Muzyka dla mas/nas

Grzech, potępienie i świetne brzmienie

Źródło grafiki: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/89/Le_Songe_de_Tartini_par_Louis-L%C3%A9opold_Boilly_1824.jpg
Diabeł. Temat tak wdzięczny, że aż żal nie polecieć w banał. A pies brał zarzuty o lenistwo! Wezmę się i opiszę przykłady mącenia siarkowym smrodem umysłów artystów muzyków i prowokowania ich do tworzenia czy to na chwałę, czy w obawie przed panem piekieł. Posłucham podszeptów bohatera teksu, machnę ręką na wymyślne analizy. Zamiast tego pójdę na łatwiznę. Ale w błyszczącym sreberku, coby czytelnik choć odrobinę skorzystał z mojego grzechu gnuśności.
Siądźże zatem wygodnie lub jak tam sobie chcesz i (z przerwami na penetrację facebooka) przestudiuj opisane tu przypadki. A jest ich kilka! Okazuje się bowiem, że Szatan naprawdę lubi muzykę! I to nie tylko black metal, tak stereotypowo dziś z nim kojarzony. Lucyfer to prawdziwy meloman, nierzadko rozmiłowany w prawdziwie finezyjnych płodach artystycznych. Prztykający palcami przy jazzie i swingu. Niegardzący dobrze skrojonym popem i tupiący kopytkiem do rytmu radykalnie rockowego brzemienia. Jest też fanem wielu twórców muzyki klasycznej. Niektórzy z nich do tego stopnia zawładnęli jego czarnym sercem, że (o czym za chwilę się przekonacie) zgodził się stroić im instrumenty!

Ciężko ustalić, który nurt jest jego ulubionym. W końcu podróż po całym świecie sprawiła, że słyszał już wiele. Pazurem rył rowki niejednego winyla, bezbłędnym paluchem przesuwał suwaki konsolet w legendarnych studiach, a jego brudne usta podszeptywały linijki tekstu zarówno megagwiazdom, jak i zupełnie anonimowym pieśniarzom. Jedno jest natomiast pewne – oprócz kościelnych kazań i efektownych opętań, to właśnie muzyka jest najczęstszym terenem jego występowania.


To nie pomyłka, to melodia z tyłka

Zacznijmy od okresu największej popularności Rogatego. Jego belle epoque, czyli rzecz jasna średniowiecza. Medialna siła Diabła była w tamtych czasach naprawdę ogromna i w ówczesnych mediach pokazywał się on regularnie: w literaturze, sztuce i muzyce właśnie. Zapotrzebowanie na przedstawienia demona stale rosło, toteż niejeden artysta próbował się przejechać na sławie Złego, uwieczniając go w ten czy inny sposób. Jeśli chodzi o muzykę, ciekawym przykładem jest Hieronim Bosh (co prawda malarz i co prawda bardziej z okresu przełomu gotyku i wczesnego renesansu, ale mam nadzieję, że wybaczysz mi, czytelniku, to naciągnięcie). Ów niderlandzki zdolniacha, co to pędzelkiem robił fajne obrazki, razu pewnego popełnił tryptyk zatytułowany „Ogród rozkoszy ziemskich”. Wszelkich maniaków historii sztuki z miejsca proszę o wybaczenie, gdyż nie zdołam opisać całości dzieła. Skupię się jedynie na jego prawym skrzydle obrazującym piekło.

Pan Bosh w swojej niezawodnej intuicji artystycznej najprawdopodobniej zgadł, że coś musi być na rzeczy i że muzyka nie bez powodu łączy się z siłami nieczystymi. Znajdziemy tu bowiem sporo odniesień do grania wszelkiego rodzaju: gigantyczne liry i flety, uszy (dźgane nożem) i harfy używane jako narzędzia tortur. Jest też pewna bardzo osobliwa partytura, o której jakiś czas temu zrobiło się głośno w internetach. Co bardziej nałogowi pożeracze online’u zapewne już wiedzą o co chodzi. Całej reszcie śpieszę wytłumaczyć, że pewna blogerka dostrzegła zapis nutowy na pośladkach pewnego z potępieńców uwiecznionych na malowidle. Utwór, który to malarz skrupulatnie naniósł na siadającą część ciała, blogerka postanowiła przetranskrybować na pianino. Następny internauta dorobił do tego niewybredny tekst a jeszcze inny skleił wszystko w formę chorału. Efekty do posłuchania tutaj:

Oto diabelska muzyka w wyobrażeniu Bosha. Oczywiście przefiltrowana przez jego osobistą wrażliwość i ducha czasów. Ale uwierzcie mi, Szatan ma znacznie lepszy gust, a i zdolnościami kompozytorskimi wyrasta wysoko ponad notację rozpisaną na człowieczym zadku.


Paganini, Kaprysy, cyrografów podpisy

Z pomocą przy podtrzymaniu tezy ze zdania poprzedniego przychodzi nam nie kto inny niż sam Niccolo Paganini. Człowiek, który zmienił paradygmat gry na skrzypcach. Cieszący się niesamowitą estymą twórca między innymi sławnych „24 Kaprysów”. Skandalista i celebryta swoich czasów. Genuańskiego wirtuoza oklaskiwano w każdym znaczącym mieście Europy, a kobiety mdlały z wrażenia na jego koncertach.

Ale kumaci wiedzieli, co jest grane! Paganini zaprzedał duszę diabłu! Pogląd ten był tak rozpowszechniony, że wręcz uważany za truizm. Nie jeden i nie dwóch relacjonowało: „Jak Pana Boga kocham! Widziałem, jak Diabeł prowadzi jego smyczek”! Inni z ręką na XIX-wiecznym, więc zabobonnym, sercu zeznawali, że Belzebub stroi Paganiniemu instrument! Były też piekielne zaprzęgi odwożące skrzypka po występach i wszelkiego rodzaju inne cuda wianki. Atmosferę podgrzewała prasa oskarżająca go (zresztą słusznie) o rozpustę, nałóg hazardu i bycie zwyczajnym bydlakiem.

Poglądy o jego konszachtach z siłami nieczystymi brały się najprawdopodobniej z uzasadnionego stwierdzenia powstającego w głowach słuchaczy: „Oż Ku***! Przecież nie da się tak grać”! Prawda jest jednak taka, że gdy nasz włoski skrzypek był jeszcze dziecięciem, jego kochany tata lał go równo za najdrobniejszą pomyłkę w grze, zamykał w komórce na wielogodzinne sesje ćwiczeń i zmuszał do powtarzania gam w nieskończoność. Z tej solidnej szkoły Niccolo wyniósł ponadprzeciętne zdolności i zaburzenia psychiki.

Ludzie jednak wiedzieli swoje. I gdy Paganini przybrał ostatni wyraz swojej smętnej twarzy, miejscowa ludność Nicei (gdzie dokonał żywota) nie godziła się na pochówek artysty w tym miejscu. Zbytnio byli przerażeni jego diabelską legendą.

A tak na marginesie. Skrzypce chyba faktycznie są jednym z ulubionych czartowskich instrumentów. Mefistofeles występuje z nimi w „Fauście”, a Szatan gra na nich w „The Devil Went Down To Georgia” Charliego Danielsa. Tutaj w karkołomnym coverze grupy Primus:


Vader z głośników – domena grzeszników

Jeśli twoje dziecko słucha metalu, to wiedz, że Szatan się nim interesuje. Ale nie tylko on! Interesują się nim też wytwórnie muzyczne, chcące wcisnąć mu album kolejnej, ciężkiej jak diabli, kapeli. Proceder trwa od końca lat 70. ubiegłego wieku, czyli mniej więcej od czasu „wynalezienia” heavy metalu. Co prawda złotą dekadą tej muzyki były lata 80. Mimo to ów nurt rocka nie narzeka ani na niedobór fanów (autor również się do nich zalicza), ani na brak nastoletnich, pryszczatych kuców mających ambicję stać się kolejnymi emanacjami Venoma, Cannibal Corpse, Slayera, Death, Mötorhead, Judas Priest, Pantery, Iron Maiden, Def Leppard czy innych zespołów. A jest z czego wybierać, bo amplituda metalowej stylistyki waha się od cyrkowego hard-łomotu po czysto kotożercze brzemienia.

Cały dowcip z tą muzyką polega na oparciu jej o tryton (nie całej oczywiście, ale naginam fakty dla spójności wywodu) – specyficzną skalę, w której interwał wynosi trzy całe tony. W harmonii klasycznej uważany jest za dysonans i wymaga rozwiązania na sekstę małą bla bla bla bla... W każdym razie chodzi o to, że tryton brzmi mrocznie, ponuro i na tyle złowrogo, że przywodzi na myśl dźwięczenie piekielnego kotła uderzanego kopytem diabła. Ojciec chrzestny metalu i słynny zjadacz nietoperzy Ozzy Ozbourne wspomina, że gdy wraz z Black Sabbath po raz pierwszy zaprezentował swoją muzykę na scenie, widownia spodziewająca się klasycznego rocka czmychała w popłochu.

Lata pożerania narkotyków wszelkiej maści mogły nieco przytępić pamięć Ozzy’ego. Prawdopodobnie wyolbrzymił trochę te zdarzenia. Ale fakt faktem, tryton posiada moc przerażającą. Jeszcze w XI wieku Kościół nazwał tę tonację diabolus in musica i zakazał wykorzystywania jej w kompozycjach przez wzgląd na siarczaną obsceniczność gorszącą duszyczki. Co zrobilibyśmy bez Kościoła?!


Z talent show artysta, to nowy satanista

Jak zapewne zauważyliście, pominąłem najbardziej oczywiste oczywistości. Dałem spokój Robertowi Johnsonowi i jego pakcie z Szatanem. Odpuściłem sobie śledzenie backamskingu w „Stairway To Heaven” Zeppelinów, a stróżów czystej duszy zostawiłem samych sobie przy próbach rozszyfrowania co bardziej podejrzanych nazw rockowych kapel. Może i jestem leniwy, ale na pewno nie jestem masochistą tłukącym wciąż i wciąż tak zdarte tematy, jak te powyższe.

Podzielę się za to z wami moim osobistym przemyśleniem. Otóż mam wrażenie, że Diabłu chyba już powoli nudzi się muzyka. Stworzył zatem format talent show, aby (między innymi rękami Simona Cowella) zarżnąć pop. Ot, takie smutne przemyślenie na koniec.

Żegnam się zatem z Państwem grupą Betzefer, która swój utwór opatrzyła wdzięcznym teledyskiem:


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.