Recenzje

Rodzinne traumy w miniaturze

Już na samym wstępie nekrolog na czarnym tle. Potem pokój pełen miniaturowych modeli całych budynków oraz pojedynczych pomieszczeń. Pojawia się muzyka, od początku ciężka, niepokojąca, narastająca. Kamera zbliża się do realistycznej repliki sypialni. I to właśnie ona staje się dla nas bramą prowadzącą w głąb Dziedzictwa. Hereditary
Przy okazji pogrzebu staruszki prowadzącej skryte życie stopniowo poznajemy głównych bohaterów. Jej córka całkowicie poświęca się pracy nad kartonowymi wersjami rzeczywistych miejsc i zdarzeń. Wnuki żyją we własnych światach: Peter popala zioło i fantazjuje o koleżance z klasy, jego siostra Charlie snuje się po okolicy, a noce spędza w domku na drzewie. Głowa rodziny, mąż i ojciec, próbuje swoim zrównoważeniem utrzymać wszystkich w ryzach. Z czasem w tym dość zwyczajnym obrazie pojawiają się coraz to kolejne pęknięcia, wychodzą na jaw wyparte prawdy, lęki, psychozy. Wszystko nieuchronnie zmierza ku tragedii. Zaś ta stanowi dopiero początek koszmaru.

Przez większość czasu trwania pełnometrażowy debiut Ariego Astera mało ma wspólnego z klasycznych filmem grozy. Owszem, klimat jest gęsty, im dalej w las, tym robi się mniej przyjemnie, ale wynika to z czegoś innego. Czegoś, co jest największą siłą filmu – intensywnych emocji. Reżyser poddaje wiwisekcji tak dobrze znane nam trudne relacje pomiędzy najbliższymi. Doświadczając bohaterów, zmusza ich do ujawnienia prawdziwego oblicza, konfrontacji z tym, co niewypowiedziane, przemilczane. Dane przez niego wskazówki są mniej lub bardziej subtelne. Niepozorna pasja do modelarstwa ujawnia mroczniejsze oblicze, kiedy okazuje się sposobem przepracowania dawnych traum. Pełna szczerość wydaje się zupełną mrzonką, niedosiężną ułudą możliwą do zrealizowania jedynie w krainie sennych mar. Gęstniejącą atmosferę między poszczególnymi domownikami punktuje ścieżka dźwiękowa – nieustannie budująca napięcie, to głęboko pomrukliwa, to zgrzytająca nagłym dysonansem. Horror ma tu charakter dojmująco ludzki. W niektórych scenach można się do tego stopnia wczuć w sytuację postaci, że seansowi towarzyszyć będzie uczucie autentycznego dyskomfortu.

Duża w tym zasługa aktorów wcielających się w role członków rodziny. Bezdyskusyjnie prym wiedzie Toni Collette, brawurowo odgrywająca postać Annie, matkę zmagającą się z własnymi (i nie tylko) demonami. Spadające na nią raz po raz niemalże biblijne klęski uwiarygadniają frapujący proces popadania w obłęd, tak znakomicie oddany przy pomocy ekspresywnej mimiki aktorki. Tuż za nią plasuje się młody Alex Wolff (Jumanji: Przygoda w dżungli), który równie udanie wciąż balansuje między niemym szokiem a rozdzierającą rozpaczą. Znakomicie sprawdza się obdarzona specyficzną urodą Milly Shapiro, której charakterystyczne kląskanie towarzyszy nam aż do końca filmu. Nieco mniejsze wrażenie robi stonowana kreacja Gabriela Byrne’a, wynika ona jednak z charakterystyki postaci, a i on dostaje kilka mocnych scen do zagrania. W ostatecznym rozrachunku cała czwórka dźwiga na sobie ciężar filmu i decyduje o jego sukcesie, jeśli chodzi o walory dramatyczne.

Elementy nadprzyrodzone wprowadzane są stopniowo i oszczędnie, niemal do samego końca kwestionowana jest także ich prawdziwa natura. Są tutaj rzecz jasna tajemnicze napisy, seanse spirytystyczne, widma, upiorne lalki, ale Aster rzadko sięga po oczywiste zagrania, unikając tak typowych dla gatunku straszaków, bawiąc się formą oraz oczekiwaniami widza. Stopniowo buduje w odbiorcy uczucie niepewności, każe kwestionować wszystko, co ten zobaczył na ekranie. A potem przychodzi pora na finał i czar nieodwracalnie pryska. Przeszarżowany spektakl pełen niekontrolowanej furii, okrucieństwa i wywołujących jęk zawodu rewelacji stara się jakby na wszystkie sposoby przykryć wcześniejsze walory filmu. Obrana ścieżka rozwiewa wszelkie wątpliwości, doprowadzając historię do dosadnego, boleśnie jednoznacznego końca. Nie oznacza to, że brakowało przesłanek dla takiego właśnie rozwiązania, trudno też nie docenić szeregu poukrywanych tu i ówdzie smaczków, jednak efekt jest na tyle niezadowalający, że nawet konceptualne dopracowanie nie kompensuje jego wad. Enigmatyczny wstęp do całości sprawia ostatecznie wrażenie kolejnego estetycznego tricku, niewypełnionej obietnicy, zupełnie jakby twórca na koniec zmienił decyzję co do kształtu swojego dzieła.

To bardzo bolesne, kiedy w ten sposób marnowany jest olbrzymi potencjał. Tym bardziej, że tyle rzeczy wyszło tutaj znakomicie. Hereditary działa najlepiej jako dramat o rozpadzie więzi, wyniszczającej żałobie, kryzysie komunikacji. Stanowi popis gry aktorskiej. Błyszczy technicznie, wykorzystując kreatywnie nawet banalne światło grzejnika, manipulując perspektywą, łudząc zmysły. Straszy przez większość czasu w sposób nieoczywisty, podskórny. Wciąga i angażuje przygnębiającym klimatem, by potem pozostawić z wyrazem kompletnego braku zrozumienia na twarzy. Dlaczego tak? Przecież mogło być wybitnie. A jak jest, to możecie już ocenić sami.


tytuł: Dziedzictwo. Hereditary

reżyser: Ari Aster

scenariusz: Ari Aster

obsada: Toni Collette, Alex Wolff, Milly Shapiro, Gabriel Byrne

czas trwania: 2 godz. 6 min.

data polskiej premiery: 22 czerwca 2018

gatunek: dramat, horror

dystrybutor: Monolith Films


Dziedzictwo. Hereditary obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.