Kiedy nauczyła się zasad kierujących światem, w którym żyje, a nauczycieli spotkała z jej ręki sprawiedliwość, Lizinka stała się katem idealnym. Młoda kacica wykorzystała wszystko to, czego się nauczyła, przeciwko tym, którzy ją kształcili, ale też chcieli wykorzystać.

A gdyby pokusić się o nakreślenie losów Lizinki już po ostatnim zdaniu książki? – Lizinka to anioł-mściciel. Każdy, kto ma wobec niej złe intencje, zostanie ukarany – uważa Zimna. – Dalej będzie tak samo: zafascynowani gwałciciele i sprawiedliwa kara. Ona pozostanie absolutnie nieświadoma swojej mocy i będzie jej to obojętne.

Skoro w moim cyklu dobieram wina do książek, to także Kacica otrzyma swój trunek. Wyzwania, reguły, zasady, emocje, żądze i ostateczne decyzje – to wszystko znajdziecie w butelce wina, które wybrałem. Powstało ono w wyniku wielkiego ryzyka i sprawdzianu cierpliwości.

W Winnicy Turnau na Pomorzu Zachodnim na początku tego roku uważnie wypatrywano mrozu. Na niedużej ilości krzewów winorośli nie zerwano bowiem jesienią wszystkich winogron. Czekano do zimy. 6 stycznia o godzinie 4 rano temperatura spadła do -7 stopni i winemaster dał znak do zbiorów. Na ćwierćhektarową parcelę porośniętą krzewami johannitera weszło 20 pracowników winnicy. Po 90 minutach zebrano 2375 kg zmarzniętych winogron i rozpoczęło się wyciskanie soku. Po kilku godzinach w kadzi było 550 litrów bardzo słodkiego moszczu. Rozpoczęła się fermentacja. Wino miało swoją premierę w połowie roku. Wtedy na półkach sklepowych zadebiutowały 375-mililitrowe butelki EisweinTurnau Johanniter 2016. Wszystkie wina lodowe charakteryzują się intensywnością aromatów i smaków. Zamrożone winogrona mają bardzo mało soku, bo woda w jagodach pozostaje w stanie stałym. Ich koncentracja zatem zawsze jest oszałamiająca. W przypadku tego wina wąchanie i smakowanie to wędrówka po szczytach doznań organoleptycznych. Wyczuwamy słodycz, ale z zaznaczoną soczystą kwasowością. W aromatach znajdziemy dojrzałe gruszki i suszone jabłka oraz zapach słomy rozgrzanej słońcem. To trunek doskonale zrównoważony z wyczuwalną w ustach mineralnością.

Polski eiswein to na razie rzadkość i nie wiadomo, kiedy powstanie nowy rocznik. Chociaż nie należy do tanich (mała butelka kosztuje 190 zł), to warto sprawdzić, jak z lodowym wyzwaniem poradzili sobie w Winnicy Turnauów.


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.