Filmowa masakra

Rozrywka czy ambitne kino? – przegląd halloweenowych premier

Halloween w naszym kraju wywołuje bardzo skrajne emocje. Jedni uważają, że ma związek z satanizmem i nie powinno się go przenosić na polski grunt, drudzy nie widzą w nim nic złego, a trzeci czekają na 31 października jak na Boże Narodzenie. Niżej podpisany zalicza się do tej ostatniej grupy. W wigilię Wszystkich Świętych bez wyrzutów sumienia może się przebierać za swoje ulubione horrorowe postacie, a wieczorem obejrzeć kilka filmów grozy. 
W pogotowiu zawsze czeka awaryjny zestaw tytułów. W razie gdyby polscy dystrybutorzy nie mieli nic ciekawego do zaoferowania, mam do wyboru kolejny seans Młodego Frankensteina, któregoś z filmów Roba Zombiego czy (oczywiście!) Halloween Johna Carpentera. Zresztą motywem muzycznym tego dnia co roku jest dla mnie ścieżka dźwiękowa właśnie z tej ostatniej produkcji.

Ze wspomnianego zestawu skorzystałem rok temu, kiedy w ostatni weekend października na nasze ekrany wszedł jeden horror, marna Ouija. Narodziny zła. W tym roku sprawa miała się zgoła inaczej. W kinach pojawiły się trzy propozycje, z czego dwie – w odpowiednich klimatach i na odpowiednim poziomie. Niemniej halloweenowy maraton filmów grozy postanowiłem rozpocząć w domu. Bo najlepiej zapowiadała się produkcja Netflixa.

Opiekunka pojawiła się na platformie już 13 października. Nie miałem jednak okazji obejrzeć jej wcześniej. I bardzo się z tego powodu cieszę. Najnowszy film Josepha McGinty’ego Nichola, znanego jako McG, okazał się idealną propozycją właśnie na Halloween. Podkochujący się w swojej opiekunce Cole odkrywa, że jego wybranka jest przywódczynią sekty. W jego domu grupa nastolatków oddaje cześć szatanowi w zamian za spełnienie marzeń. Dzieciak sam będzie musiał stawić im czoła i zrobi to z gracją godną Johna McClane’a.

McG serwuje widzom przede wszystkim ostrą jazdę bez trzymanki przez różne nurty i gatunki. Nietrudno rozpoznać tu inspiracje slasherami, horrorem satanistycznym czy thrillerami z seryjnymi zabójcami. A wszystko to jest utrzymane w duchu kina grindhouse’owego. Oczywiście scenariuszowi można zarzucać płytkość, ale postmodernistyczna zabawa konwencjami i znanymi motywami staje się tutaj wartością samą w sobie. Produkcja jest pełna seksu i czarnego jak smoła humoru. Słowem: ubawiłem się jak prosię!

W podobnym tonie utrzymany jest film Śmierć nadejdzie dziś. Doskonale sprawdził się podczas halloweenowego wieczoru w kinie. Tym razem mamy do czynienia z zabawą konwencją slashera. W skrócie można powiedzieć, że horrorową fabułę zamknięto w motywie z Dnia Świstaka. W swoje urodziny Tree budzi się w pokoju w akademiku obok nieznanego chłopaka. Wieczorem zostaje zabita przez tajemniczego osobnika w masce. Jednakże nie umiera, ale przeżywa ten sam dzień po raz kolejny. I tak w nieskończoność. Musi odkryć, kto pragnie jej śmierci, aby móc zatrzymać to błędne koło.

Celem twórców nie jest przestraszenie widzów. Chcą ich zaskoczyć i rozbawić. Opowieść utrzymano w lekkim tonie, skupiając się na igraniu z oczekiwaniami odbiorcy, zaznajomionego ze slasherową klasyką. Do bólu sztampowe motywy są wywracane na lewą stronę, dzięki czemu nie można mówić o nudzie. Christopher Landon – nie on pierwszy zresztą – tchnął życie w wyświechtane klisze. W jego rękach gatunek ulega dekonstrukcji i przewartościowaniu. Chociaż filmowi daleko do kultowego Krzyku, jest to wciąż dobra, samoświadoma rozrywka.

Na poważnie do Halloween podeszli twórcy kolejnej, ósmej już części Piły. Po Dziedzictwie nie spodziewałem się wiele, a dostałem jeszcze mniej. Nie jest to do końca sequel – o wiele adekwatniej byłoby go nazwać rebootem. John Kramer, czyli Jigsaw, nie żyje od dziesięciu lat. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że wstał z grobu i ponownie zaczął zabijać. W jednej z jego gier bierze udział piątka nieznajomych, których łączy to, że mają grzechy na sumieniu i nie chcą się do nich przyznać.

Sama historia nie ma tu większego znaczenia. I wcale nie przeszkadzały mi bzdurne zwroty akcji i absurdalny finał. Do tego fani serii są przyzwyczajeni. Idąc na każdą kolejną część, liczy się na brutalność i hektolitry krwi zalewające ekran. W mniejszym bądź większym stopniu do tej pory właśnie to otrzymywaliśmy, za to teraz… no cóż. Chyba twórcom zabrakło wyobraźni. Pułapki są mało kreatywne, morderstwa niezbyt brutalne, a przestępstwa ofiar Jigsawa zupełnie pozbawione sensu. Piła. Dziedzictwo nie sprawdza się na żadnym poziomie, a przede wszystkim nie jako propozycja na Halloween. Radzę omijać szerokim łukiem. Ani tu materiału do przemyśleń, ani rozrywki.

Z zupełnie innej bajki niż wymienione wyżej produkcje pochodzi A Ghost Story, które powinno zadowolić nie tyle widzów nastawionych na lekką opowiastkę albo krwawą jatkę, ile nieco snobistycznych koneserów kina ambitnego i niezależnego. Z plakatu spogląda na odbiorców postać w białym prześcieradle. Wygląda, jakby została wyjęta z dziecięcego wyobrażenia o duchach. Podczas seansu okazuje się, że w takim stroju chodzi główny bohater. Dusza zmarłego protagonisty, zamiast wyruszyć w zaświaty, postanowiła zostać w domu razem z żyjącą jeszcze żoną.

David Lowery nie śpieszy się z odkrywaniem kart. Powoli snuje swoją opowieść o przemijaniu. Prócz jednej sceny ciężko tu o emocjonujące sytuacje. Reżyser pragnie przedstawić wieczność jako wyjątkowo nudną. Casey Affleck w prześcieradle na głowie chodzi po domu bez konkretnego celu. Jest świadkiem kolejnych zmian, które niekoniecznie przypadają mu do gustu. I mimo ascezy narracyjnej, repetycji i opóźnień akcji film ogląda się z wielkim zaangażowaniem. Nie sposób przypisać go do jakiegoś gatunku. To po prostu autorskie kino z pazurem. Niewątpliwie podzieli widzów, ale nikt nie przejdzie obok niego obojętnie.

W halloweenowy wieczór polscy fani klimatów grozy mieli, jak widać, spory wybór i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Tym samym dystrybutorzy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Wrodzony cynizm nakazuje mi jednak powstrzymać entuzjazm i zachować awaryjny zestaw filmów na następną wigilię Wszystkich Świętych. Być może powiększy się on o którąś z produkcji opisywanych w tym tekście (poza Piłą. Dziedzictwem, rzecz jasna). A tymczasem pozostaje czekać na zapowiedziane na przyszły rok Halloween i liczyć, że będzie równie dobre jak oryginał Johna Carpentera z 1978 roku. 


Rafał Christ

Absolwent filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach, zafascynowany zarówno kinem ambitnym, jak i produkcjami klasy Z. Zanudza wszystkich opowieściami dotyczącymi krwawych horrorów i seryjnych morderców. Dumny badacz popkultury, którego rzadko można zobaczyć bez komiksu bądź powieści w ręce.