Muzyka dla mas/nas

Zagadka nieśmiertelności

Źródło grafiki: Lutz Teutloff
Ostatnio – tak mniej więcej we Wszystkich Świętych, gdy przechadzając się alejkami cmentarza, dumałem nad przemijalnością trzciny myślącej (z przerwami na kontemplację plastikowych chryzantem) – naszła mnie refleksja o tematyce stricte muzycznej. Patrząc na zeschły liść goniony wiatrem, zorientowałem się, że połowa moich ulubionych wykonawców nie żyje, a druga połowa jedną nogą stoi w grobie lub takowy sobie właśnie kopie.

W dzień moich 25. urodzin telefon ocknął się przez SMS o następującej treści: „Wszystkiego najlepszego! A tak przy okazji: Bowie nie żyje”. W trzy kliknięcia włączyłem komputer, żeby znaleźć potwierdzenie dla tych druzgocących wiadomości. Faktycznie. Major Tom, Ziggy Stardust, Thin White Duke, Król Goblinów i wszystkie inne wcielenia skupione w osobie Davida Roberta Jonesa przeniosły się w przestrzeń historyczną w nocy z 10 na 11 stycznia 2016 roku. 


Jego śmierć urzeczywistniła paradoks, który Bowie odegrał wcześniej w sławnej Zagadce nieśmiertelności. Spoglądając z ekranu swym dziwnym okiem, wcielał się tam w wampira tracącego niewyczerpane, zdawałoby się, siły witalne. Oto widzimy istotę z definicji nieśmiertelną, z której uchodzi życie. Sprzeczność! Ale jakże znamienna i jasna do zrozumienia, gdy pomyślimy o pozostawionym przez Bowiego dorobku „twardszym niż ze spiżu”. Jakże znamienna wobec NICH WSZYSTKICH! 

∞ 
Bo krótko przed nim odszedł Lemmy z Mötorhead, który w ostatnich tygodniach życia w trosce o zdrowie przerzucił się z whisky na wódkę z sokiem. Jakiś czas potem geniusz Prince zajeździł organizm. Osierocił wszystkie ekscentryczne instrumenty, pozostawił nam niesamowitą twórczość i dał złożyć swą osobę wysoką na półtora metra w dole głębokim na dwa metry. W marcu odszedł George Martin, który zza szyby reżyserki wysterował Beatlesów na sukces. Miesiąc wcześniej Piotr Grudziński z Riverside osłabił polskiego rocka swą nagłą śmiercią. Keith Emerson odebrał sobie życie, a Alan Vega, choć samobójstwo miał w nazwie zespołu, zszedł w sposób naturalny. Zmarł Glen Frey z The Eagles i Scotty Moore, gitarzysta przez lata występujący z Elvisem. Pożegnaliśmy Eugeniusza Rudnika, Johna Berry’ego, Maurice’a White’a i wielu innych wspaniałych artystów. A rok się jeszcze nie skończył! 



Niezależnie od tego, jak wielu muzyków zasili w najbliższym czasie niebiańską orkiestrę, jedno pozostaje pewne: ich muzyka przetrwa, dopóki szumią taśmy, kręcą się płyty, w radiu puszczają ich kompozycje, a my chcemy ich słuchać! Wielkie mity, których Troją, Itaką i Tebami są nasze uszy, unieśmiertelniły artystów! Legendy i historie lśniące pomnikowym brązem dały im nieprzemijającą sławę! Rozsławiły na wieki i... zamieniły w banał.

Dotyczy on oczywiście sztuki w ogólności, ale w stosunku do muzyki nacechowany jest szczególnym emocjonalnym onanizmem. Przyjęliśmy sobie bowiem , że najlepsi muzycy to martwi muzycy, a najprzyjemniej słucha nam się tych, którzy nie mają już nic do powiedzenia. 


∞ 
Widać to zwłaszcza w kręgu muzyki rockowej: obowiązuje tam wręcz etos muzyka rujnującego się w kilka lat kariery. Słynne „żyj szybko, umieraj młodo i pozostaw ładnego trupa” funkcjonuje niemal jako integralna część rockowej legendy, od samego początku kierowanej do ludzi młodych i ukazującej śmierć w kategoriach jednej z form zachowania wiecznej młodości. Szczęśliwcy, którym udało się wcześnie zejść ze świata, uniknęli zdziadzienia, czyli głównego antagonisty rocka (stąd też prawdopodobnie wśród rockmanów panuje takie ciśnienie na zachowanie pozorów młodości, gdy włos już siwieje).

Ekstremum tej postawy jest elitarny Klub 27. Lista ćpunów, alkoholików, samobójców, ludzi żartych przez depresję i z sercami rozkraczonymi przez wszystkie inne smutki, którzy wykitowali w dwudziestym siódmym roku swego bytowania. Wedle egzaltowanych słów są „ulubieńcami bogów”. Zadziwiające, że właśnie to, na równi z muzyką, zapewniło tym artystom nieśmiertelność.

Zastanawiam się, ile w tym szaleństwie metody. Po głowie plączą mi się wersy wyśpiewywane przez kolejnych trupów i dochodzę do wniosku, że faktycznie, nigdy nie postrzegałem ich jako tak prawdziwych, namacalnych i żywych, jak po ich śmierci. Wraz z pozbyciem się swych cielesnych powłok, w których objeżdżali sceny świata, znieśli też barierę fizycznej niedostępności, która zawsze stała pomiędzy artystami a odbiorcami. 



∞ 
John Lennon – 12 milionów dolarów. Bob Marley – 21 milionów dolarów. Elvis Presley – 27 milionów dolarów. I Michael Jackson – aż 825 milionów dolarów! „Forbes” podsumował zarobki zmarłych muzyków z okresu od października 2015 roku do października 2016 roku. Tropiąc inspiracje do niniejszego tekstu, czytam to i znów pozwalam sobie na luźne rozmyślania. Otóż w naszych czasach, nakierowanych na pracę w młodym, dynamicznie rozwijającym się zespole, sukcesy i spełnienie zawodowe, pieniądz stanowi najpełniejszy dowód na to, że żyjemy. Dolary, euro, złotówki i jeny płyną w żyłach wszystkich społeczeństw, a comiesięczna wypłata jest jak pulsujące wskazanie kardiogramu. Zarabiasz – będziesz żył! Jakże więc nie uwierzyć w wieczne trwanie artystów muzyków, którzy nawet gdy rozkładają się już w trumnach, obojętni na losy świata, potrafią zarobić pieniądze po stokroć większe niż pensja żyjących fanów muzyki? O tak! Nie tylko sztuka jest wieczna! Także moc nabywcza pieniądza funkcjonuje w bezczasie nieskończoności, do którego odchodzą artyści, aby i po śmierci cieszyć się uznaniem zdobytym za życia.

Sam pamiętam, jak z wywieszonym jęzorem biegałem po Empiku, szukając albumów Jacksona, który jeszcze nie zdążył nawet ostygnąć po śmierci. Specyficzna to forma upamiętnienia, kiedy zamiast znicza na grobie stawiamy album na półce.

Co ciekawe, niekiedy dopiero to daje zmarłemu muzykowi życie! Tragiczne zejście,  przerwany śpiew i wszyscy naraz orientujemy się, jakiego my to wspaniałego wykonawcę utraciliśmy. Sypiemy na grób pieniądze, aby choć w małym stopniu zrekompensować ignorancję w stosunku do jego twórczości. Czyż nie było tak z Amy Winehouse? Ile osób spośród nas uwielbiało płytę „Frank”, zanim to było modne, czyli zanim ta genialna piosenkarka najadła się tyle narkotyków i napiła tyle alkoholu, że zmarła? Wybacz nam, Amy.



∞ 
Gdy rozpoczynałem ten artykuł, dotarła do mnie wiadomość, że Leonard Cohen przeniósł się do lepszego (wedle wszelkich systemów religijnych, które kiedykolwiek wyznawał) świata. Gdy zaś pisałem ostatnie zdania, dowiedziałem się, że odszedł jeden z najwspanialszych i najbardziej niedocenionych muzyków – Leon Russell.

Skłania mnie to do kontynuowania zapoczątkowanych na cmentarzu rozważań o ulubieńcach w grobie jedną nogą stojących lub grób sobie kopiących. Za kilka lat będę żył w świecie bez Claptona, Jaggera, Patti Smith, Dylana i Briana Maya. To tylko ci starzejący się idole, czyli – jakkolwiek okropnie to zabrzmi – największe pewniaki. A ilu jest przecież takich, których złoży śmierć nagła i niespodziewana? Na myśl o tym przeszedłby mnie dreszcz, gdyby nie to, że przecież nie będę za nimi tęsknił, skoro mam ich muzykę.




Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.