Muzyka dla mas/nas

Jak pachniał Teen Spirit?

Źródło grafiki: "Sprzedawcy", reż. Kevin Smith
Miałem na karku zaledwie dziewięć miesięcy i beztrosko robiłem w pieluchy, gdy 10 września 1991 roku światło dzienne ujrzało opus magnum zespołu Nirvana – singiel Smells Like Teen Spirit. Dla mnie tamten okres musiał pachnieć obsikaną tetrą, ale co wówczas mogli czuć w powietrzu wszyscy ci, którzy w latach dziewięćdziesiątych stanęli u progu dorosłości?
Siłą rzeczy nie uczestniczyłem w ich rozterkach, ponieważ był to dla mnie po prostu okres dzieciństwa w kolorach gumy turbo i klocków Lego. Nie miałem pojęcia, czego się bali, na co czekali i co mieli światu za złe ówcześni osiemnasto-, dziewiętnasto- i dwudziestolatkowie. Nawet teraz nie potrafię tego zrozumieć. Jedynym wiarygodnym świadectwem tamtych czasów jest muzyka, która zadziałała jak światłoczuła klisza utrwalająca obraz pokolenia. Czasem przyglądam się jej z czystej ciekawości – tylko po to, aby spróbować chociażby zgadnąć, o czym myślały dzieciaki, które mnie samego uważały za dzieciaka. Tak, wiem, że nie jestem oryginalny, bo podobnych analiz (mniej lub bardziej dokładnych) powstały już setki, jeśli nie tysiące. Jednakowoż ten wpis należy do rodzaju tych sentymentalno-wspominkowych, a ja jestem sentymentalny i lubię wspominać, więc okazję tę skwapliwie wykorzystam.

Generation X




Anglosaskie słówko generation wskazuje na rejon mojego przyglądania się. Generalnie – zagranica, a bardziej konkretnie: Stany Zjednoczone (i trochę Wielka Brytania). Na terminie użytym w śródtytule popkultura położyła łapy w 1976 roku, kiedy to Billy Idol ochrzcił swoją kapelę tą nazwą wyczytaną z książek brytyjskiej socjolog Jane Deverson. Pod sztandarem Generation X niesforny Billy wywlekał na światło dzienne brudy swoich czasów, obnosił się z nihilizmem i szczycił się frustracją.

 W międzyczasie rodziły się dzieci. Jadły, piły i dorastały. Gdy dobrnęły do okresu, w którym same siebie mogły już nazwać młodzieżą (to jest do ostatnich dwóch dekad ubiegłego milenium), zorientowały się, że żyją w czasach, w których dosłownie nic się nie dzieje, a nadwyżki tego nic-się-nie-dziania sprzedawane są w mediach. Douglas Coupland w swojej książce Pokolenie X. Opowieści na czasy przyśpieszającej kultury ujął ten paradoks w słowa:

 „Niedosyt historii: życie w czasach, w których nic się nie dzieje. Główne objawy to uzależnienie od gazet, czasopism i wiadomości telewizyjnych.Przesyt historii: życie w czasach, w których dzieje się zbyt dużo. Główne objawy to uzależnienie od gazet, czasopism i wiadomości telewizyjnych”.

  Za młodymi piętrzyły się gruzy dawnych rebelii, a mgły ideałów rozwiewały się na wietrze konsumpcjonizmu. Przed młodymi stał wielki znak zapytania, oni sami natomiast tkwili w niemiłosiernie nudnym przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, który przybrał wygląd opakowań po czipsach, tanich browarów i pudła z tysiącem kanałów pokazujących tę samą papkę. Polityka ich nie interesowała, religie nie pociągały, starzy nie mieli czasu dla nich i na nich, rynek pracy ich nie chciał, a rzeczywistość kazała siedzieć w domu i słuchać muzyki. Bo i cóż lepszego pozostało?



Na taśmach magnetofonowych darły się zatem głosy pokolenia: Beck, The Smashing Pumpkins, Sonic Youth, Dinosaur Jr., scena shoegaze’owa no i oczywiście wielka trójca grunge: Pearl Jam, Alice in Chains oraz Soundgarden. Całe to towarzystwo kontestacji było jedyną nadzieją i pociechą slackera – obiboka zatrudnionego na ćwierć etatu w jakiejś McPracy.



Jednak prawdziwy Mojżesz generacji pojawił się u progu lat dziewięćdziesiątych. Był to Kurt Cobain, który za kilka lat miał wylać swoje troski przez dziurę w głowie... Zapach prochu. Cobain jako jedyny zapewnił go pokoleniu, które czekało na rewolucję z takim utęsknieniem.

 

Pokolenie Iks

  Polskie słówko pokolenie wskazuje na rejon mojego przyglądania się. Generalnie – Polska, a bardziej konkretnie: też Polska, bo po co byle szczeniak ma zapuszczać się poza granice kraju? Tym akurat zajmowali się ówcześni trzydziesto- i czterdziestolatkowie, którzy wraz z upadkiem muru berlińskiego zaczęli wyjeżdżać do Niemiec po kasety wideo – złote runo epoki postkomuny, którym później handlowało się na stoiskach rozstawionych na nierównym chodniku.



Wszyscy ci, którzy pozostawali na to jeszcze za młodzi, kurzyli się w domach, w bramach i na podwórkach. Udręka dorastania spotęgowana była przez brak perspektyw. Brak perspektyw spotęgowany był z kolei przez nudę, a nuda – przez udrękę dorastania. Koło się zamykało. Frustracje zaś, które niewielu potrafiło właściwie wyrazić, znajdywały ujście w gwałtownych porywach młodzieńczej durnoty.

  Co lotniejsi i bieglejsi w sztuce słowa brali się do tworzenia muzyki. Eksplozja polskiego hip-hopu dotyczyła chyba każdego blokowiska w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Kto żyw, bieżał pisać rymy – z początku imitując Zachód, a potem już śmiało wyplatając je z szarych drutów rzeczywistości. Chyba właśnie ten nurt najlepiej odsłaniał szczerbatą gębę reformowanego państwa. Syf, smród i czarna rozpacz ujmowane były w wersy przez tych wszystkich smutnych chłopaków z Molesty czy Kalibra.



Szczęśliwi byli ci, którzy posiadali (lub wydawało im się, że posiadają) syntezatory. To oni, po pierwszym zachłyśnięciu się Kraftwerkiem, zaczynali czyścić „polską elektronikę” z naleciałości. Swojego brzmienia poszukiwali jak Świętego Graala. W klubach i na dyskotekach pojawiali się z wielkimi pecetami, aby bawić jeszcze dość niewielką publiczność aspirującą do kolorowego świata.



Przeciwnym ekstremum, dziś urastającym do prawdziwej światowej potęgi, była scena metalowa. Muzyka pachnąca siarką (tą diabelską i tą z butelki najtańszego mózgojeba) stała się idealną przestrzenią do wykrzyczenia swojej nienawiści. Łukasz Orbitowski, który w tamtych czasach pisał teksty dla kapeli Holy Death, słusznie zauważa, że metal, i to w tych najcięższych odmianach, idealnie korespondował z emocjami nastolatków.



Do tego wszystkiego rock i alternatywa wszelkiego rodzaju, która sama nie wiedziała, w którą stronę się kierować. Wiedziała za to, że tego wszystkiego nie da się znieść. Że zamykając oczy i wciągając powietrze, czuje się beton, który pachnie zawsze tak samo. Niezależnie od tego, czy oddychasz w czasach komuny, czy tuż po nich...



Oni wszyscy poczuli dym. To tliło się cielsko dawnego ustroju. Ale nowa rzeczywistość przychodziła na świat w bólach porodowych i bardzo powoli. Bezczas. Polskie dzieci lat dziewięćdziesiątych również na niego trafiły.

 

Miałem na karku zaledwie dziewięć miesięcy i beztrosko robiłem w pieluchy, gdy 10 września 1991 roku światło dzienne ujrzało opus magnum zespołu Nirvana – singiel Smells Like Teen Spirit. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Przede wszystkim świat nie śmierdzi już obszczaną pieluchą. Ma normalny, neutralny zapach, czasem tylko przydymiony smogiem. Zastanawiam się jednak, czy dezodorant z tytułu piosenki Nirvany odświeżał zaduch lat dziewięćdziesiątych. Spytałbym o to ludzi, którzy mieli wtedy tyle lat, ile ja mam dzisiaj, ale trochę się wstydzę. Bo pewnie wciąż, i nie bez racji, uważają mnie za dzieciaka



Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.