Muzyka dla mas/nas

Zakopywanie pluszowych misiów czyli kilka słów o dorastaniu gwiazd popu

Źródło grafiki: http://bitly.pl/RXy8v
W życiu każdej młodej dziewczyny i każdego młodego chłopca nadchodzi w końcu ten dzień. Dzień pierwszej fajki, po kryjomu odpalonej w szkolnym kiblu. Dzień pierwszego chwiejnego powrotu do domu i pierwszych hormonalno-tożsamościowych dżihadów. Makijaże stają się równie ostre jak pyskówki z rodzicielami, a wyobrażenie płci przeciwnej wchodzi na zupełnie nowy poziom.
Ukochani do niedawna Mama i Tata szybko orientują się, że nadszedł okres dorastania ich pociech i że najlepiej to przeczekać, ale dla gwiazd z plakatów zrywanych znad łóżka jest to oczywisty sygnał, że natychmiast muszą tak przemodelować cały swój wizerunek, aby przypaść do gustu słuchaczom niemieszczącym się już w ubrania ze Smyka. Zajmijmy się zatem tym specyficznym typem idoli nastoletnich dusz. Nie ikonami rocka, bo każda z nich urodziła się już z papierosem w gębie i butelką whisky w garści. Naturalnie wykluczamy też autorów piosenek dziecięcych, ponieważ ci z infantylności uczynili zawód i od lat z powodzeniem odchowują kolejne pokolenia cudzych latorośli. Na tapetę bierzemy szczególne grono pudrowych cukierasów młodzieżowego popu. Gwiazdeczek, które zaczynały występować w bardzo młodym wieku i niemal równolegle z wykształceniem się zmysłu (świadomego) słuchu u ich odbiorców.

Tacy celebryci znajdują się w niewesołej sytuacji, bo tak naprawdę cholernie trudno jest wyjść z kulturowego domku dla lalek, w którym umieścił ich przemysł muzyczny. Rzecz jasna, dotyczy to tylko tych artystów, którzy mieli ambicje utrzymać się na powierzchni show biznesu również po okresie pokwitania. (Wszak historia zna przypadki dziecięcych gwiazd przeistaczających się później w najnormalniejszych podatników. Kto na przykład pamięta o chłopakach z Kris Kross, hę?) Oni nie mają wyboru – muszą nadążać za swoimi słuchaczami. I o to właśnie rozbija się cały problem. Jak osiągnąć sukces, a jednocześnie wydorośleć i nie stać się karykaturą samego siebie?


Młode gniewne

Jest taki zabawny mem. Normalnie LOL i ROTFL, jak Boga kocham! Przedstawia niesławną sytuację z rozdania MTV Video Music Awards z 2013 roku, kiedy to Miley Cyrus dostała epilepsji tyłka przy kroczu Robina Thicke’a. Obok nich, zgrabnie wlepiona w fotoszopie, widnieje twarz Billy’ego Raya Cyrusa – taty Miley.


Na jego obliczu smutnym jak pusty portfel maluje się rozczarowanie zachowaniem córki, nijak nie licującym z purytańską obyczajowością rodzinnego Nashville. Ale przecież czego on się spodziewał? Sam wpychał ją w tryby morderczego, dziecięcego show biznesu, nie bacząc na to, co jego bezlitosne mechanizmy mogą zrobić z młodym człowiekiem. Ogromnie popularny serial „Hannah Montana”, lansujący grzeczne emocje w pastelowych kolorach, musiał się kiedyś skończyć! A wystarczyło przypomnieć sobie o Britney Spears. Jej mundurek wyuzdanej uczennicy z teledysku do ...Baby One More Time to dziś niemal archetyp utraty niewinności.



Zanim jednak Britney rozerotyzowała swój wizerunek na dobre, robiła przykładną karierę w telewizji jako jedenastoletnia koleżanka wszystkich dzieci w programie „Klub Myszki Miki”. Niestety! Nawet koncern Walta Disneya nie potrafi zahamować procesów dojrzewania. Urocza dziewczynka o anielskim głosie nieuchronnie wkraczała w wiek nastoletni i ku rozczarowaniu producentów nabierała kobiecych kształtów. W pewnym momencie wypromowany towar, czyli jej telewizyjna osobowość, przestał być zgodny z opisem. Zostawiono więc Britney w spokoju i dano jej wolną rękę w kwestii dalszego rozwoju kariery. Na początku Spears trzymała się jeszcze grzecznych zachowań i gorąco zapewniała o swoim żelaznym dziewictwie. W końcu jednak wymogi rynkowe, wyrachowanie branży, a może także naiwność piosenkarki zrobiły z niej coś na kształt gwiazdy porno dla najmłodszych i patronki papierowych pstrokaciaków w stylu „Bravo Girl”. Fakt faktem, dopisała wówczas kilka zer na swoim koncie, a dorastająca publika czciła każdy jej album. Wszystko to jednak działo się kosztem nieustających plotek, wywlekania skandali na światło dzienne i ogólnego upodlenia Britney przez media. Skończyło się więc na depresji zalewanej obficie wódą.

Wróćmy do Miley alias Hannah Montany. W 2013 roku chyba nie było na świecie nikogo, kto choć raz nie wodziłby wzrokiem za wielką, stalową kulą do wyburzania domów i za bujającą się na niej, nagą 21-latką. Teledysk do Wrecking Ball bił rekordy popularności, a opinia publiczna też biła, tyle że na alarm. Wiele środowisk uznało wideo za skandalizujące, a co bardziej sarkastyczni tworzyli prześmiewcze parodie nagrania (moja ulubiona to ta z Ronem Jeremym, który przez swój zawód chyba najlepiej pasuje do rozbieranej stylistyki).



Wśród słów krytyki i napomnień najgłośniejszym echem odbił się list otwarty wystosowany do Miley Cyrus przez Sinéad O'Connor (notabene niektóre fragmenty teledysku Wrecking Ball były inspirowane klipem do Nothing Compares 2U). Znalazły się w nim wzmianki o umniejszaniu talentu przez występowanie nago i cynicznym, dolarożernym przemyśle muzycznym, robiącym z wokalistki dziwkę. Panna Cyrus niewiele się tym wszystkim przejęła. Co więcej, z konsekwencją godną podziwu buduje swój wizerunek skandalistki.

Przyglądając się bliżej, można zauważyć, że kilka cech odróżnia Miley Cyrus od Britney Spears. Przede wszystkim jej działania wyglądają na drobiazgowo przemyślane i zaplanowane. W świecie nowoczesnych mediów zdaje się też mieć większą kontrolę nad tym, co pokazuje światu. No i nie można jej odmówić jednego – nadąża za dojrzałością emocjonalną (albo brakiem tejże) swoich fanów.


Poważny pan Justin i niedojrzały chłopiec Michael

O ile trudno jest rozstrzygnąć, czy Miley w rzeczywistości jest kokietką szytą na miarę MTV, czy też niezwykle inteligentną bizneswoman rozgrywającą wszystko pod siebie, o tyle z łatwością można wskazać przykład artysty, który z sukcesem zmienił swoją muzykę z pioseneczek celebrujących miłość w stylu toników Clean & Clear w dojrzały, elegancko skrojony pop.

Justin Timberlake, bo o nim mowa, podobnie jak Britney Spears debiutował w „Klubie Myszki Miki”. Talent i wszechstronność, wspierane strumieniem pieniędzy, ośmieliły go do założenia wraz z kilkoma przyjaciółmi boysbandu *NSYNC. Lata dziewięćdziesiąte ochoczo przyjęły odświeżony format zespołu chłopięcego, a także – jako najważniejszą twarz przedsięwzięcia – samego Timberlake’a z włosami przypominającymi makaron w zupce chińskiej. Nastolatki ze wszystkich długości i szerokości geograficznych tapetowały wówczas swoje pokoje plakatami zespołu, wierząc, że I Want You Back to utwór właśnie o nich. Jednak po siedmiu latach działalności wszyscy byli świadomi jednego – idzie nowe, a grupa *NSYNC stanie się zapewne reliktem epoki. Przy tym sukcesy zespołu umacniały głównie pozycję Justina, z czego sam zainteresowany wkrótce skwapliwie skorzystał.



Od początku nie miał on w planach jedynie odcinania kuponów od swojej sławy. Wraz z pierwszą solową płytą Justified zaczął odważnie penetrować scenę R’n’B, czując potencjał tego gatunku muzycznego, a wyniki współpracy z takimi gigantami produkcji jak Timbaland czy Pharrell Williams dowodziły ogromnej ambicji. Zadziwiająco łatwo wyszedł mu przeskok z naiwności słodkiego, nastoletniego grania do odważnego eksperymentatorstwa i budowania własnej marki. Kim Justin Timberlake jest  dzisiaj? Wystarczy powiedzieć, że jego ostatni album The 20/20 Experience z 2013 roku zepchnął z pierwszego miejsca światowych list przebojów nawet Davida Bowiego.

Nie możemy tu nie wspomnieć o kimś, do kogo Justin często był porównywany: o nieodżałowanym Michaelu Jacksonie. Jego historia stanowi jeszcze inną narrację dorastania w świecie muzycznego show biznesu – choć właściwiej będzie nazwać to negacją dorastania, bo Jackson na zawsze pozostał Piotrusiem Panem. Właściwie aż do swojej śmierci w 2009 roku okupował pozycję wiecznego chłopca, rekompensując sobie młodość zgruchotaną przez kierat The Jackson 5 kupowaniem na przykład wozów strażackich – tych prawdziwych… Choć jego „dorosły” wizerunek skrzył się od łobuzerskich strojów i szybkich, agresywnych ruchów w tańcu i choć sam śpiewał, że jest zły, to stworzona na własne potrzeby proteza dzieciństwa działała nadzwyczaj dobrze. Opatulony w tę dziwną pelerynę niewidkę uszytą z niedojrzałości, stawiał czoła światu zewnętrznemu. Tymczasem słuchacze rośli wraz z jego kompozycjami, i tak od zagranego wraz z rodzinką ABC przez Thriller aż do Earth Song i innych utworów słynny Jacko wychował sobie bodaj największą rzeszę dorosłych fanów, jednocześnie samemu pozostając na poziomie wrażliwości ich małoletnich synów i córek.




Poza murami zamku

Jakimś dziwnym trafem spora część z wyżej wymienionych postaci została wypromowana przez Disneya. Cyrus zaistniała tylko dzięki serialowi „Hannah Montana”, którego najpopularniejsze odcinki dobijały do oglądalności wynoszącej 10 milionów widzów (!), a Spears i Timberlake zgodnie pracowali na chwałę kombinatu Myszki Miki. Podobnie robili Selena Gomez, Christina Aguilera, Zac Efron czy Demi Lovato, u których również możemy zaobserwować (mniej lub bardziej świadome) zwulgaryzowanie. Taki wpis w CV wydaje się zatem o tyle ironiczny, że disnejowska manufaktura rozpowszechnia w swoich produkcjach tradycyjne wartości takie, jak: rodzina, przyjaźń, zdrowie, przyszły zawód itp. Mimo wybujałego sztafażu i przedstawiania sławy utytłanej w różu żaden z bohaterów Disneya nie pragnie buntu czy podważania wartości. A narkotyki, alkohol i utrata dziewictwa to już w ogóle broń Panie Boże!

Mając to na uwadze, możemy sobie powróżyć, kto następny wydostanie się z zamczyska potężnego Walta. Moim zdaniem idealnie pasuje tu Martina Stoessel, czyli dzisiejsza bohaterka piórników i zeszytów 12-latek, kryjąca się pod pseudonimem Violetta. Serial, przygotowany przez Disneya na rynki iberyjskie i oparty na sprawdzonej formule „przygody nastoletniej gwiazdy”, odniósł wielki sukces na całym świecie (bilety na jej koncert na warszawskim Stadionie Narodowym wyprzedano w kilka godzin). Panna Stoessel, choć na razie nie budzi kontrowersji, idzie tą samą ścieżką kariery co Miley Cyrus – telewizja, trasy koncertowe firmowane nazwiskiem fikcyjnej bohaterki i ogromny udział w działalności fandomów. Ale Martina nieuchronnie dorasta, a w kolejce stoją już zapewne jej następczynie. Nie zdziwię się więc, jeśli jej pierwszym samodzielnym ruchem będzie rozbierana sesja, wyjście z imprezy na autopilocie czy inna obsceniczność. Wszak cytując mojego ulubionego, wąsatego klasyka: „Show must go on”, niezależnie od tego, przed jakimi rocznikami się występuje.



Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.