Muzyka dla mas/nas

Taśma prawdę ci powie

Źródło grafiki: https://farm7.staticflickr.com/6131/6035318600_23ab269a4b_m.jpg
Wojna między artystami a widownią zaczęła się od pierwszego uruchomienia magnetofonu, który zza kulis wyręczał muzyka w śpiewaniu. Obie strony sporu mają swoje racje i nie spuszczają z tonu. Jedni w przerwach między buczeniem i gwizdaniem mówią, że to oszustwo. Drudzy zwykle niczego nie mówią, ale jeśli już muszą się tłumaczyć, to odpowiadają, że takie już są prawidła dobrego show i dużego biznesu. Tymczasem wspomniany magnetofon gra w najlepsze i nie sądzę, żeby praktyka playbacku miała szybko zaniknąć.
Biorąc pod uwagę naszą akceptację dla różnych innych form rozrywkowego oszustwa, całe to zamieszanie wydaje się dziwne. Ba! My wręcz lubimy być okłamywani! Literatura karmi nas fikcją, sztuki plastyczne mamią wzrok. A film? Film przecież sam w sobie jest jednym wielkim udawaniem! Gdy jednak przyłapiemy muzyka na graniu „z taśmy”, od razu żądamy dla niego Norymbergi.

Jasne. Nie po to wykładamy grube pieniądze na gwiazdorskie zachcianki artysty, jego menedżera i wydawcy, aby na koncercie usłyszeć nagłośnione nagranie ze studia. To możemy zafundować sobie sami w swoich domach, ograniczani jedynie tolerancją sąsiadów wobec poziomu głośności sprzętu muzycznego. Chcemy ŻYWEJ muzyki od ŻYWYCH wykonawców. Zdrowe podejście do sprawy, czyż nie? Co jednak pomyśleć, jeśli zdarzy się tak, że artysta z jakichś względów (niekoniecznie zależnych od niego) po prostu nie może zaproponować niczego więcej poza wizualną otoczką przedstawienia? Rad nierad zmuszony jest kłapać ustami czy grać na niepodłączonych instrumentach. Niektórych rzeczy zwyczajnie nie da się przeskoczyć, a przecież (w myśl słów klasyka, które świetnie pokazują bezkompromisowość rynku rozrywkowego) show must go on!



Prawda ekranu

Od połowy lat 60. XX wieku aż do 2006 roku gusta muzyczne młodych Brytyjczyków kształtował program Top of the Pops, nadawany przez BBC. Audycja jednoczyła przed telewizorami wszystkich bez względu na upodobania. Z równym zaangażowaniem oglądali ją modsi i rockersi, zwolennicy glam rocka i punk rocka, wielbiciele Beatlesów i miłośnicy Stonesów, depeszowcy w skórach i skini, którym skóra lśniła na glacy. Oblężenie telewizorów odzwierciedlało się w wysokich słupkach oglądalności i szkolnych rozmowach zdominowanych przez temat wyższości The Who nad The Kinks. Wiedzieli o tym zarówno twórcy programu, jak i zespoły biorące w nim udział oraz ich menedżerowie. Nikt nie lekceważył potęgi programu Top of the Pops, ponieważ, był on bodaj najlepszą promocją dla młodych kapel i świetnym utrwalaczem popularności dla tych grup, które już cieszyły się uznaniem. Powiedzenie „chcę wystąpić w Top of the Pops” zaczęło pełnić funkcję zaklęcia wypowiadanego przez wszystkich tych, którzy choć przez chwilę trzymali gitarę w rękach. Czasem czary przynosiły pożądany rezultat. Wówczas jedyną ceną do zapłacenia stawała się konieczność grania z playbacku…

…lub z półplaybacku. Taki kompromis zaczęto stosować już w 1966 roku, gdy okazało się, że po całkowitym zlikwidowaniu taśmy zespoły nie do końca radzą sobie tak dobrze, jak tego od nich oczekiwano. Półplayback dawał odciążenie zespołowi (chociaż warto przytoczyć słowa Rogera Taylora, perkusisty grupy Queen, który wspomina, jak bardzo denerwowało go bębnienie plastikowymi, „cichymi” pałkami). Zwykle wokalista śpiewał, a reszta składu grała „na głucho” i nikt przy tym nie narażał się na śmieszność.

Wpadki? Owszem, zdarzały się. Do najsłynniejszych należy ta z występu Jimiego Hendrixa. Gdy gitarzysta już miał zaczynać grać jeden ze swych sztandarowych kawałków, z głośników popłynęły dźwięki utworu byłego klawiszowca zespołu The Animals – Alana Price'a. Jimi nie miał w zwyczaju wstydzić się za cokolwiek i przed kimkolwiek. Zajście skwitował słowami: Świetny głos! Ale za cholerę nie znam tekstu.

Bywały też celowe prowokacje: zamiany rolami (Oasis, Depeche Mode) czy śpiewanie do statywu (Duran Duran). Wszystko to postrzegano w kategoriach żartu i nikt nikomu nie miał niczego za złe. Było to po prostu udawanie w służbie dobrej rozrywki i sprawdzało się bardzo dobrze przez 42 lata istnienia programu.

Top of the Pops nie był jedynym programem korzystającym z playbacku. Niewątpliwie jednak był to program, w którym do tematu podchodzono najrzetelniej i najuczciwiej. Niestety w większości przypadków realizatorzy uważają widzów za przygłupów z nitką śliny zwisającą z kącika ust. Stąd tak kuriozalne przypadki jak słusznie obśmiewana piosenka „Krzyk”, którą telewidzowie mieli nieszczęście usłyszeć i zobaczyć jakiś czas temu w pewnej śniadaniówce. Widocznie producenci mieli nadzieję, że przy porannej kawie zdolności percepcyjne widza wyraźnie się obniżają.

Na froncie znalazło się oczywiście kilka zespołów walczących. Dla przykładu: w 1986 roku kazano (pod groźbą niewypłacenia honorarium) grać z playbacku panom z Iron Maiden w jednym z niemieckich programów muzycznych. Muzycy w dosadny sposób pokazali, gdzie mają zalecenia producenta i jego deutsche marki. Z kolei nie tak dawno na antenie włoskiej telewizji wyemitowano występ grupy Muse... z Mattem Bellamym za perkusją.

Rodzi się pytanie: po co ryzykować te wszystkie wpadki, skoro można by po prostu dać muzykom zagrać? Odpowiedź w zasadzie jest truizmem – wszystko to z powodów czysto technicznych. Aparatura koncertowa dobrze sprawdza się na wielkich scenach, a nie w ciasnym i niedoskonałym akustycznie studiu telewizyjnym. To samo dotyczy artystów. Każdy koncert poprzedzają oni długimi ćwiczeniami i przygotowaniami, trudno więc oczekiwać, że piosenkarz zaproszony do telewizji na godzinę 10 rano będzie w takiej formie, której można od niego oczekiwać podczas trasy koncertowej.

Bawimy się!

Coś urzekającego tkwi w scenie z Mulholland Drive, w której to Rebekah Del Rio mdleje na scenie, a utwór Llorando przez nią wykonywany wciąż wydobywa się z głośników. To wręcz mistyczne ukazanie oddzielenia dźwięku od obrazu w nieskończoność magluje się podczas każdych uniwersyteckich zajęć dotyczących wizualności. Nie tak chętnie chętnie analizowane są przypadki z rzeczywistości, takie jak na przykład przygoda pana Jacka Łaszczoka (dla mniej obeznanych – Jacek Łaszczok to po prostu Stachursky), któremu na jednym z występów zdarzyło się wywrócić statyw z mikrofonem. Sprzęt grający, niezrażony zajściem, wciąż wykonywał piosenkę Jedwab w zastępstwie wokalisty. Przypadek śmieszny, gdy ogląda się go w internecie, ale niestety nagminny, jeśli chodzi o małe, juwenaliopodobne występy.

A większe imprezy? Tu sprawa nie jawi się już jako prosta, a ocena zależy raczej od przyczyn wykorzystania playbacku. Często tylko w taki sposób można zapewnić odpowiednią jakość widowiska. Studyjne nagrania o rozbudowanej aranżacji po prostu nie mogą brzmieć biednie na scenie. Publiczność przychodzi w końcu po niezapomniane wrażenia, a obowiązkiem artysty jest im je zapewnić. Jeśli w jakimś stopniu wspomaga się przy tym taśmą i nie robi ze słuchaczy głupców, to wszystko wydaje się w porządku. Takie praktyki wyglądają na usprawiedliwione również wtedy, gdy występ bardziej przypomina urozmaicone show niż koncert. Trudno śpiewać jednocześnie tańcząc i uważając, aby nie zostać rozerwanym przez którąś z pirotechnicznych instalacji na scenie. Playback lub półplayback pozwala uniknąć podobnych rozterek. Dzięki niemu ludzie dostają to, za co zapłacili – muzyczno-wizualny tort, którym można się później pochwalić na portalach społecznościowych.

Wiadomo również, że i warunki pogodowe mogą namieszać. Ot, chociażby zima w naszej strefie klimatycznej. Instrumenty rozstrajają się w kilka sekund, palce gitarzystów zamieniają się w sztywne kołki, a przez mikrofon słychać szczękanie zębów wokalisty. Jednym słowem – porażka. I to na całej linii. A przecież sylwestrowy koncert sam się nie zagra! I znowu z pomocą przychodzą dobrodziejstwa technik nagraniowych, które rozgrzeją i grających, i słuchających.

Jak widać, playback niekoniecznie powinniśmy traktować jako odstępstwo od ósmego przykazania. Stosowany z głową i w usprawiedliwionych wypadkach służy bardziej poprawie jakości występu, a nie jego zastąpieniu. Zdarzają się oczywiście sytuacje, w których twardogłowi producenci bez wyraźnego powodu upierają się na playback. Na szczęście są tacy muzycy, którzy potrafią ich przykładnie ukarać (patrz Kazik śpiewający do suszarki na festiwalu w Sopocie).

Blame It On The Tape

Jaka kara spotyka zaś tych, którzy pokusili się o oszustwo pełną gębą? Najwyższa. Przykładem i przestrogą niech będzie historia zespołu Milli Vanilli. Grupa stworzona przez dwóch sympatycznych młodzieńców – Fabrice’a Morvana i Roberta Pilatusa – wzięła się właściwie nie wiadomo skąd, ale niemal natychmiast osiągnęła szczyty krajowych notowań list przebojów. Hity takie jak Blame It On The Rain czy I'm Gonna Miss You swoim tanecznym beatem wypełniały stacje radiowe i telewizje muzyczne. Ich popularność szybko rozniosła się poza rodzime Niemcy, co zaowocowało nagrodą Grammy dla najlepszego nowego zespołu.

Wtedy nikt nie podejrzewał, że zespół w rzeczywistości jest mistyfikacją, zaplanowaną i prowadzoną z zimną krwią przez producenta Franka Fariana. Prawda jednak wyszła na jaw w 1989 roku podczas koncertu w Connecticut, kiedy to zapętliła się taśma z playbackiem do Girl You Know It's True, stawiając Faba i Roba w dość niezręcznej sytuacji. Narastająca fala wzburzenia wymusiła na Franku Farianie oświadczenie, w którym przyznał, że członkowie zespołu nie zaśpiewali ani jednej zgłoski w piosenkach nagranych na albumie, a ich wkład w produkcję ograniczył się jedynie do dania twarzy słyszalnym głosom. To przesądziło sprawę. Z dnia na dzień nastolatki zaczęły zrywać ich plakaty ze swoich ścian. Posypały się nawet pozwy o zwrot pieniędzy za zakupione płyty i czas stracony na koncertach. Jednak prawdziwym ciosem dla Milli Vanilli było pierwsze w historii (i jak dotąd jedyne) odebranie Grammy. Producent umiejętnie wykręcił się od odpowiedzialności, ale Morvana i (w szczególności) Pilatusa spotkał smutny koniec. Po skandalu niemal wymazano ich z kart muzycznej historii, a w 1998 roku Rob przedawkował narkotyki ze skutkiem śmiertelnym.

Nie strzelać do magnetofonów

Historia Milli Vanilli to na szczęście ekstremum całego zagadnienia, a przynajmniej ja nie słyszałem o podobnym wypadku. Widocznie producenci, równie źli i przewrotni co Frank Farian, pochowali się w ciemnych i wilgotnych pieczarach. Faktem jest natomiast, że artyści korzystający z playbacku, półplaybacku czy ćwierćplaybacku nie zawsze okazują się wyrzutkami fonografii wypranymi z talentu. Powyższe praktyki pomagają nawet najlepszym wykonawcom, którzy w większości przypadków godzą się na nie dla dobra muzyki oraz przyjemności, którą ona niesie. Zanim więc zechcecie w ślepej furii rozszarpać ich zębami, przypomnijcie sobie ten tekst, w którym (mam nadzieję) przynajmniej częściowo ich usprawiedliwiłem.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.