Muzyka dla mas/nas

Shout

Źródło grafiki: https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/v/t34.0-12/10754870_760440747357677_1395785993_n.jpg?oh=337fe8d43caacfd271f763bbdadf7878&oe=5465A284&__gda__=1415946132_24a67f256e29d4e771126b54f8f10440
Dzieciątko wychodzące z łona matki nie umie jeszcze wyrazić swojego zachwytu nad światem stosownym i zwięzłym „o k****”. Jedyną jego reakcją jest więc wrzask. I właśnie ta najprymitywniejsza forma ekspresji trafiła na sztandary muzyki, która wrzeszczy nieprzerwanie od dobrych kilkudziesięciu lat – na sztandary rock ’n’ rolla.



Ciężko rozstrzygnąć, czy pierwsi byli bluesmani wznoszący skargę ku niebu czy też twórcy negro spirituals poddający się „mocy Ducha”. Niezależnie od odpowiedzi w obu tych odnogach korzeni rock and rolla nieartykułowany jęk, krzyk czy westchnienie odgrywały rolę równie ważną jak słowa. Jeśli nawet nie ważniejszą! Wszystkie te najmniej złożone wytwory ludzkich strun głosowych pojawiały się bowiem wtedy, gdy nie można już było wyrazić słowami swojego bólu, uniesienia, ekstazy czy jakiegokolwiek innego uczucia. Plemienny rodowód tych dźwięków sugerował ich sakralną wartość. Nic więc dziwnego, że dzięki nim można było zarówno wołać Boga w niebiosach, jak i wzywać demony z piekła. Jako środek artystyczny weszły na stałe do muzyki, ale też bardzo szybko, a konkretnie wraz z powstaniem i rozpowszechnieniem się rock and rolla, wrzaski i krzyki miały wrócić do swojej macierzy, czyli do plemiennego rytuału. W tym wypadku przybrał on formę koncertów.

Pierwszy krzyk

Tutaj znów na chwilę powrócę do tego, co napisałem we wstępie o niemowlęcej reakcji na pierwsze zetknięcie z walorami świata zastanego. Można się pokusić o wskazanie pewnej analogii między narodzinami człowieka a narodzinami rock ’n’ rolla. Szeroka publiczność poznała tę muzykę w latach 50. Jak wszyscy wiedzą, w USA były to czasy powojennego spokoju, a zachowawczość i purytańskie normy uważano za gwarant ładu społecznego. Radosna konsumpcja owoców prosperity dorosłym jawiła się jako życiowe spełnienie. Przekonani o słuszności swoich racji i o tym, że ten model egzystencji jest modelem najlepszym, nakładali na swoje pociechy gorset krępujących młodość konwenansów, zasad i wysokich oczekiwań. Nie dość, że nie dawało im to oddychać, to jeszcze czyniło życie potwornie nudnym. I właśnie wtedy pojawili się pierwsi muzycy, którzy potrafili zagrać coś zupełnie innego niż to, co święciło triumfy w głównym nurcie. Znudzona biała młodzież Stanów Zjednoczonych dostała przetworzoną muzykę Afroamerykanów. Wtedy właśnie nastolatkowie narodzili się na nowo, a ich najpełniejszą reakcją – tak jak w przypadku noworodków – okazał się histeryczny wrzask.

Dziś, słuchając dawnych płyt rock ’n’ rollowych, nie jesteśmy w stanie poczuć tego co oni. Gdy z głośników słyszymy rozkołysane rytmy i wokal o charakterystycznym, płaczliwym zaśpiewie, z okładek uśmiechają się do nas ubrani w garnitury młodzi chłopcy z włosami ciężkimi od brylantyny. Wyrażamy podziw i uznanie, czujemy, że ta muzyka nas bierze. Ale nie wrzeszczymy i nie mdlejemy jak rzesze młodzieży sześć dekad temu. Nie wydaje nam się to już niczym nadzwyczajnym. Ale wtedy, w czasie gdy rutyna miała być gwarantem szczęścia, a młodość traktowano tylko jako oczekiwanie na dorosłość, ROCK okazał się igłą, która przebiła nadmuchany balon. Świat przeżył szok. I to szok kulturowy, bo przecież była to muzyka wywiedziona z rejonów zakazanych i pogardzanych przez białą klasę średnią.

Na koncertach rockowych mniej więcej do połowy lat 60. muzyki raczej się nie słyszało. Krzyk skutecznie zagłuszał całą aparaturę nagłaśniającą, tak że nieraz sami muzycy ledwo się słyszeli. Nic w tym dziwnego. Były to wydarzenia szturmowane w głównej mierze przez rzesze nastolatek. Skrępowane purytańskimi zasadami panującymi w patriarchalnych rodzinach, znalazły się nagle w enklawie wolności. Widok NA ŻYWO obiektów westchnień, oglądanych codziennie na plakatach, i zachłystywanie się brakiem ograniczeń zwalniały w uczestniczkach koncertów hamulce. Niemające wcześniej ujścia rozseksualizowanie i niemal ekstatyczne poczucie bycia wśród sobie podobnych eksplodowały pod sceną w ogłuszającym jazgocie. Gdyby coś takiego zobaczył Freud, zapewne zaanalizowałby się na śmierć.

Głośniej!

Szczytowym punktem takiego zachowania była beatlemania. Czwórka z Liverpoolu grała wówczas na koncertach bardziej dla siebie niż dla zgromadzonych. Lennon nie omieszkiwał wykorzystywać tej sytuacji i pozwalał sobie na cynizm oraz niewybredne żarty pod adresem owładniętej amokiem publiczności, która i tak nie zwracała uwagi na jego słowa.



Potem, gdy rock ugruntował swoją pozycję, wrzaski i krzyki trochę ucichły. Choć to może złe stwierdzenie – raczej nabrały innego wymiaru. Od czasów epoki hipisowskiej muzykę rockową uważano za pełnoprawną dziedzinę sztuki. Siłą rzeczy ten pogląd roztoczono na całą sferę rockowej działalności. Socjologiczny i kulturowy wymiar muzycznych widowisk stał się fenomenem, w którego zakresie wszystko nabierało doniosłego znaczenia. Zbuntowane plemię rock ’n’ rollowców stworzyło swoją własną enklawę, w której między twórcami i odbiorcami wytworzył się specyficzny język. Była to harmonijna muzyka nierozdzielnie zmieszana z nieharmonijnym hałasem publiczności. Chmura sacrum, wraz z dymem marihuany, opadła na całą tę społeczność, uświęcając ją i nadając zdarzeniu znamiona prymitywnego rytuału. Teraz wrzaski nie były już wyrazem szoku i braku słów na opisanie swoich uczuć, lecz czynioną mniej lub bardziej intencjonalnie częścią nowego nabożeństwa. Audytorium nakręcało krzykiem zarówno zespoły grające na scenie, jak i samo siebie.

Nikt (a w szczególności muzycy domagający się należytego odbioru swojej sztuki) nie tęsknił za rozrywającym bębenki wrzaskiem tysiąca gardeł. Twórcy sterowali entuzjazmem publiczności, a ta z chęcią dawała się porwać, o ile, rzecz jasna, widowisko godne było takiego podporządkowania. Krzyk stał się nagrodą dla wykonawców, a jego brak – karą.

Tak pozostało do teraz. Nadwyrężenie strun głosowych świadczy o tym, że koncert był dobry. Pełni funkcję miernika poziomu i jest czynnikiem sukcesotwórczym. Krzyk ma zawsze swoje miejsce i czas. To zbiorowa odpowiedź na to, co dzieje się na scenie i możliwość czynnego uczestniczenia w tworzeniu muzyki poprzez nadanie aranżu „live” – nie do powtórzenia nawet w najlepszym studiu nagraniowym.

Jeśli jeszcze kiedyś wrzask wyrwie się na koncercie spod kontroli, będzie to oznaczało kolejny wielki przełom w muzyce. Zalecam więc czujność.

W służbie sztuki

Ale krzyk to też wdzięczny temat w rock ’n’ rollowej twórczości, i to już od najwcześniejszych lat! Przewija się przez cały szeroki przekrój rockowych tekstów niezależnie od tego, czy dotyczą one relacji damsko-męskich, polityki, wojny, chlania wódy, narkotyków, narodzin, jazdy samochodem czy brutalnego mordowania jak w poniższym przykładzie.



Można by wymienić setki milionów miliardów piosenek nawiązujących do krzyków/wrzasków czy też posiadających owe czynności w tytule (oczywiście tylko część z tych utworów stała się hitami). Duża w tym zasługa uniwersalnej symboliki krzyku. Dowolność interpretacji jest tu tak duża jak w przypadku ognia, wody czy koloru czerwonego. Jednym słowem – równie dobrze można w ten sposób sugerować banały, jak i głębokie myśli zagrzebane pod warstwami znaczeń.

Inni z kolei za punkt honoru postawili sobie wyeksploatowanie akustycznych i wokalnych walorów krzyku. Black metal, screamo czy metalcore oparte są w dużej mierze na ekstremalnym wykorzystywaniu narządów głosowych w partiach wokalnych. Nie są to co prawda gatunki, które lubię najbardziej, ale zdolność tych muzyków do operowania głosem w tak forsującej i skrajnej formie jest niewątpliwie godna podziwu.

Rock zaadaptował więc na swoje potrzeby głosy wprost z pola bitwy, czyniąc tym przeciwwagę dla ładu i porządku muzyki klasycznej. Nikt nie drze się przecież nigdzie tam, gdzie utwory są podporządkowane literalności i wymagają kontemplacji. Pełen emocji rock ’n’ Roll musi mieć pewien wentyl bezpieczeństwa, przez który będzie mogła się uwolnić ekspresja twórców i odbiorców. Wszystkie ludzkie wrzaski będą się spełniać w tej roli, dopóki będzie trwał rock, a nie zapowiada się, żeby ten szybko przeminął.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.