Muzyka dla mas/nas

Marock’n’roll

Źródło grafiki: fr.upside-art.com/thumbs.php/artworks/045614-6-gnaoua.jpg?w=&h=
Jako że żaden lepszy temat nie przyszedł mi w tym miesiącu do głowy, postanowiłem, że skatuję was porcją wiedzy z zakresu antropologii muzyki, która prawdopodobnie do niczego się wam nie przyda. Część z was pewnie już zainteresowała się tym sarkastycznym wstępem i doczyta tekst do końca. Nie liczcie jednak na zjadliwy humor, nonszalancko lekki styl i wciągającą treść! Albowiem nastał wrzesień! Wrzesień to szkoła, a szkoła to solidna porcja suchych informacji podawanych w najperfidniej dydaktycznej formie, jaką możecie sobie wyobrazić. Gotowi? A zatem…
Przesuńcie palcem po mapie świata. Od Polski w dół i trochę na lewo. Albo jeśli wolicie, to po skosie, przez Niemcy, Francję i Hiszpanię. Po przekroczeniu Cieśniny Gibraltarskiej zatrzymajcie się na nazwie Maroko. To kraj o suchym, wręcz pustynnym klimacie  – sąsiedztwo Sahary robi swoje. Jeśli odwiedzacie Maroko jako typowi turyści beznamiętnie przemierzający wąskie uliczki, możecie liczyć na takie atrakcje jak:
–  selfie z kija na tle budowli w kolorze piasku;
– przechadzka po rynku w Marrakeszu, gdzie suwenirowa tandeta miesza się z zapachem przypraw;
– utrata portfela w ciemnym zaułku. Jeśli zaś należycie do zwiedzających bardziej otwartych na świat, szczególnie świat dźwiękowy, możecie pośród gwaru handlarzy natknąć się na pewien szczególny rodzaj brzmień z pogranicza transowego dudnienia i zawodzących, sufickich wokaliz. To muzyka plemienia Gnawa.

Tradycja żebrząca o pieniądze

Prawdopodobnie nie stać was na wycieczkę do Maroka. Ale myślę, że moja krótka prezentacja połączona z rysem historycznym zrekompensuje wam wyjazd. Aby bardziej wczuć się w to, o czym będę pisał, puśćcie sobie nagrania Gnawa w internecie. Słychać? To uwaga. Zaczynam.

Muzyków Gnawa najczęściej można usłyszeć właśnie w dużych miastach odwiedzanych przez przyjezdnych. Rdzenni artyści pochodzący z tej grupy etnicznej przebierają się w tradycyjne stroje, biorą do ręki tradycyjne instrumenty, wykonują tradycyjne pieśni, tańczą tradycyjne tańce i trwonią swój talent w całkowicie nietradycyjny sposób. Gnawa są dziś bowiem w przeważającej większości muzykami ulicznymi. Tworzą kilkuosobowe zespoły prowadzone przez głównego artystę, wykonujące swoje pieśni i wzbijające pył układami tanecznymi. Krótko mówiąc, grupy te są takimi odpowiednikami warszawskich kapel podwórkowych. Tak to właśnie wygląda. Bezlitosne prawa branży turystycznej uczyniły z Gnawa atrakcję, a z ich zwyczajów kolorową wydmuszkę.

A przecież… Obiecuję, że od tej chwili lecę już z dydaktyzmem. A przecież niegdyś ów muzykalny naród był wart więcej niż drobniaki rzucane mu przez Hansa z Düsseldorfu, Janusza z Kalisza czy Barneya z Londynu, którzy za sprawą wycieczek all inclusive dotarli do jego pustynnej ojczyzny.

Skąd się biorą Gnawa?

A ile konkretnie był wart? Tyle, ile handlarz na targu niewolników mógł dostać za pojedynczego silnego nieszczęśnika z zachodniej Afryki, wydajnie pracującego przy zbiorze sorgo. Gnawa są bowiem potomkami ubezwłasnowolnionej siły roboczej eksportowanej z subsaharyjskich rejonów kontynentu. Przez setki lat trafiało ich do Maroka tylu, że zaczęli tworzyć odrębną grupę etniczną asymilującą się z miejscową ludnością. Przyjęli islam, pozakładali domy, rodziny, związki zawodowe i tak dalej, i tak dalej. Na szczęście proste i spokojne życie w kraju wysuszonym słońcem nie sprawiło, że nasi bohaterowie zapomnieli o swoim dziedzictwie.

I tu właśnie zaczyna się najciekawsze. Chodzi o analogię z plemieniem Bambara. Nic wam to nie mówi? Nie dziwota. Mnie też nic to nie mówiło. Musiałem dopiero zajrzeć do mądrych książek, żeby zrozumieć, na czym ona polega. Otóż Gnawa i Bambara zamieszkiwały pierwotnie te same tereny dzisiejszego Senegalu, Mauretanii, Gambii i Burkina Faso. Każdy, kto nie ma problemów z logicznym myśleniem, wyprowadzi stąd wniosek, że obie nacje musiały też dzielić tradycje. Tak właśnie było. W szczególności jeśli chodzi o muzykę. Jedni i drudzy traktowali ją jako część swoich kurujących ciało i umysł obrzędów. Gnawa do dziś są uważani za specjalistów w czymś, co z braku lepszego określenia można by nazwać etnopsychiatrią. Odpowiednimi brzmieniami potrafią wypędzić złego ducha, wyleczyć z idiotycznych pomysłów i przywrócić piątą klepkę.



Blues z piachem w zębach

A teraz najnajnajciekawsze. Przynajmniej jak dla mnie. Gnawa to czystej krwi bluesmani! Co prawda trochę bardziej suficcy i subsaharyjscy niż ci z Nowego Świata, ale jednak! Bo wyobraźcie sobie, że w czasach, kiedy większość mieszkańców cywilizowanych i kochających wolność Stanów Zjednoczonych nie znała jeszcze pojęcia „prawa człowieka”, wielu z pośród Bambara, skoligaconych z Gnawa kulturowo, zakuto w kajdany i wywieziono na amerykańskie plantacje. Tam właśnie rodził się blues. Jak się okazuje, a zwróciło na to uwagę wielu badaczy muzyki, pieśni Gnawa mają z nim wiele wspólnego – dość wspomnieć chociażby o charakterystycznych dla czarnej muzyki powtórzeniach strof czy chóralnych responsach wtórujących wokaliście. Ich muzyka to najzwyczajniej w świecie odgałęzienie tego samego, pierwotnego pnia i żywy przykład spinania dźwiękiem odległych światów. Nie dziwota więc, że tak zgrabnie wychodziły mariaże stylów w wykonaniu na przykład Roberta Planta i Jimmy’ego Page’a, Billa Laswella czy Jeffa Buckleya.



No i to tyle. Wasze głowy są cięższe o jakieś 30 kilobajtów wiedzy, a ja zaspokoiłem swoje nauczycielskie żądze, choć chyba nie było tak dydaktycznie, jak zapowiadałem. Wszystkim Gnawa jest to zupełnie obojętne, bo nie wiedzą o moim i waszym istnieniu. Zresztą jutro muszą rano wstać, żeby iść zarabiać dirhamy na rynku. Ciężkie życie. Posłuchajmy sobie tymczasem jednego z najznamienitszych przedstawicieli tej społeczności i prawdziwego Hendrixa world music Hassana Hakmouna, który siarczyście wymiata marock’n’rolla na tradycyjnym sintirze.




Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.