Muzyka dla mas/nas

Ecstasy w praktyce, czyli kilka słów o techno pagan

Śniony na kwasie sen o nowym społeczeństwie dzieci kwiatów rozwiał się przed końcem ostatniej dekady lat 60. Rozczarowane pokolenie festiwalu Woodstock wróciło do domów. Jednak roztaczane przez Timothy’ego Leary’ego wizje powszechnej zmiany świadomości przy pomocy LSD i muzyki przetrwały wśród wielu jego członków. Po latach mieli oni zainspirować kolejne pokolenie, żyjące wśród nowych problemów i tworzące odmienną muzykę.
Większości ludzi techno kojarzy się z ortalionem, BMW E36 i łysymi dżentelmenami, potrafiącymi zawrzeć całą złożoność świata w jednym słowie. Niech nie zwiodą was jednak pozory. Techno to muzyka niszowa. Jako wąsko określony styl stanowi zaledwie niewielką część całej gatunkowej różnorodności elektronicznych brzmień. Dziś rozwijają go głównie zimnokrwiści Skandynawowie, ale nie tylko dlatego zasługuje na uwagę. W jego dźwiękach można dostrzec fascynację nowoczesnymi technologiami, którymi ludzie zachłysnęli się w latach 80. i 90. Magazyny takie jak „Mondo 2000” i „Wired” stały się równie popularne co „Rolling Stone”. Szła za tym cała myśl społeczna i polityczna. Nieustannie odżywające plany duchowej odnowy upatrzyły sobie w tej modzie szansę na kolejne wcielenie.

Ale wszystko po kolei...

Ballada o Rolandzie TB-303

Na początku były Niemcy. Gdy Stany Zjednoczone, rozpływając się w kontrkulturowej błogości, wznosiły rock na szczyty artyzmu, praktyczni Niemcy pochylili się nad wykorzystaniem w muzyce rzeczonych nowoczesnych technologii. Awangardowi twórcy o minimalistycznej wrażliwości, wspierani teoriami Stockhausena, wypracowali styl zwany krautrockiem. Ten rodzaj muzyki stał się podstawą wszystkich późniejszych gatunków muzyki elektronicznej i inspiracją dla wielu twórców.

Do USA niemiecka inspiracja docierała w dwóch turach. Przełom lat 70. i 80. to Chicago i tworząca się tam scena acid house. Jej największym bohaterem stał się syntezator Roland TB-303, na którym to tamtejsi DJ-e, tacy jak słynny Frankie Knuckles z klubu Warehouse, miksowali popularne utwory dyskotekowe, tworząc tym samym zupełnie nowy rodzaj muzyki tanecznej.



Kolejny stopień rozwoju amerykańskiej muzyki klubowej przypada na połowę lat 80. w Detroit – mieście do dziś uznawanym za kolebkę techno. Mówi się, że ten gatunek narodził się z tęsknoty mieszkańców miasta za maszynowymi odgłosami wydobywającymi się z fabryk Forda, General Motors i Chryslera, które wówczas ograniczały swoją działalność przez niekorzystną koniunkturę rynkową. Prawdziwości tej tezy nie da się jednak stwierdzić. Faktem pozostanie natomiast to, że tamtejsze grupy – takie jak np. Cybotron – wzorowały się na krautrockowych zespołach Kraftwerk i Tengerine Dream.



Pojawienie się amerykańskiej muzyki tanecznej w Europie to z kolei zasługa przede wszystkim wytwórni DJ International, która armatami swojej dystrybucji w pierwszej kolejności ostrzelała Wielką Brytanię. Nowość zza oceanu najszybciej zainteresowała tam pogrążoną w marazmie młodzież. W miarę przemian stylistycznych tamtejszą muzykę w dużej mierze przyporządkowano klubom (to właśnie dzięki temu powstały takie zespoły jak Primal Scream, EMF czy Stone Roses, łączące typowo rockowe brzmienia z estetyką muzyki dyskotekowej). Elektroniczny boom w Wielkiej Brytanii wyróżniał się  wielkimi imprezami na otwartym powietrzu – tak zwanymi rave – i całą kulturą z nimi związaną. Big Beat i Hardcore płynące z ogromnych kolumn stały się nagle głównymi powodami alarmowania policji przez – jak zwykle purytańskie – angielskie społeczeństwo.



Bez recepty

I znowu Niemcy. Metylenodioksymetamfetaminę po raz pierwszy wytworzono w 1912 roku w niemieckich zakładach farmaceutycznych Merck KGaA. Potem patent zaginął pod setkami innych receptur tworzonych przez firmę. Zwyczajnie nie zwrócono na nie większej uwagi. Metylenodioksymetamfetamina, czyli MDMA, to narkotyk z grupy stymulantów, pochodna amfetaminy i meskaliny.

Ex, tabsy, bletka, drops, eska, piguła i wiele innych – co użytkownik to inne nazewnictwo „pigułki szczęścia”. W masowej świadomości utrwaliła się jednak nazwa najprościej definiująca doświadczenia po zażyciu – ecstasy. Początkowo z największym entuzjazmem podchodzili do niej psychiatrzy, których zresztą od zawsze cechował optymizm w stosunku do wykorzystywania w terapiach środków psychoaktywnych. Za każdym razem, gdy otwierało się kolejne farmakologiczne „okno świadomości”, psychiatrzy z zamiłowaniem wypychali przez nie swoich pacjentów. MDMA miało więc stać się następnym po LSD stymulantem, który przeszedł podobną drogę od wykorzystania medycznego do użytku popkulturowego.

Pierwszym krokiem ku undergroundowej karierze ecstasy musiało być oczywiście zakazanie rozprzestrzeniania narkotyku i samego jego zażywania. Ci, którzy znali jego możliwości, szybko znaleźli dla niego nowy rynek zbytu. MDMA miała stać się imprezową używką. Chrzest bojowy przechodziła w mniej lub bardziej zamkniętych klubowych subkulturach, by w końcu – z nastaniem raveu – zdobyć ogólnoświatową sławę. Uczestnicy klubowych zabaw czekali tylko na coś, co pozwoli zmaksymalizować ich doznania. Ecstasy sprawdzała się w tej roli wręcz idealnie.

Połknięcie jednej pigułki z wytłoczonym na niej fikuśnym obrazkiem, przynosiło skutki po około 30–40 minutach. Serce zażywającego, walące w metrum cztery czwarte, zaczynało wypełniać się bezgraniczną miłością do każdej żywej istoty. Zjednoczenie w tańcu ponad wszelkimi podziałami wchłaniało uczestnika raveu w jeden, wielki, skaczący organizm. Rozmowy nadzwyczajnie się kleiły: błyskotliwe myśli, scenariusze filmowe i pomysły na rewolucyjne wynalazki mieszały się w chaotycznych wypowiedziach, bo usta nie nadążały za tym, co pomyślała głowa. Każdego przepełniało szczęście, niezmącone wizją zjazdu następnego dnia.



Przez specyficzne działanie MDMA – inne niż w przypadku wcześniejszych popularnych stymulantów – stworzono dla tego narkotyku zupełnie nową kategorię nazwaną empatogenami. Wyjaśnianie etymologii tej nazwy wydaje mi się zbędne.

Nowe życie starych ideałów

Wizja stworzenia nowego społeczeństwa brzmi niezwykle kusząco. Najczęściej to nowe cywilizacje warunkowały jej istnienie. Zarówno władcy, jak i politycy, i filozofowie od zawsze pragnęli mieć wpływ na ludzką naturę. Ten cel przyświecał Chrystusowi, Gandhiemu, Leninowi oraz wielu innym. Tą wizją zarazili się też ludzie epoki kontestacji w latach 60. Spod gruzowiska wielu ruchów myślowych tamtego okresu zdołała się wygrzebać jedynie parareligijna filozofia New Age. Ten niesformalizowany ruch opozycyjny wobec instytucjonalnych religii zakładał w największym skrócie odnowę człowieczeństwa w oparciu o życie zgodne z naturą i osobisty rozwój duchowy. Przełom lat 80. i 90. to renesans owego ruchu, i chociaż ten okres ich działalności możemy najbardziej kojarzyć z serialami „Kapitan Planeta” i „Nowe przygody Flippera”, to istniały też jej bardziej radykalne  formy.

Chodzi przede wszystkim o praktyki neopogańskie i zwrot ku pierwotnej „religii natury”. Wegetarianie – o ogładzie neandertalczyków – świętowali zrównanie dnia z nocą, czcili Matkę Ziemię i wspomagali swoje spotkania środkami, które – wedle ich wiary – niegdyś wykorzystywano podczas szamanistycznych misteriów. W Wielkiej Brytanii ruch ten przyjął dość specyficzną formę. Travlelersi i crusties (skorupiaki – od spodni pokrytych skorupą błota), bo tak sami siebie nazywali przedstawiciele tego odłamu New Age, jako miejsce spotkań upodobali sobie ruiny Stonehenge, a dodatkowo bardziej konserwatywnych obywateli irytowali zajmowaniem squotów.

 

Techno pagan

Zjednoczenie hedonistycznej kultury dyskotekowej i mocno duchowej idei New Age mogło dokonać się w specyficznej wersji raveu. Spoiwem miało być LSD nowych czasów, czyli ecstasy. Techno pagan, to nic innego jak szamanizm ujęty w beat hardcore, techno i house. Termin ten został wymyślony przez Frasera Clarka.



Jako psycholog, weteran psychodelicznych trippów i entuzjasta nowych technologii mógł zostać uznany za odpowiednią osobę do stania się koryfeuszem nowego nurtu. Stworzenie klubu Megatripolis uchodzi za jego największe osiągnięcie. W tym jednym miejscu wykłady na tematy polityczne i duchowe, ulotki reklamujące proekologiczne akcje i darmowa, zdrowa żywność istniały w symbiozie z ogłuszającą muzyką i pulsującymi światłami. Megatripolis to spełnienie idei Frasera zawartych w jego książce Encyclopedia Psychodelica. Nowa, alternatywna kultura miała się rodzić właśnie tam.

Za najważniejszego muzycznego przedstawiciela nurtu należy uznać zespół TheShamen. Grupę założyli Will Sinnot i Colin Angus. Zawarty w nazwie szamanizm interesował ich jako środek do stworzenia muzyki zmieniającej kształt świadomości. Wzmacniali swoją muzyczną wrażliwość, wykorzystując dobrodziejstwa farmacji. Dobrze rozeznawali się w medykamentach, gdyż obaj pracowali wcześniej jako pielęgniarze w szpitalu psychiatrycznym. Pełne ideowe zabarwienie ich muzyki nadeszło dopiero, kiedy na ich drodze pojawił się Terrence McKenna – amerykański etnofarmakolog i zwolennik neoprymitywizmu. Jego teorie zafascynowały Sinnota i Angusa do tego stopnia, że oparli na nich swoją twórczość. Dali temu najpełniejszy wyraz w swoim albumie Boss Drum z 1992 roku. Stał się on pewnego rodzaju manifestem neopogaństwa, w którym ukazano wizje nowego społeczeństwa według McKenny (utwór „Re: Evolution” to wypowiedź badacza, wzbogacona o rytmiczny podkład) oraz zawoalowane pochwały narkotycznych doświadczeń, jak chociażby w mówiącym o ecstasy utworze „Ebeneezer Goode".



Muzyka takich grup jak The Shamen stała się częścią nowej obrzędowości, a cały ruch zdawał się przechodzić tę samą drogę co hippisi kilkadziesiąt lat wcześniej. Sakrament LSD zastąpił sakrament MDMA, a hinduskich guru i duchowych przewodników kontrkultury wyparli ich niegdysiejsi uczniowie w rodzaju McKenny i Clarka.

Zjazd

Czy eksperyment się udał? Jak możemy łatwo zauważyć, przemiana ludzkości w nurcie techno nie zaszła na wielką skalę. Pewnymi zniekształconymi pozostałościami tych idei stały się festiwale takie jak Mayday czy – jeszcze do niedawna berlińskie – Love Parade. Na próżno jednak można doszukiwać się w nich ideowego programu neopoganizmu. Jeśli już chcemy rozglądać się w kulturze rave za jakąś myślą przewodnią, byłaby nią po prostu dobra zabawa.

Obraz młodych, sfrustrowanych Brytyjczyków przedstawiony w znakomitym filmie „Human Traffic” prezentuje obraz znacznie bliższy rzeczywistości niż wyidealizowane marzenia travelersów. Imprezy pozostały imprezami, a narkotyki – jedynie dodatkiem do nich. Mało kto rozumiał, czym miał być techno poganizm. Większość osób, która określała się tym terminem, próbowała jedynie racjonalizować i nadawać głębsze znaczenie swojemu stylowi życia. Omawiany ruch pokonał tym samym ostatni odcinek drogi, który wcześniej przebyli hippisi: przełom dokonał się jedynie w muzyce, ale powrót do domu stawało się jak zwykle bolesnym doświadczeniem – wizje nowego świata zmieniły się w zjazd po ecstasy.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.