Muzyka dla mas/nas

Deprawacja - czyli trochę o pisaniu

Źródło grafiki: lost places
W cztery lata od rozpoczęcia zabawy w dziennikarstwo muzyczne, po kilkudziesięciu felietonach na macierzystym portalu, setce zrecenzowanych płyt, jednej wątłej publikacji gazetowej, iluś tam megabajtach zmarnowanych na przechowywanie dokumentów tekstowych, dziesiątkach reasearchów robionych po łebkach, czterdziestu dwóch litrach kawy, milionie siedmiuset czterdziestu dwóch tysiącach trzystu dziewięćdziesięciu sześciu bluzgach wypowiedzianych z rozpaczy nad poziomem swoich tekstów i niezliczonych momentach zwątpienia w sens swej aktywności, czuję się w prawie powiedzieć, że ciężko pisać o muzyce.
Frank Zappa powiedział, że pisanie o muzyce przypomina tańczenie o architekturze. Może i stwierdzenie Jego Ekscelencji stało się już nieco wyświechtane, ale nie ma w nim ani grama przesady. Bo i czyż istnieje coś bardziej bezsensownego niż próba uchwycenia w słowach zupełnej abstrakcji, jaką jest muzyka? Z drugiej strony wytrwałe klepanie klawiatury to przecież absolutna konieczność! W końcu właśnie prasa muzyczna, która przez długi czas stanowiła jedyne źródło informacji o zespołach i wykonawcach, ukształtowała gusta całych pokoleń słuchaczy. Wielu muzyków, dziś uznawanych za osoby definiujące brzmienia, swoją ścieżkę artystyczną zaczynało właśnie od otworzenia rozkładówki „Rolling Stone”. Fanziny – te częstokroć stawały się podstawą nakreślenia ram konkretnych nurtów, a ich domorośli redaktorzy zostawali akuszerami gwiazd, rodzących się wśród kipieli dźwięków dudniących w obskurnych knajpach. O pracach muzykologów, poszerzających wiedzę teoretyczną, już nawet wspominać nie będę.

Krótko mówiąc, słowo pisane – jako refleksja, ocena, analiza czy zwykłe podzielenie się emocjami z koncertu – jest dla muzyki być może (i wbrew pozorom) czymś znacznie bardziej istotnym niż jej strona wizualna ze wszystkimi okładkami oraz teledyskami. Ale... kilkanaście linijek wyżej... tańczenie o architekturze...?

Skoro więc z jednej strony nie da się, a z drugiej strony trzeba, to generalnie każdy, kto mniej lub bardziej profesjonalnie zabiera się za pisanie o muzyce, tkwi w mrokach odbytnicy. Jako że od kilku lat również i ja ją zamieszkuję, postaram się opowiedzieć o problemie z własnej perspektywy. A drogę przez mękę umili wam mój ulubiony frustrat – Legendarny Afrojax.



Skąd się biorą dziennikarze muzyczni?

Na początku trzeba postawić pytanie: skąd potrzeba pisania o muzyce? Dlaczego w pewnym momencie samo słuchanie przestaje wystarczać? Co ważne, do tej pory nie zadawałem sobie tego pytania. Robię to dopiero teraz i – ku mojemu zdumieniu – odpowiedź znajduję natychmiastowo. Wcale nie muszę głęboko się zastanawiać, by odkryć, że po prostu kocham muzykę, a przy tym potrafię stworzyć sensowne zdania złożone współrzędnie i podrzędnie. Aha! I coś jeszcze! Oprócz powodów wymienionych powyżej pragnę być dzięki moim wypocinom uwielbiany przez wszystkich.

Pisanie o muzyce (chyba bardziej niż o filmie, teatrze i w ogóle wszystkich innych sztukach dających się wziąć pod pióro) ma w sobie kuszący wielu aspekt liźnięcia owych półboskich istot, jakim bez wątpienia są jej wykonawcy. Łatwo można by to podsumować stwierdzeniem, że każdy krytyk, eseista itp., itd. to niespełniony muzyk. Tej banalnej powtarzajce przeczy jednak fakt, że mnóstwo ludzi tworzących teksty na temat muzyki zajmuje się nią również w praktyce. Dziedzina ta, wielce demokratyczna, liberalna i ogólnie rzecz biorąc, otwarta, kusi dostępnością. Jeśli dodać jeszcze wszystkie postmodernistyczne rewolucje, które udowodniły, że wykonawcą może stać się praktycznie każdy (nie będę dyskutować o poziomie tego wykonawstwa), to wolno uznać, że z zerowego poziomu wszyscy jesteśmy członkami orkiestry.

Słucha się jednak tylko wybrańców. Szczęściarzy. Tych, którzy w odpowiednim momencie podjęli wyzwanie. Tych, którym powiodło się na początku lub nie powinęła się noga w trakcie, i tych, którzy mieli na tyle naiwnej wiary w siebie, że nie zawahali się skonfrontować ze słuchaczami. W wielu z nas powoduje to uzasadnioną frustrację, wyrastającą z niemożności stania się homo musicus.

Stąd pazerna chęć chociażby nikłego odbicia się w muzyku. Stąd namysł, stąd kartka, pisanie i latanie po prośbie o możliwość publikowania. Muzyka głośno przemawia, a my, piszący o niej, staramy się jeno nie zachrypnąć, gdy o niej szepczemy.



Ciszej nad tą muzyką

Ta nudna, biała kartka. Ta cisza, kiedy jedynym, co słyszymy, jest dźwięk wydawany przez plastikowy klawisz opadający na krzemową płytkę. Żeby chociaż na marginesie błyskały klipy z youtube! Bylebym w tej chwili, przerywając katusze zapełniania linijek, mógł oddać się słuchaniu, które angażuje mocniej niż pisanie, a które nie wymaga żadnych szczególnych zabiegów prócz okresowego czyszczenia uszu.

Pisanie jest sprzeczne z wrodzoną człowieczą nadaktywnością, pozostałą z czasów, gdy goniliśmy za zwierzyną lub przed nią uciekaliśmy. Skupienie całego swojego fizycznego potencjału w kilku palcach najzwyczajniej boli! To dlatego Bukowski, nim siadł przed maszyną, musiał najpierw zalać trąbę. Dlatego Kingsley Amis zabierał się do pisania dopiero około godziny 13, gdy nie miał już innego wyjścia (i też musiał walnąć drina), dlatego Philip Roth twierdził, że gdy pisze, jest jak lekarz na oddziale ratunkowym, który sam potrzebuje ratunku.

Pisze się... ciężko. Niezależnie, co się pisze. A słucha? Nadzwyczaj łatwo! Bez wysiłku. Nawet, jeśli sama muzyka jest trudna. I jak serducho pompuje krew bez udziału naszej świadomości, tak uszy tłoczą w mózg słodki narkotyk melodii, harmonii i rytmów. Cudownie byłoby rozciągnąć ów narkotyczny stan zasłuchania na pisanie. Stworzyć system naczyń połączonych, w którym dźwięk z głośnika, generuje jednocześnie powstanie błyskotliwego artykułu. Niestety. Nie da się połączyć sensownego i zaplanowanego namysłu nad muzyką z jednoczesnym, intensywnym jej odbiorem. Moim zdaniem takie próby zwykle kończą się bełkotem. A przecież aby rzetelny tekst (choćby i pełen uniesień) miał ręce i nogi, potrzeba urzędniczo suchego serca i dobrze naostrzonego umysłu. Koniecznością jest więc odcięcie się od słuchowego bodźca, który sprowokował kogoś do uliterkowienia emocji. Jednakże, o czym pisał Dariusz Czaja w swoich Kwintesencjach i z czym zupełnie się zgadzam, nazywanie muzycznych odczuć bez towarzyszącego im dźwiękowego podkładu prędzej czy później zamienia się w retorykę idącą jak krew z nosa.

Czy zatem opisanie muzyki w zgodzie z reakcją na nią jest z góry skazane na porażkę? Czy pisanie o muzyce to wieczne plateau bez orgazmu? Mam nadzieję, że nie. Ale jedno wiadomo na pewno: ominięcie tego problemu to nie lada wyczyn. Czasami, próbując przeskoczyć z dźwięku na słowo pisane, mam wrażenie, że jestem jak ci bokserzy, którzy po rundzie walenia się po pyskach siadają do szachownicy, by wykonać ruch (naprawdę istnieje taka odmiana boksu)!



Przeklęta różnorodność!

Varietas delectat – głosi łacińska sentencja, odnosząca się do radości płynącej z urozmaiceń i różnorodności. Mnie jednak, przynajmniej w muzyce, różnorodność przestała cieszyć. I to już dawno temu. Mniej więcej wtedy, kiedy okazało się, że poza Nirvaną są jeszcze inne grunge’owe zespoły. W miarę poszerzania się moich gustów frustracja tylko narastała. Jak oswoić tę wielość? Co wybrać? Czego słuchać? A gdy zacząłem przykładać palce do klawiatury komputera, pojawiało się również zasadnicze pytanie: o czym pisać?

Mam tę skazę, że interesuję się muzyką całościowo. W muzyce wszystko mnie kusi i nęci, a jeśli nawet nie, to przynajmniej wywołuje potrzebę zrozumienia, skąd wziął się dany nurt, co gra poza moją płytoteką, co inspiruje konkretnych muzyków lub po prostu – jakie panują obecnie tendencje w bułgarskim electro folk popie. Muzyka! Chcę piękno jej w całej ozdobie widzieć i opisywać możliwie najszerzej. Wszystko to jednak mógłbym przyrównać do próby objęcia w pojedynkę dębu Bartek. Wszystkiego jest za dużo, przez co czuję się jak ten kot na Saharze! Ostatecznie błąkam się jedynie po wybrzeżu i nie zapuszczam w głąb tajemniczego lądu muzyki wszelakiej.

Ponieważ chcę pisać o wszystkim, uprawiam specyficzną, pełną uniesień, lecz pozbawioną mistycyzmu glosolalię, która, prawdę mówiąc, nikogo nie przekona, że jestem natchnionym przez Boga świętym Michałem od muzyki. Wyjście z opresji? Specjalizacja. Wąski przedział. Konkretny gatunek i co najwyżej jego odnogi. Generalnie – szufladka, w której zamykamy się na własne życzenie. Bo kto mówi o hip-hopie, raczej wyklucza black metal, kto zajmuje się jazzem, pomija ambient, a kto tworzy teksty o czarnym funku... nie. O czarnym funku się nie pisze, tylko przy nim tańczy. W każdym razie chodzi mi o gettyzację, której naturalną konsekwencją są poszatkowanie tematyczne, niemożność wykroczenia poza granice swej grupy i brak nadziei na polemikę z wyznawcami innych nurtów. Wizja zupełnie nieodpowiadająca mojej klaustrofobicznej naturze! O ile łatwiej mają kinomaniacy, bo z tego, co wiem, nie ma speców tylko od horrorów czy tylko od melodramatów.



Musisz potrafić to, to, to i to

Gdy już uporamy się ze wszystkimi demonami problemów natury teoretycznej, opisanymi powyżej, pozostaje nam czysta przyjemność rozbicia się o twardy mur dominujących form literackich, których opanowanie jest niezbędne dla każdego śmiałka chcącego pisać o muzyce.

Jako pierwsza na myśl przychodzi recenzja. Zdrowa, obiektywna recenzja, poparta zarówno znajomością dorobku artysty, jak i nurtu, w którym zwykł tworzyć. Ich pisanie jest w dziennikarstwie muzycznym koniecznością taką samą, jak pedałowanie w jeździe na rowerze. I nie wiem, co ze mną nie tak, bo ciężko mi się pedałuje. A czasem to i łańcuch spadnie. Szczerze nienawidzę tego sposobu omawiania albumów i osobiście uważam, że jeśli chcecie się dowiedzieć, jaka dana płyta NA PEWNO NIE JEST, to powinniście przeczytać jej recenzję. Ja po prostu nie widzę możliwości miarodajnego oceniania muzyki, jeśli w grę wchodzą tak wielkie i subiektywne emocje związane z jej odbiorem.

Trochę lepiej wypadają pod tym względem relacje z koncertów, gdyż opierają się właśnie na subiektywnym odbiorze, a jedyny wymóg formalny to zapamiętanie kolejności wykonywanych piosenek. Problem polega tu jednak na czym innym – czytanie relacji z koncertu ze świadomością niepowtarzalności tego wydarzenia jest (nawet dla czytelników, którzy w występie uczestniczyli) specyficznym rodzajem zadawania sobie bólu. Zakrawa to wręcz na masochizm, a ja nie chcę zadawać się z masochistami!

Klucząc między obowiązkiem recenzowania a koniecznością relacjonowania, młody, ambitny dziennikarz muzyczny niezawodnie trafi na cudowny wynalazek nowych mediów: zestawienia. „Top najbogatszych muzyków świata”, „Top najbiedniejszych muzyków świata”, „Top albumów tworzonych przez najbogatszych muzyków świata”, „Top najbiedniejszych muzyków świata inspirujących się albumami najbogatszych muzyków świata” i tego typu jaja. W teorii zestawienia mają poszerzyć naszą wiedzę muzyczną, a w praktyce poszerzają jedynie tyłki rozpłaszczone na krześle przed komputerem. Tak naprawdę chodzi tu o „przyciągnięcie unikatowego czytelnika” oraz „generowanie wysokiej klikalności”.

Pozostają jeszcze teksty takie jak ten – mówiące o wszystkim i o niczym. Mieszające doświadczenie z jego brakiem, wyduszane niczym ostatek pasty do zębów esejorozprawkofelietony. Forma doskonale kłamliwa, bo w zasadzie nie mówiąca stricte o muzyce, lecz o wszystkim, co dookoła niej. Jeśli o mnie chodzi, to najzwyczajniej w świecie traktuję je jako pas startowy dla mojej erudycji i pisanie o tym, o czym sam chcę przeczytać, ale co w zasadzie już wiem.



Jak powstają twoje teksty?

Na pytanie postawione w śródtytule Kazik Staszewski odgrażał się laczkiem i kopytem. Jako że ja nie jestem artystą i nie mogę nikomu takich pieszczot zaoferować, pozostaje mi wyznać jak na spowiedzi: moje teksty przychodzą na świat w bólach. Na dodatek z licznymi wadami wrodzonymi. Zawsze niepełne, często wymęczone, nigdy zadowalające. Przez wszystkie te powtarzane błędy, których nie sposób wyeliminować, czuję że pisanie o muzyce bardziej deprawuje mnie jako słuchacza niż rozwija jako dziennikarza. Mimo to piszę, gdyż obowiązek obowiązkiem jest i muzyka jako zjawisko musi posiadać tekst.



Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.