Obejrzeliśmy

Niech żyje królowa

Farrokh Bulsara razem ze swoją zaratusztriańską rodziną trafił z Zanzibaru do Londynu, gdzie studiował projektowanie graficzne i dorabiał na lotnisku. Dla świata jednak narodził się dopiero jako Freddie Mercury – genialny, charyzmatyczny, wyjątkowy wokalista zespołu Queen.
W tym roku stał się dodatkowo bohaterem filmu Bohemian Rhapsody, dowiezionego nam przez reżysera Bryana Singera (znanego chociażby z serii o X-Menach) i scenarzystę Anthony’ego McCartena. Panowie zabierają widzów przede wszystkim w podróż muzyczną, bo – co zupełnie zrozumiałe – kawałki Queen rozbrzmiewają niemal bez ustanku, w takiej czy innej formie, jako motyw przewodni wielu, wielu scen pokazujących muzyków w salach prób, studiach nagraniowych i scenach koncertowych czy jako tło fragmentów skupionych na rzeczywistości pozamuzycznej. Soundtrack naturalnie podyktowany przez temat filmu został maksymalnie wykorzystany.

Ale nie jest to przecież produkcja o muzyce. O czym lub o kim więc opowiada? No właśnie, tutaj mam mały problem. Perspektywa jest zbyt jednostronna, by Bohemian Rhapsody nazwać filmem o Queen, oraz zbyt pobieżnie prześlizguje się po niektórych tematach, aby był to pełnokrwisty film biograficzny o Freddiem. Jednak głównym bohaterem bez wątpienia jest właśnie on. A najmocniejszym punktem filmu jest bez wątpienia grający go Rami Malek.

Można się o tym przekonać już po pierwszej sekwencji, gdy nawet jeszcze nie widać twarzy aktora, nie słychać jego głosu. Jednak same ruchy szybko wprowadzają widza w aurę, którą roztaczał wyrazisty wokalista. Potem jest tylko lepiej – z każdą wyśpiewaną piosenką, z każdym przywdzianym kostiumem, z każdą okazaną emocją coraz lepiej widać Mercurego, a coraz słabiej Maleka, choć przecież jego dość charakterystyczna facjata ma prawo kojarzyć się z postacią serialowego Mr. Robota. W tym miejscu oczywiście powinny rozbrzmieć także oklaski dla kostiumografa oraz charakteryzatorów.

Ale wróćmy jeszcze do problemów z tym filmem, bo co najmniej jeden chciałabym przepracować. Jeśli spojrzeć z „biograficznego” punktu widzenia, z perspektywy jednostki, historia Freddiego jest wyjątkowa, barwna, skandaliczna, ciekawa. Jednak jako współcześni odbiorcy kultury takich historii poznaliśmy już tysiące – w filmach, książkach, serialach, komiksach, animacjach. Opierają się w zasadzie na prostym schemacie: indywidualista trafia na odpowiednich ludzi i tworzą razem rzeczy wielkie, osiągają sukces, ale z takich czy innych powodów sytuacja wymyka im się spod kontroli, protagonista jest wciąż samotny wśród tłumów, potem następuje tragiczne lub szczęśliwe rozwiązanie albo mieszanka obydwu. I w taki właśnie prosty sposób została przekazana opowieść o Freddiem Mercurym i Queen. Zabrakło mi w tym wszystkim trochę ryzyka, które sami muzycy tak chętnie podejmowali w swojej twórczości, zabrakło jakiegoś wyraźniejszego motywu.

Jeśli należycie do fanów Queen, pewnie i tak obejrzycie Bohemian Rhapsody. Jeśli poza We Are The Champions czy We Will Rock You nie kojarzycie innych utworów tego brytyjskiego zespołu, możecie nie być do końca usatysfakcjonowani po wyjściu z kina, ale też nie chcę was odwodzić od sprawdzenia tego na własnej skórze – przynajmniej ze względu na kreację Ramiego Maleka. Dyplomatycznie więc zamiast zakończenia wrzucam piosenkę.



tytuł: Bohemian Rhapsody

reżyser: Bryan Singer

scenariusz: Anthony McCarten

obsada: Rami Malek, Lucy Boynton, Gwilym Lee, Ben Hardy, Joseph Mazzello

czas trwania: 2 godz. 14 min

data polskiej premiery: 2 listopada 2018

gatunek: biograficzny, dramat, muzyczny

dystrybutor: Imperial CinePix


Bohemian Rhapsody obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City


Magdalena Pawłowska

Redaktor naczelna tego kulturalnego przybytku. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.