Muzyka dla mas/nas

Patrząc na gwiazdy

Źródło grafiki: fot. Michael Hicks
Idą święta, o czym niezawodnie świadczą oświetlone ciężarówki Coca-Coli, oddelegowane na bloki reklamowe wszystkich telewizji świata przez grubasa w czerwonym wdzianku. Tenże grubas, zwykło się przyjmować, raz do roku rusza tyłek i jak matka ziemia długa i szeroka kolportuje wszelkiego rodzaju upominki. Zapewne pod niejedną choinką położy płyty z muzyką najbardziej topowo-popowych wykonawców…
I w tym miejscu porzucam okołoświąteczną retorykę. Była mi potrzebna tylko po to, by w jakiś sposób nawiązać do grudnia, w którym to klepię owe słowa. Chociaż nie. Nie do końca porzucam. Bo jednak będzie mowa o gwiazdce. Ba! W liczbie mnogiej. O gwiazdkach. A może nawet Gwiazdach przez duże (jak widać) G. Chodzi mi, rzecz jasna, o wielkie, fortunodajne kariery wykonawców wbijających chorągiewki na szczytach dzisiejszych notowań.

Tak więc siedzę i myślę, i nie mogę pojąć, i zachodzę w głowę, o co z nimi wszystkimi chodzi. Skąd ten fenomen ich sławy? Nie żebym był jakiś tępy. Wiem, że to wypadkowa talentu, wsparcia wielkich wytwórni i tego niewymiernego wstrzelenia się w odpowiedni moment. Tak to działa, odkąd homo sapiens zaczął nagrywać muzykę dla własnej rozrywki. A jednak wciąż nie ogarniam. Bo i jak tu ogarnąć sytuację, kiedy gigantyczny rozgłos zyskują wykonawcy właściwie niczym szczególnym się niewyróżniający lub w najlepszym wypadku będący kopiami artystów sprzed dekad? I dlaczego dzieje się to w tak kochającej skandal i blichtr dziedzinie popkultury, jaką jest muzyka rozrywkowa? Ale czy to grzech nie rozumieć otaczającego nas świata? Oczywiście, że nie. Grzechem byłoby natomiast nie szukać odpowiedzi. Zatem…

Studium przypadku: Adele – muzyka dla każdego

W 1980 roku The Human League nagrali utwór The Black Hit of Space. Śpiewają w nim o płycie tak nijakiej, że pochłania ona wszystkie inne pozycje z Top 40 i w końcu nie można kupić nic poza nią. Dziś wchodzę do muzyczno-książkowej sieciówki z przecinkiem w logo i widzę wystawkę, którą urządzono tam najnowszemu albumowi Adele. Oblicze wokalistki umieszczone na okładce 25 jest wręcz niezdrowo wyeksponowane. Nie ma już sklepu. Nie ma innych płyt. Nie ma nic. Jest tylko wzrok artystki spoglądającej na nasz portfel. Choć osobiście nic do niej nie mam, to uważam, że czarna jak dupa szatana wizja The Human League spełnia się właśnie pod jej postacią.



I już widzę te oburzone piąchy podstawiane pod mój nos! Szczęście, że jak dotąd wciąż jestem autorem niszowym, więc ryzyko dostania w zęby na ulicy od jakiegoś miłośnika Adele wydaje się znikome. Mimo to postaram się bardziej dyplomatycznie wyłuszczyć sprawę, aby uniknąć ewentualnej eskalacji konfliktu. Otóż Adele NIE JEST NIJAKA. Ona po prostu tworzy piosenki doskonale „środkowe”. Sama zresztą też zamieszkuje stylistyczny interior, gdyż cały jej muzyczny i pozamuzyczny image został skonstruowany w taki sposób, aby spodobać się wszystkim i nikogo przypadkiem nie wykluczyć z grona potencjalnych słuchaczy. Weźmy chociażby teledysk do jej najnowszego singla Hello i słynny już występujący tam telefon z klapką (życiowa rola samsunga SPH-M300). Można by się zastanawiać, czemu w epoce lokowania produktu nie wciśnięto w dłoń wokalistki najnowszego smartfona. Z wyjaśnieniem śpieszy reżyser klipu Xavier Dolan. Obecność archaicznego już aparatu tłumaczy on chęcią zachowania uniwersalnej bezczasowości. Z takim niesprecyzowaniem w końcu łatwiej się utożsamić. Czyż to nie pasuje do mojej teorii?! Ha!



Śp. kwestia gustu

Zresztą sprawa nie dotyczy tylko Adele. Cała wierchuszka list przebojów kreuje się podobnie. Inna sprawa, że takie zabiegi nie wypaliłyby, gdyby nie sprzyjający klimat naszych czasów. Otóż dawniej każdy okres muzyki rozrywkowej miał swojego haka. Że posłużę się tu nadętą alegorią z Barthes’a – miał punctum skupiające uwagę publiczności i kierunkujące twórczość. Jeśli przyjrzymy się co bardziej ekspansywnym nurtom, z łatwością zauważymy, że każdy z nich opierał się na jakimś mniej lub bardziej spontanicznym założeniu, które w zależności od poziomu naiwności społeczeństwa było albo wielką ideą, albo nihilistyczną przekorą.

Kilka razy muzyka okręciła się więc wokół buntu obyczajowego, flirtowała z postmodernistyczną prowokacją lub pielęgnowała jakiś rodzaj depresji. A dziś? Buntować się nie ma przeciw czemu ani przeciw komu. Tradycyjna opozycja „młodzi – starzy” straciła sens, bo pokolenie dzisiejszych czterdziesto-, pięćdziesięcio- czy nawet sześćdziesięciolatków to ludzie, którzy sami wznosili rewolucyjne sztandary. Na dodatek nowe media zrównują wiek, więc w internecie wszyscy funkcjonują na tych samych prawach. To może prowokacja? Ale niby czym prowokować? Bądź co bądź turboliberalizm przebił już wszystkie ściany i nic nikogo nie razi. No i jeszcze depresja – odpada. Największym smutkiem pierwszego świata jest pęknięta szybka iPhone’a. Jedynym hakiem dzisiejszych czasów jest więc… brak haka.

Mając zatem na uwadze zdolność rynku muzycznego do wykorzystywania okazji, możemy sądzić, że jesteśmy świadkami spełniania się jego wyśnionej utopii, w której dźwiękowy produkt gości w każdym uchu – niezależnie od tego, czy chodzi o ucho inteligenta, czy też robotnika. Gust muzyczny przestaje mieć znaczenie. Ginie w konfrontacji z wszechpotężną uniformizacją. Niektórzy powiedzą, że to gwałt na różnorodności. Inni – że remedium na międzystylistyczne spory. Jedno jest natomiast pewne. Mityczny „masowy odbiorca”, ów golem zlepiony z podstawowych upodobań i funkcjonujący do tej pory jako marketingowy konstrukt, został ożywiony.

Studium przypadku: Taylor Swift – powtórka z mitologii

Jest na świecie taka armia, która szturmuje obecnie wszystkie listy przebojów. Składa się z jednej osoby, a imię jej Taylor Swift. Wchodzę na oficjalną polską stronę poświęconą piosenkarce i kilkukrotnie międlę wzrokiem umieszczone tam zdania witające gości. Za każdym razem skupiam się na fragmencie ujmującym totalną i bezsprzeczną sławę artystki w słowach „kojarzysz” oraz „obiły ci się o uszy”. Faktycznie „kojarzę” Taylor Swift i faktycznie jej hity „obiły mi się o uszy”. Wątpię też, aby ktoś nie kojarzył wokalistki z Reading w stanie Pensylwania  i aby jakiekolwiek wzmianki o niej nie obiły mu się o uszy.



Karierę zaczynała od country, ale ciągnęło ją do czysto popowego brzemienia głównego nurtu. W 2014 roku, po premierze albumu 1989 i jego ogromnym sukcesie, stała się diwą muzyki popularnej sprzedającą tryliardy płyt. Raptem okazało się, że wokalistka jest największym fenomenem dzisiejszego popu. Piękna, przebojowa i wykonująca własne kompozycje trafiające w punkt, czyli do serc fanów. Jeśli jednak przeanalizujemy dokładniej jej sukces, zauważymy wiele analogii do Bruce’a Springsteena. Taylor nie tylko dziedziczy po nim arcyamerykański mit „gwiazdy z ludu”, ale też podobnie jak on swój sukces opiera na równowadze między szczerością i prostotą przekazu z jednej strony a bezwzględną komercją z drugiej. Zmienia się tylko ciężar gatunkowy!



Swoje robi też umiejętność tworzenia materiału uniwersalnego i niezwykle plastycznego. Nie trzeba sobie nawet wyobrażać, jak brzmiałyby teksty Taylor w ustach innego artysty! Grający alternatywnego rocka Ryan Adams nagrał cover całego 1989  w romantycznym, countryfolkowym stylu nowej americany.



Przepraszam, czy ten pop jest dobry?

Ale czy powtarzanie sprawdzonych schematów, elastyczny materiał itp., itd. wystarczy do zdobycia rządu dusz? Nie. Trzeba mieć jeszcze łeb na karku i wyciskać co się da z komunikacyjnych możliwości mediów. Zwłaszcza tych społecznościowych. Panna Swift potrafi to robić bodajże najlepiej ze wszystkich, ale działania takie jak tajne odsłuchy płyt w gronie fanów, wideokonferencje z wielbicielami z całego świata i udzielanie się na portalach internetowych są dziś powszechnie stosowane przez całą branżę. Niemal do zera niweluje się takimi sposobami dystans między artystą a odbiorcą, stapiając tym samym dwa światy rozdzielone wcześniej szeroką miedzą.

Owo stopienie najłatwiej dostrzec na przykładzie fandomów skupiających zwolenniczki (bo powiedzmy sobie szczerze, to płeć piękna w wieku dziewczęcym jest najbardziej zaangażowanym odbiorcą popu) konkretnych wykonawców. Pozwolę sobie rzucić zaledwie kilkoma nazwami, a zainteresowanych ich znaczeniem odsyłam do czeluści internetu: Beliebers, Smilers, Directioners czy – to już przykład z naszego podwórka – Kwiatonatorki. Każda z tych społeczności, poza tym, że gotowa jest mordować w imię miłości do swego idola, ma też szczególny status „społecznego menadżera” dbającego o wizerunek gwiazdora. To wszystko wyznacza fandomom decydującą rolę w sprawach kariery artysty, a wykonawcy naprawdę liczą się z ich zdaniem.

Cieszą się z tego wytwórnie fonograficzne, bo oddany słuchacz to gwarancja stałego dochodu, a jego kieszeń można fedrować przez dobrych kilka lat bez przerwy. Cieszą się producenci fanowskich dewocjonaliów, gdyż zamówione w Chinach pudełeczka śniadaniowe opatrzone uśmiechniętą buźką piosenkarza rozejdą się jak świeże bułeczki. W końcu cieszą się ci najbardziej zainteresowani, czyli muzycy. Tu powodów chyba nie trzeba wyjaśniać. Tylko ja nie jestem jakoś szczególnie uradowany. Ba! Drżę o przyszłość muzyki popularnej, bo jestem wręcz przekonany, że to wszystko nie pozostaje bez negatywnego wpływu na nią. Może przesadzam, ale coś mi się zdaje, że im głębsza relacja z twórcą, tym płytsze jego piosenki, a słuchacze rozkochani w swoich idolach nieświadomie przyczyniają się do pogorszenia jakości artystycznej ich dzieł. Wynika to z tego prozaicznego powodu, że przecież żyjąc w tak dobrej komitywie z bracią fanów, muzyk nie musi się zarzynać, by tworzyć coś wybitnego. Wszyscy łykną z rozkoszą nawet gniot, a wszystko zostanie mu wybaczone. Przez to poziom piosenki czy klipu nie liczy się już tak bardzo. Widać to chociażby po rekordach portalu VEVO. Kiedyś świadczyły o jakości muzyki. Dziś – o sile fanów urządzających maratony nabijania odsłon. Z dnia na dzień coraz trudniej więc stwierdzić, czy obcujemy z dobrym popem.

Studium przypadku: autor – pokolenie odchodzące

Długo się produkowałem, ale kiedy doszedłem do tego momentu, okazało się, że wciąż nic nie rozumiem. Pytania postawione we wstępie pozostają niczym twierdza nie do zdobycia. Dla pewności, że faktycznie nic nie rozumiem, przejrzałem brytyjskie zestawienie Top 40. Patrzę na nazwiska i formacje, a oczy wychodzą mi na wierzch ze zdziwienia. Kim oni są? Jak przebili się na te pozycje? Kto ich słucha? Przecież to armia klonów nieidąca za żadnym prądem lub odgrzewane po stokroć pomysły na granie. Jeszcze raz czytam więc swoje wypociny i widzę, że mało co trzyma się kupy, a cały research, przekuty na pięć stron gęsto zapełnionych literkami, można o kant tyłka potłuc, gdyż moja głowa poroniła wnioski. Zamiast podsumowania zawrę tu więc kilka refleksji dotyczących mnie samego.

Po pierwsze, zdaje się, że jestem ignorantem, bo większości z obecnych na rzeczonym Top 40 nie znam w ogóle, a ci, o których wspominałem, wdrapali się tam najwyraźniej innymi drogami niż opisywane tutaj.

Po drugie, jestem sto lat za bakteriami jednokomórkowymi – najnowszym popem zainteresowałem się zbyt późno, aby właściwie określić przyczyny popularności niektórych wykonawców.

I po trzecie (najbardziej przerażające), wygląda na to, że mimo pacholęcego wieku i młodzieńczego wąsa pod nosem jestem już pokoleniem odchodzącym, do którego nie są kierowane najnowsze sposoby promocji i którym duży przemysł fonograficzny traci zainteresowanie.

Czy czujesz się zawiedziony, drogi Czytelniku, że ani o krok nie przybliżyłem Cię do ogarnięcia tematu? Jeśli tak, to pamiętaj, że to nie grzech nie rozumieć otaczającego nas świata. Grzechem byłoby natomiast nie szukać odpowiedzi. Zatem…


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.