Muzyka dla mas/nas

Kołchoźnik FM

Źródło grafiki: Richard King
W zamierzchłych czasach istniało coś takiego jak radiowęzeł. Mówiąc w uproszczeniu, był to głośnik, od którego szedł kabel prowadzący cholera wi gdzie. Kołchoźnik, bo tak się przyjęło ów zestaw nazywać, wisiał na słupie, haku czy jakiejś prowizorce uczynionej z państwowego sznurka od snopowiązałki. Po drucie szedł sygnał z centrali, a membrana głośnika przetwarzała ten sygnał na fale dźwiękowe układające się w propagandowy bełkot…
Ustrój słusznie miniony chciał tym wynalazkiem łączyć przyjemne z pożytecznym ‒ umilać znój swym poddanym przy jednoczesnym ich indoktrynowaniu. Puszczane z radiowęzła skoczne międzynarodówy rozgrzewały socjalistyczne serca, a ględzący tuż nad głową głos informował Mateusza Birkuta o ilości wytopionej surówki stalowej, realizacji planu pięcioletniego i ogólnym dobrobycie krajów związkowych.

Kołchoźnik miał pewną szczególną cechę. Nie dało się tego cholerstwa wyłączyć. Dało się ściszyć. Ale nie wyłączyć. Tak więc jeśli komuś sprzykrzyła się audycja, mógł jedynie przykręcić decybele. Wywrotowcom z kolei pozostawało przecięcie kabla lub zniszczenie głośnika, za co, w najlepszym razie, groziłoby im 10 lat łagru i stanie się antybohaterami kolejnego produkcyjniaka.

Minęły lata. Komuna zdechła, a od zakładowych ścian wciąż odbija się głośnikowy bełkot. Co prawda radiowęzłów uże u nas niet. Są za to komercyjne stacje radiowe, które dzień w dzień trują uszy wszystkich wyrobników XXI wieku. Dosłownie wszystkich! Od robola po majstra. Od podrzędnego korpoludka po szefa. Od sekretarki po prezesa. „Zaraz, zaraz!” ‒ powiecie. „O co cię znowu boli dupa, Ciemniewski?” Śpieszę odpowiedzieć. Oczywiście idzie mi o poziom tychże stacji i ichże audycji.

Bełkot

Frustraci domagający się ambitniejszych mediów napisali setki dziesiątek tysięcy tekstów na temat żenującego poziomu radiofonii naszej polskiej. A tematu i tak nie wyczerpali. Dlatego i ja dokładam swoją frustracką cegiełkę. Gdyż po prostu nie mogę, nie wytrzymuję, zdzierżyć nie potrafię i gula mi wyskakuje, że można robić coś tak podle złego, jak duże, komercyjne rozgłośnie.

Zaraz się jednak znajdzie jeden z drugim, którzy powiedzą, żebym nie słuchał, jeśli mi się nie podoba. Ale jak tu nie słuchać, skoro z samiuśkiego rana, zaraz po zapaleniu światła na zakładzie, ktoś zapuszcza radio? Na pełen regulator, rzecz jasna, żeby do każdego dotarł hiperoptymistyczny głos spikera (głos, należy dodać, identyczny u wszystkich spikerów stacji komercyjnych). Ośmiogodzinna szychta mija zatem przy dźwiękach naszego nowoczesnego radiowęzła, którego nijak wyłączyć, a i ściszyć ciężko, bo pokrętło ktoś gdzieś skrzętnie skitrał. No i już mnie trafia! Już mnie skręca! Normalnie starałbym się nie zwracać na radio uwagi, ale pal licho. W ramach riserczu przed tekstem posłucham, co tam dziś nadają. Posłucham choćby dlatego, że mam zdrowe bębenki. No i co słyszę? Ano zwyczajną, codzienną gadaninę, która w założeniu ma masowego słuchacza na masową skalę rozluźnić. Bzdury, w których wręcz słychać przylepiony do twarzy sztuczny uśmiech radiowca (bądź radiowczyni).

Wedle słów pewnego wieszcza, który „wielkim poetą był”, chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. W dużych rozgłośniach jest trochę inaczej. Redaktor ma zapomnieć o głowie i zdać się na wyniki badań fokusowych. A te jasno wskazują, że przeciętny Polak chce usłyszeć coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Ja to wiem, rozumiem. Nic w tym złego, że w walce o słuchalność dokonuje się uniformizacji zarówno języka, jak i tematów. Okej. Wszystko gra… Ale z drugiej strony w ciśnięciu banałów musi być jakiś umiar! No bo ile razy w poniedziałek można rzucić z anteny, że nikt nie lubi poniedziałków? Ile razy w wakacje można maglować temat gnicia na plaży? Jak, kurwa, długo można walić czerstwymi dowcipami o teściowej?! A śmieszne toto wszystko, aż zęby bolą… Jedno komercyjnym stacjom trzeba wszakże przyznać – są mistrzami w rozciąganiu tematów.


Międzynarodówka

Muzyka! Bo teraz będzie o muzyce. Wszak nie samym gadaniem stoi radio. Melodie puszczane w eterze nasiąkają jakąś szczególną magią, dzięki czemu ulubiony kawałek, grany z pudła z antenką, brzmi jeszcze ulubieniej! Tyle że nawet w moich ulubionych wykonawców mam ochotę rzucić siekierą, kiedy słyszę ich pierdylionowy raz dziennie!

A zdarzyło mi się ostatnio pracować (rzadkość). Radio, rzecz jasna obecne na zakładzie, ustawione było na pewną stację grającą szlagiery (nie zdradzę, o którą chodzi, ale podpowiem, że w nazwie ma złoto). Było jak w filmie Dzień świstaka, gdzie biedny Bill Murray codziennie przeżywa ten sam dzień – poniedziałek, wtorek, środa, czwartek i piątek wyglądały, a raczej brzmiały identycznie, bo zestaw hiciorów nadawanych z odbiornika nie zmieniał się ani na jotę! Po pewnym czasie wszystkie te kawałki naprawdę zaczynają brzmieć jak popędzające do roboty międzynarodówki.

Wyobrażam sobie, że działa to tak: o szóstej rano przychodzi do reżyserki w studiu koleś. Włącza na kompie playlistę z winampa… i w zasadzie ma fajrant, bo w tym idealnym zestawie piosenek nie trzeba przecież nic zmieniać. Sama gęsta śmietana przebojów sprzed dekad: Fleetwood Mac, Bonnie Tyler, UB40, Queen, Simon and Garfunkel i inni.

Owszem, uwielbiam muzykę sygnowaną przez wyżej wymienionych, ale nie raz za razem, na okrągło i do porzygu! Ktoś chyba za bardzo wziął sobie do serca słowa inżyniera Mamonia o tym, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Przecież naprawdę nic by się nie stało, gdyby od czasu do czasu puszczono jakiś mniej znany kawałek! Słuchalność nie poleciałaby na łeb na szyję. Reklamodawcy nie odwróciliby się plecami. Serio! Jeśli czyta to ktoś odpowiedzialny za ramówkę wspomnianej stacji, chcę do niego zaapelować: Fleetwood Mac to nie tylko Little Lies, ale też cały świetny album Rumours. Simon and Garfunkel to nie tylko wspaniały duet od Mrs. Robinson, lecz również owocne kariery solowe i najnowszy, genialny longplay Paula Simona, Stranger to Stranger. A nagrana przez Queen płyta The Game, na której znalazł się hit Another One Bites the Dust, wierzcie lub nie, ale ma nawet stronę B!


Wolność słowa

Żeby nie było. Ja lubię radio. Szczególnie jedno (nie zdradzę które, ale podpowiem, że w nazwie ma cyfrę 3). Przyzwyczaiłem się do ustanawianego przez nie standardu. Świetna, różnorodna muzyka, błyskotliwi redaktorzy, rzetelność i inteligentny humor. Kiedy nagle przychodzi mi posłuchać którejś z komercyjnych stacji (na przykład tej, która w nazwie ma ostatnią literę alfabetu), wypada przy nim jak stek z rostbefu przy ruskiej mielonce.

Tyle że komercyjne stacje mają największy odsłuch. A to niezawodnie oznacza, że ludzie chcą ich słuchać lub jest im obojętne, co leci z radia. Tym bardziej lubią i tym bardziej jest im to obojętne, jeśli są w pracy. Bo siedząc w korpo lub waląc gumowym młotem w kostkę brukową, chcemy oderwać się od monotonii roboty, a jednocześnie nie wysilać zbytnio mózgownicy, bo po co dokładać sobie obciążenie? Duże rozgłośnie doskonale o tym wiedzą, więc na wzór audycji puszczanych robotnikom kilkadziesiąt lat temu przygotowują lekkostrawne ramówki, które zapewniają nie tyle treść, ile przestrzeń foniczną zagłuszającą stukanie klawiatury i skwierczenie drukarek.

Przyznaję się. Powyższy tekst jest tylko bólem dupy frustrata (co słusznie zauważyliście już na początku). Nie będę próbował przecinać kabli ani demontować głośników, kiedy tylko usłyszę irytująco radosny głos spikera. Chciałem jednak skorzystać z możliwości, której nie mieli słuchacze radiowęzłów, i wyrazić swoją niepochlebną opinię.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.