Muzyka dla mas/nas

Wszystkie nieszczęścia pani Knowles

Źródło grafiki: Erica Joy
Konceptualny projekt prowadzący każdą kobietę do samopoznania i uleczenia”. Tak Beyoncé Knowles opisuje swój nowy album Lemonade. Album powstały z nieszczęścia. Album przekuwający nieszczęście w sztukę. Album, który świetnie się sprzedaje i pokazuje, jak biznesowo do tej sztuki podchodzić. W końcu – album, który boleśnie udowadnia, że pieniądz nie rozwiąże istoty problemu – Beyoncé wciąż pozostaje zdradzoną żoną, a na jej dziele najbardziej korzysta portal Tidal.
Pewna poczciwa starowinka podczas uroczystości z okazji swoich dziewięćdziesiątych urodzin przytoczyła mocno dziś wyświechtany aforyzm Elberta Hubbarda: „jeśli życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę”. Ano egzystencja babci nie oszczędzała: raz podstawiała nogę, innym razem wystawiała do wiatru, a jeszcze innym ucierała nosa. Staruszka jednak, jak przystało na kobietę rezolutną i twardą niczym jej pięty, potrafiła każde utrapienie przekuć w sukces. Ostatecznie udało jej się przeżyć kilkadziesiąt lat w zdrowiu i szczęściu, odchować dzieci i wyniańczyć wnuka, którym jest nie kto inny jak słynny raper i biznesmen, Jay Z.

Beyoncé, małżonka rzeczonego Jaya, obecna podczas jubileuszu, tak dalece zainspirowała się słowami babci, że postanowiła nanizać na ich sens materiał swojej nowej płyty. Krągłe zdanko Hubbarda, który zresztą miał niesamowity talent do wymyślania coachingowych motywatorów, jak ulał pasowało do sytuacji, w której znalazła się amerykańska wokalistka.


Nieszczęścia w sztukę

 

Młody Werter cierpiał po całości. Surrealiści farbami leczyli traumę I wojny światowej, a autoironiczny neurotyk Allen przepracowuje swoje problemy w autoironicznych i neurotycznych filmach. Wszystkich jednak biją na głowę muzycy. Odkąd bowiem pierwszy jaskiniowiec otworzył zarośniętą paszczę celem organizowania struktur dźwiękowych w czasie, bolączki różnego rodzaju są nadrzędnym tematem pieśni, piosenek i przyśpiewek. Ograniczenia właściwie nie istnieją, gdyż muzyka potrafi wyrazić skargę na każdy temat – od złamanego serca po nierówności społeczne i polio.

Chyba najbardziej zadziwiające jest, że wszyscy wciąż chcemy tego słuchać! Bo o ile ciężko, nawet przy wódce, przełknąć narzekania jakiegoś Filipka, który zarabia 1500 na umowie o dzieło, o tyle już pod pseudonimem Taco Hemingway ten sam chłopak będzie nieźle dorabiał do podstawowej pensji, sprzedając kawałki o tym, jak to nim Warszawa szura. Rany boskie! Nawet ja powiem, że to dobre!

Muzyka ma niesamowitą moc przekształcania struktury nieszczęścia. Zamieniania płaczu, jęków, rwania włosów i wszystkich tych rzeczy, których unikamy, w coś, z czym pragniemy obcować! Lepiej nawet – utożsamiać się! Chcemy poczuć zmęczenie starego, gonionego przez diabła bluesmana, rozpacz zdradzonego dziewczęcia i porzuconego chłopczęcia, chcemy doświadczyć epilepsji Iana Curtisa i duchowych tortur Curtisa Mayfielda. Przez kilka minut z masochistyczną lubością dajemy się dusić smutkom innych ludzi i to jest właśnie ta alchemiczna zamiana ołowiu w złoto – nieszczęść w prawdziwą sztukę.

 

Sztukę w biznes

 

Ktoś powiedział „złoto”? Tak. Zupełnie namacalne i wymierne złoto. Takie złoto, za które kupuje się samochody, domy, gitary, alkohol, ćpanie, wiertarki, kable, ludzi, psy, koty i buty. To złoto robi się na handlu nieszczęściem. Dosłownie! Bo im bardziej twój smutek nagrany na kompakt jest uniwersalny, tym więcej pieniędzy zapłacą za niego inne smutasy. Więcej osób będzie mogło powiedzieć: „też tak mam” lub: „to piosenka o mnie”. I chociaż śladowe w tym ilości prawdy, bo bycie nieszczęśliwym to najbardziej egoistyczny stan, w jaki można popaść (każdy nieszczęśliwy będzie sądził, że znalazł się na samym dnie rozpaczy), to z punktu widzenia ekonomii nie ma to żadnego znaczenia. Nie ma też znaczenia, czy faktycznie coś cię dobija, a depresja żre jak wściekłe psisko, czy też po prostu zrymowałeś kilka słów o tym, że pozostał tylko biały miś. Smutek, jako uczucie wyraziste i dokładnie zbadane, po prostu dobrze się sprzedaje. Może nawet lepiej niż radosne songi o skradzionych całusach.

 

 

A jeśli coś się sprzedaje, to trzeba wskoczyć w garnitur, chwycić nadającą powagi teczuszkę, i przygotować masę dokumentacji, strategii, tabel, diagramów oraz zestawień. Wszystko zamieszać, wrzucić do Excela, wyświetlić na planszy, a potem powiedzieć co następuje: „Album Lemonade zadebiutował na pierwszym miejscu notowania Billboard 200. Rozszedł się w ponad 485 000 kopii w pierwszym tygodniu sprzedaży. Daje to zysk rzędu 7 000 000 $. Dalsze prognozy handlowe są nad wyraz optymistyczne”.

Bo tak się złożyło, że Jay Z zdradzał Beyoncé. I tak się złożyło, że Beyoncé ma jaja, więc zamiast rosić łzami papiery rozwodowe, nagrała album, na którym wyśpiewuje swój gniew i żal. Złożyło się też tak, że zarówno ona, jak i puszczalski małżonek są prawdziwymi potentatami muzyki rozrywkowej. Jednymi z najbogatszych przedstawicieli swojej branży, wytrawnymi ludźmi biznesu i władcami imperium finansowego. W imię Jerzego Waszyngtona widniejącego na amerykańskim dolarze podają sobie dłonie ponad kryzysem w związku. Oto magia pieniądza. Magia zamieniająca sztukę w biznes.

 

Biznes w nieszczęścia

 

Czy to znaczy, że wszystko załatwione? Już? Tak łatwo? Wystarczy pomyśleć o pieniądzach i po kłopocie? Tak jak Jagger i Richards, którzy dla dobra „firmy” The Rolling Stones wciąż stają razem na scenie, choć od wielu lat walą się słownie po pyskach? Tak jak Lennon i McCartney, których spółka autorska funkcjonowała najlepiej pod sam koniec działalności Beatlesów, kiedy to chcieli sobie wzajemnie wydrapać oczy?

Przedstawienie musi trwać. Jeśli maszynka do robienia pieniędzy raz została wprawiona w ruch, nie można dopuścić do tego, żeby przestała się kręcić. Trzeba zacisnąć zęby i powiedzieć „zgoda”, a pragnienie zemsty ugasić spojrzeniem na zasobne konto bankowe. Przedstawienie musi trwać. I nie zależy to tylko od tego, czy się chce czy nie. Jest presja ze strony ludzi w krawatach i powinność wobec słuchaczy. Jest całe mnóstwo mniej lub bardziej słusznych powodów, żeby nie rzucić tego wszystkiego w cholerę i nie zaszyć się w Bieszczadach. Jest też wygoda posiadania wielkich pieniędzy, która być może jest najlepszym argumentem za tym, żeby dwójka zawiedzionych na sobie osób trzymała się razem.

 

 

Tidal, należący do Jaya Z, jest wyłącznym dystrybutorem i właścicielem praw do krążka Lemonade. Beyoncé jest zaś motorem tej witryny. To w głównej mierze ona sprawiła, że portal, będący gdzieś daleko za Spotify, nagle zanotował gigantyczny wzrost popularności, czyniący zeń najczęściej ściąganą aplikację muzyczną. Talent i niesamowity komercyjny potencjał żony są więc skarbem, którego Jay Z z pewnością z rąk nie wypuści. Mimo kłopotów w związku. Mimo bardzo prawdopodobnej nienawiści między małżonkami. Mimo pytania, kto zajmie się córką. Mimo wszystko.

A niech się baba drze, ile chce! Niech opowiada o tej zdradzie. Co tam! Niech szuka sobie pocieszenia we wszystkich pokoleniach „sióstr” i niechże się feministycznie mści za niewierność. Byleby to wszystko robiła, śpiewając, i nie zapomniała tego zarejestrować na płycie.

Talent, sukcesy, przebojowość, sława i kasa. Beyoncé więcej niż cytryn dostawała w życiu gotowej już lemoniady. Dostała tej lemoniady tak dużo, że aż popłynęła jej z oczu. Dar sprawnego zarządzaniem swoim sukcesem w pewnym sensie stał się jej przekleństwem. Bo chociaż uzewnętrznienie emocji może przyniosło Beyoncé ulgę w nieszczęściu, to na pewno nie zerwało biznesowego łańcucha, przykuwającego ją do wielkiej żelaznej kuli smutku.

 


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.