Muzyka dla mas/nas

YOLO-pop

Źródło grafiki: fot. Nan Palmero
Antyczni Rzymianie, topiąc się w winie i zatracając w sławetnych orgiach, mówili: „carpe diem”. Goethe kreślił piórem drżącym z romantycznej pasji zdanie: „Man lebt nur einmal in der Welt”. Drake zaś, współcześnie żyjący raper i – okazjonalnie – „myśliciel” z wnętrza swojego szerokiego jak cała Ameryka chevroleta malibu woła: „YOLO!”.
Nie pisałbym o tym wszystkim, gdyby nie podziw dla kreatywności różnej maści badaczy muzyki popularnej, wymyślających wciąż nowe określenia zmieniających się nurtów. Wszak o trudach życia takiego, jakby jutra miało nie być, śpiewał niejeden. Już w zamierzchłych latach 70. Freddie Mercury swoje hedonistyczne credo zawarł w tekście „Don't Stop Me Now”. Jeśli zaś idzie o coś bliższego naszym sercom, to o „prywatkach, jakich nie przeżył nikt” śpiewali przecież synowie polskiej ziemi  ­ Oddział Zamknięty. Jednak dopiero ostatnio, gdy krążyłem po nieużytkach internetu, zupełnie przypadkiem natknąłem się na określenie YOLO-pop. Nazwa wydała mi się tak frapująca, że postanowiłem zgłębić temat. Chcąc nie chcąc, otrząsnąłem się więc z błogostanu nieróbstwa i w toku analizy – poza wszystkim tym, czego w dzisiejszej muzyce nie lubię – odkryłem cechy tego podgatunku popu, które przy odrobinie dobrej woli można przypisać każdemu ze słów ukrytych w akronimie YOLO.
  
 
  
YOU 
Ty! I zawsze ty! Ty über alles! Tobie wolno wszystko i ty, jesteś najważniejszy. Turbonarcyzm leży u podstaw YOLO-popu. Widzi się to i słyszy we wszystkich tych paplanych tekstach i napompowanych teledyskach. Aby podać stosowny przykład, wróćmy do wymienionego we wstępie Drakeʼa. Nie żeby był wyjątkowy na tle jemu podobnych twórców, bo zasadniczo dubluje teksty o dziwkach, wódce i koksie. On jednak jako pierwszy wpadł na pomysł, by różnymi zabiegami językowymi wpleść skrót YOLO między strofy kawałka (była to piosenka „The Motto”) i choćby z tego powodu należy mu się uwaga. Tak więc ten sympatyczny jegomość, pochodzący z chłodnej Kanady, mówi o sobie tylko dużą literą i jest przy tym pozbawiony wszelkich hamulców. Z tekstu na różne sposoby dowiadujemy się zatem, że ma baaardzo dużo pieniędzy i baaardzo duże możliwości seksualne. Mój ulubiony fragment głosi: „Pieprzyć to, co gadają inni. Nie widzę ich, bo przede mną leży kupa kasy”. Czyż to nie urocze? 

 
  
Lecz tak jak mówiłem, autotematyzm i samouwielbienie nie są niczym nowym. W YOLO-popie celowo grzeszy się pychą. Z pragmatycznych względów – jest to po prostu sprawdzony zabieg marketingowy. Nie świadczy to, rzecz jasna, o fałszywości wzmiankowanego samouwielbienia. Ego twórców naprawdę jest tak wielkie, że na jego szczycie można się nabawić choroby wysokościowej. 

ONLY 
Tylko! Tylko młodzi mają szansę być prawdziwie YOLO! Pop kręcący się wokół tej filozofii lansuje więc kult młodości. A młodość jak to młodość – wierzy, że jest niezniszczalna i nie do zatrzymania. Odpowiedzialność, podatki, kłopoty z prostatą i menopauza nie imają się młodych! Młodzi rzucają się w wir brawurowych, czyli EPICKICH akcji!

Wejść na K2 na bosaka zimą? Czemu nie! Sprowokować Nikołaja Wałujewa do bójki? Jasne! Dawać go tu! Skoczyć do basenu bez wody? Uwaga, biorę rozbieg!... Ktoś prawdziwie YOLO na pewno by z wyżej wymienionych okazji skorzystał, ale ponieważ zdarzają się one niezwykle rzadko, więc taka osoba zwykle musi się zadowolić niszczącymi wątrobę imprezami.

Wszyscy zaś młodzi i jurni, których stać na wydanie i promocję swojego albumu, śpiewają właśnie o tych autodestrukcyjnych tendencjach, kończących się jakoś po trzydziestce (o ile się jej dożywa). Niczym bardowie opiewają swoje bohaterskie potyczki z melanżami i zachęcają wszystkich, którym daleko jeszcze do okresu nietrzymania moczu, by imprezowali ostro i uginali kolana tylko przed wielkim uchem muszli klozetowej – patronki wszystkich wymiotujących. Na przykład pierwsza z brzegu Ke$ha śpiewa: „Dobrze wykorzystajmy tę noc, tak jakbyśmy mieli umrzeć młodo” a tacy drudzy z brzegu One Direction wtórują: „Dziś wieczorem chodźmy i żyjmy, pókiśmy młodzi, ło, ło, ło, ło”... 

 
  
LIVE 
Żyj! Żyj, mimo prowadzenia rabunkowej gospodarki możliwościami swojej wątroby. Żyj, bo życie naprawdę ma sens! Tym sensem jest, rzecz jasna, chwila obecna ze wszystkimi przyległościami. Uparte trwanie w czasie teraźniejszym pobrzmiewa we wszystkich, popełnionych wczoraj i dziś, YOLO-popowych kompozycjach. Bo – jak zreferowała to weteranka egzystowania w stylu YOLO, Miley Cyrus – „Nie chodzi o postawę »nie dbam o to, co ludzie powiedzą«. Chodzi o życie tu i teraz!”.

To usprawiedliwienie wszelkich wariactw, wszelkich fanaberii i wszelkiego kalibru skandali. Jeśli masz okazję i ochotę coś zrobić, zrób to jak najszybciej. Druga taka okazja może się nie powtórzyć. Oczywiście łatwiej uskuteczniać taki styl życia tym, których na to stać i od których media zwyczajnie wymagają podobnych ekscesów. Wam, białym dzieciakom z dobrych domów, musi zaś wystarczyć słuchanie i oglądanie tego, jak życie według maksymy „chwilo, trwaj” wygląda w wykonaniu gwiazd popu. 

 
  
ONCE 
Raz! Raz w życiu zdarza się taka szansa! Tylko raz koniunkcja macierzystego gatunku muzycznego, pieniędzy i twojego próżniactwa układa się tak szczęśliwie, że pozwala być YOLO! Nie wiadomo, jak długo może się taki stan utrzymywać, więc pośpiech w prezentowaniu swojej ekscentryczności jest wskazany. Nie ma czasu na przemyślane wybory! Trzeba pokazać wszystko naraz! Ładuj się do ferrari odziany w kreacje chorego psychicznie projektanta. Śpiewaj, siedząc na wielkim hot dogu. Jedz na śniadanie płatki złota z mlekiem. Nadwyręż kark pod ciężarem blingów wysadzanych diamentami. Spłukuj kibel szampanem Crystal®. Kup 17 samochodów, a jeźdź autobusem... Inwencja mi się kończy... Ale wszystkim YOLO-popowym gwiazdom – wręcz przeciwnie! Wciąż podbijają stawkę. Wciąż przesuwają granicę kiczu i wciąż na nowo pokazują, co znaczy bizantyjski przepych. 

 

To jednak ciągnie za sobą pewne ryzyko przedobrzenia. Sympatycy stylu YOLO tworzą w głównej mierze dla innych fanów YOLO. Tyle że ekstrawagancja tych innych ogranicza się zwykle do czerwonych kubków na imprezie. Nie wolno więc blichtru czynić obrazą dla odbiorcy. Pomimo że jest tylko biedakiem zabawiającym się od soboty do soboty, posiada magiczną moc zakręcania kraniku z pieniędzmi. 

* Dawno temu istniał zespół The Grass Roots. W 1987 roku nagrał kawałek „Let's Live for Todaay”. Niech fragment tekstu i stosowny link posłużą za epilog niniejszego artykułu: „Sialalalalala, żyj dniem dzisiejszym. Sialalalalala, żyj dniem dzisiejszym. I nie martw się o jutro, hej, hej, hej. Sialalalalala, żyj dniem dzisiejszym...”. 


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.