Muzyka dla mas/nas

Disco Polska

Kiedyś Edyta Górniak o mały włos nie zwyciężyła na Eurowizji. Do wczoraj nawet nie wiedziałem, kto nas reprezentuje. Może za rok powinniśmy dać szansę muzyce, która rodziła się na chodnikach, w bólach przemian gospodarczych, którą od początku pogardzaliśmy, a która ostatnio znów na siebie zarabia? Może powinniśmy dać szansę disco polo?
Miałem sen, piękny sen, a w nim, Mamo, Twoje ręce sięgają po pilot i przełączają kanał z bajkami na Disco Relax. Parafraza wielkiego hitu Janusza Laskowskiego pojawia się tu nieprzypadkowo. Opisany powyżej obrazek to jedno z najwyrazistszych wspomnień późnych lat dziewięćdziesiątych. Chociaż przywołany program disco polo „relaks” miał w tytule, to mnie kojarzył się jedynie z kapitulacją wobec matczynej woli. Jednak milionom Polaków ta przaśna i pstrokata audycja telewizyjna zapewniała przedpołudniową (emitowano ją o godzinie 10) dawkę muzycznej zabawy. Nie była to może rozrywka wysokich lotów – ba, nieraz wręcz piłowała podwoziem o ziemię – ale należy pamiętać, że w tamtym czasie zarówno nowa telewizja, jak i gusta świeżo zreformowanych ustrojowo Polaków dopiero raczkowały. Nikt nie potrzebował wszystkich wzrokowo-słuchowych fajerwerków, które określamy teraz jako „dzisiejsze standardy”. Przeciętny Kowalski oraz jego rodzina oczekiwali (zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia) tego, co już znali – a znali właśnie muzykę ze strażackiej remizy, koszule wpuszczone w spodnie oraz niewyraźną potrzebę kolorów po latach trwania szarego PRL-u. Disco polo podawało to wszystko na talerzu, na dodatek obficie polane sosem ówcześnie rozumianej polskości. To w pełni zaspokajało wymagania „małych przedsiębiorców” – klasy dominującej w Rzeczpospolitej Polskiej lat dziewięćdziesiątych.


Wracając do rzeczonego programu – pamiętam okropną czołówkę z animacjami w stylu „kaseta z wesela”, która kończyła się charakterystycznym, niczym krakowski hejnał, wyśpiewaniem tytułu. Następnie oko kamery przenosiło nas do anonimowego pomieszczenia, w którym za cały wystrój wnętrza starczały funkcjonalne kanapy w designie rodem z epoki oraz (obowiązkowo!) wielki doniczkowy badyl. Z tego „studia” Tomasz Samborski i Małgorzata Werner (vel Pamela Anderson) co niedziela raczyli widzów najbardziej soczystymi klipami discopolowymi. Ale nie trzeba było czekać do weekendu, żeby posłuchać, co kraj nad Wisłą ma do powiedzenia w kwestii muzyki tanecznej. Wystarczyło odwiedzić bazar, targ, kram odpustowy czy jakikolwiek inny ośrodek handlu na świeżym powietrzu. Przestrzeń foniczna między warzywami i owocami, damsko-męską konfekcją, cudownymi nożami i wszelakim badziewiem szczelnie wypełniona była rytmami disco. To tam odbywała się promocja i sprzedaż najnowszych hitów. Stamtąd też wywiedziono pierwotną nazwę nurtu – „muzyka chodnikowa”. Ukuta przez nieżyczliwych, miała pejoratywny wydźwięk i stawiała dokonania zespołów discopolowych na równi z gaciami, które można było w takich miejscach kupić.

Przez ponad dziesięć lat disco polo niepodzielnie królowało na parkietach dyskotek, wesel, biesiad i szkolnych potańcówek. Sławna wytwórnia Blue Star nawinęła wówczas tysiące kilometrów taśmy magnetofonowej na szpulki kaset, lansując przy tym największe gwiazdy: Shazzę, Bayer Full, Milano i wielu innych wykonawców. To właśnie właściciel tej firmy – Sławomir Skręta – wymyślił nazwę gatunku muzycznego, inspirowaną co prawda określeniem italiano disco, ale będącą dopasowaniem tak misternym i tak polskim jak skarpety noszone razem z sandałami.


Muszę przyznać, że wtedy nienawidziłem disco polo. Mimo swojego pacholęcego wieku czułem się już dobrze ukształtowany muzycznie. Bez trudu udowadniałem wyższość Pearl Jamu nad zespołem Akcent, a na szkolnych zabawach dumnie podpierałem ściany razem z kolegami o podobnych gustach. Aby uświadomić sobie, jak niesprawiedliwie traktowałem tę muzykę, musiało minąć kilka lat, w ciągu których wykształciłem w sobie liberalne podejście do stylów muzycznych, a samo disco polo wegetowało w glebie popkultury, czekając na lepsze czasy.

Otóż około 2002 roku polskie disco niemal całkowicie zniknęło z rynku. Drastyczny spadek zainteresowania taką muzyką i sprzedaży takich płyt sprawił, że disco polo przeszło do twórczego podziemia. Wykonawcy nagrywali mniej i raczej dla siebie, wytwórnie próbowały szybko zmienić target, a wszyscy inni cieszyli się, że rodzima fonografia w końcu zaczyna wyglądać na ambitną. Degradacja disco polo postępowała wprost proporcjonalnie do zanikania kultury bazarowej, upowszechniania łatwiejszego dostępu do internetu, a także ogólnego odczucia przynależności do Zachodu. Słuchanie biesiadnych hitów uważane było za faux pas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Po prostu wstydziliśmy się swojego muzycznego produktu. Jednak nie wszystek umrę! Disco dalej rozbrzmiewało na wszystkich tych luźnych zabawach, podczas których Polak mógł sobie pozwolić na jeden kieliszek ponad normę. Zwykliśmy mówić „nie bawię się przy disco polo”, po czym uderzaliśmy w tany z ciocią Jadzią przy melodiach Zenka Martyniuka i jemu podobnych. Balon ponownie rósł. Powolutku, stopniowo napełniany dźwiękami keyboardu i prostymi słowami piosenek. Pękł 22 czerwca 2012 roku, kiedy to formacja Weekend udostępniła na swoim oficjalnym kanale YouTube teledysk do piosenki Ona tańczy dla mnie. Zgodnie z pokrętną logiką internetu, która mówi, że im coś jest głupsze, tym większą popularnością się cieszy, utwór szybko zyskał status hitu, a po krótkim czasie, gdy już odpadła od niego nalepka śmiesznej żenady, stał się nieodłącznym elementem każdej imprezy. Zespół nie gardził żadnymi wydarzeniami – koncertował zarówno na wiejskich festynach, jak i w wypełnionych po brzegi salach koncertowych miasta stołecznego. Piosenka stała się objawieniem. Mniej więcej w tym samym czasie w większej części kraju dokonało się przejście z telewizji analogowej na cyfrową, dzięki czemu Polacy dostali jeszcze więcej stacji do odbierania – w tym kanał Polo TV. Okazał się on najchętniej oglądaną stacją muzyczną, i to mimo wszelkich zapewnień, że disco polo śpi snem wiecznym!

Całe to zamieszanie miało znamiona fenomenu i chociaż jego wyjaśnienie wydaje się proste, to trudno pogodzić się z tym, że nie ma w muzyce pop nic bardziej swojskiego niż disco polo i choćbyśmy chowali je do szafy razem z fryzurą na czeskiego piłkarza, to prędzej czy później i tak do nas wróci. Rock i pop, w których staramy się odnaleźć, to gatunki zapożyczone i mimo świetnej przeszłości oraz optymistycznej przyszłości tych nurtów nigdy nie będą one typowo nasze. Nasze są zaś: prasłowiańska grusza, alkohol, wąsy, szable i zabawa, lecz także i muzyka kościelna oraz niepoprawny romantyzm w wersji hard. Wystarczyło dodać elektroniczne klawisze przefiltrowane przez rytm polki, a cała reszta zadziała się sama.


Dzisiejsze disco polo wygląda już trochę inaczej. Więcej w nim naśladowania tego, co dzieje się w amerykańskim hip-hopie: drogie samochody, drogie garnitury, drogie drinki i tanie podrywy. Są to jednak zmiany raczej kosmetyczne – nie sprawiają, że zagłębie polskiego disco przenosi się z Podlasia do Los Angeles.

W tym zjawisku tkwi coś jeszcze. Coś, o czym w świetnym dokumencie Bara Bara z 1996 roku mówi Tomasz Samborski – można słuchać rocka, czytać Miłosza i chodzić na ambitne filmy, ale każdemu czasem potrzebna jest komercja. Wygląda więc na to, że moment, w którym chcemy poluźnić krawat, przychodzi cyklicznie.

Czemu więc mimo wszystko ciągle wstydzimy się disco polo? W końcu (o czym świadczy sukces zespołu Bayer Full) jest ono bodajże jedynym naszym towarem eksportowym, którym to my zalaliśmy Chiny, a nie Chiny nas! Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy musimy zostać fanami bijącymi się o rąbek szat Sławomira Świerzyńskiego. Wystarczyłaby zwykła akceptacja faktu, że disco polo to kawał naszej tradycji wyrosłej na mocnych korzeniach kulturowych. Chciałbym, żebyśmy działali jak Stany Zjednoczone, które potrafią wypromować i SPRZEDAĆ własną kulturę. Analogicznym przykładem niech będą country, hillbilly i blue grass – gatunki typowo wiejskie. Tradycyjnie grane i słuchane przez red necks, dominujące na potupajkach w salach pełnych słomy. A jednak Amerykanie są proud of this do tego stopnia, że eksportują tę muzykę tak jak hamburgera. Zróbmy to samo! Niech płyty Voyagera znajdą się w każdej czeskiej škodzie, niemieckim mercedesie i rosyjskim uazie. Wyślijmy disco polo za ocean (Polonia pomoże). Zaatakujmy też rynki fonograficzne Wschodu i Zachodu. Przestańmy się wreszcie wstydzić! Ja już przestałem, czego i Wam życzę.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.