Muzyka dla mas/nas

Przygniatające cielsko sukcesu

Biały jak ta kartka wieloryb symbolizujący cały gniew świata. I kapitan Ahab – marna, krucha tragedia w ludzkiej skórze, dla której sensem życia oraz rozwijania masztów jest niezgoda na los. Moby Dick. Jedna z najważniejszych powieści w historii literatury.
Herman Melville, stawiając ostatnią kropkę w książce o białym kaszalocie, robił to z przekonaniem, że kończy dzieło nie do przeskoczenia również dla niego. Wiedział, że nigdy nie będzie mu dane stworzyć czegoś na miarę Moby’ego Dicka. Powieść stanowiła litą, niewzruszoną skałę, którą podziwiać miały pokolenia. On sam zaś, jako Prometeusz literatury, został do tej skały przykuty, a jego wątrobę zamiast sępa wyżerał portowy rum.Powolne konanie u boku swej kreatywności zużytej na jedno dzieło osładzała mu jedynie świadomość stworzenia czegoś ze wszech miar epokowego. Powieści przesuwającej granice i po dziś dzień stanowiącej punkt odniesienia dla innych pisarzy.

Nie on jeden tego doświadczył. Na przestrzeni wieków wielu było artystów, których przemogło własne opus. Wymieniając wszystkie dziedziny sztuki, w których znajdziemy odpowiednie przykłady, niewątpliwie dojdziemy też do muzyki. Jak to jest w jej przypadku?

Puttin' On The Ritz, Electric Avenue, Barbie Girl, I Want Candy, Boys (Summertime Love), Bust A Move, A Girl Like You, In A Big Country, Me & Mrs. Jones, Genius Of Love, Rock Me Amadeus, Turning Japanese

One Hit Wonders – gwiazdy jednego przeboju. Taki termin ukuto dla określenia tworzących solowo lub kolektywnie nieszczęśników, znanych tylko z jednego hitu. Utworu doskonale przyswajalnego przez słuchacza i noszącego wszelkie znamiona komercyjnego majstersztyku. Piosenki wwiercającej się przez aparat słuchowy do mózgu, a po zetknięciu z przysadką – stymulującej wydzielanie endorfin PEA, których nadmiar wylewa nam się przez usta w postaci lepiej lub gorzej nuconej melodii. Dzięki trafnemu połączeniu słów, akordów i rytmu gwiazda jednego przeboju zostaje zapamiętana przez potomnych konsumentów kultury, a 5 minut jej sławy zmienia się w średnio 3 minuty 40 sekund typowego radio friendly song, odtwarzanego w eterze niezliczoną liczbę razy.

I tyle z ich kariery. BENG! – jak to się dziś zwykło kwitować zdarzenia, których doniosłość wyczerpuje własny temat. Artysta jednego przeboju resztę życia poświęca na nagrywaniu kolejnych płyt nieinteresujących niemal nikogo oraz zaliczaniu scen pomniejszych juwenaliów. Ten i ów zostanie jurorem w talent show lub od czasu do czasu zje chlebek ciecierzycowy z pastą z awokado w programie śniadaniowym. Jeszcze inny spisze i wyda swoje wspomnienia w trakcie zarządzania dobrze prosperującą i przynoszącą niezły dochód firmą spedycyjną. Jego piosenka, popularna ponad miarę, dawno już zaczęła żyć własnym życiem i niejako prowadzić równoległą karierę, utrzymując swego autora dzięki tantiemom. Na dźwięk pierwszych taktów zgadujemy jej tytuł – bezbłędnie i szybciej niż uczestnicy programu „Jaka to melodia?”. Ten kawałek nigdy nie wyjdzie z mody i nigdy się nie zestarzeje! Jest szlagierem ze spiżu!

Ale postawmy w końcu pytanie, stanowiące sedno tego tekstu – czy utwór ów poszerza ramy swojej dziedziny, stając się, tak jak przywoływane dzieło Melville'a, punktem odniesienia dla innych twórców?

Makin' It, Mambo No. 5, You Get What You Give, Hot Hot Hot, Unbelievable, True, Don't Worry Be Happy, What Is Love?, I'm Gonna Be (500 miles), Bittersweet Symphony, Mmm Mmm Mmm Mmm, Don't Want To Fall In Love

Jeśli odpowiedź na to pytanie byłaby twierdząca, to trzeba by uznać, że każda z takich kompozycji wyważa drzwi. Otwiera muzykę na nowe możliwości i zmienia jej kurs. Czy jakikolwiek przykład z historii muzyki popularnej wskazywałby jednak, że tak faktycznie jest? Odpowiedź stanowi pisane dużymi literami NIE. Na dobrą sprawę w tej kwestii nie znajduję nawet żadnego wyjątku potwierdzającego regułę. Kamienie milowe ustawiali tytani! Genialne zespoły i wspaniali muzycy, wspierani armią menedżerów oraz producentów, a także sprzyjającą atmosferą kulturową ich czasów. Chuck Berry, The Beatles, Led Zeppelin, Madonna, Michael Jackson – ci faktycznie mieli na tyle siły, aby przekierować koryto popowej rzeki. Wszyscy inni płyną z prądem.

Ta konstatacja, zamiast być ucinającą dyskusję odpowiedzią na główne zagadnienie, dzięki której mógłbym już żegnać się z Państwem i powoli kończyć pisanie, strzela latoroślami nowych pytań. Czemu artyści jednego przeboju tworzą jeden przebój? Co decyduje o popularności rzeczonego przeboju? Co odróżnia zajebiste Imitation Of Life z łysym Michaelem Stipem od równie zajebistego Beds Are Burning z równie łysym Peterem Garrettem oprócz tego tylko, że R.E.M. nagrali później jeszcze masę doskonałych płyt, a Midnight Oil skończyli się właściwie po jednej piosence?

Mnogość pytajników w akapicie powyżej sugeruje mnogość kryjących się pod nimi składników typowego One Hit Wonder. Mnogość składników natomiast sugeruje istnienie przepisu. Owszem, można by się pokusić o stworzenie takowego. Na pewno zawierałby wytyczne dotyczące prostego tekstu, akordów i progresji wywiedzionej z Pachelbelowskiego kanonu D-dur. Wspominałby o odpowiednio komercyjnym teledysku oraz takim momencie premiery, który uwzględniałby aktualne potrzeby słuchaczy. Znalazłyby się w owym przepisie również zalecenia dla stacji radiowych, aby hit nadawać w kółko, zupełnie ignorując inne pozycje na albumie, z którego on pochodzi. Voilà! Otrzymujemy kawałek będący w stanie zarżnąć zespół, który go wykonuje! Tymczasem fundamenty muzyki nawet nie drgnęły. Wszystko wskazuje więc na to, że gwiazdy jednego przeboju to raczej ofiary twórczej klęski niż wybrańcy jednorazowo dotknięci palcem bożym.

Maniac, Just A Friend, I'm Too Sexy, 99 Luftballoons, The Hustle, Whip It, Pop Musik, Da Da Da, Two Princes, Lovin' You, It's Raining Men, Jump Around, You Gotta Be, Kung Fu Fighting

Podczas tych rozważań przypomniały mi się zdania, które Jakub Koziołkiewicz napisał o grupie The Calling i ich wielkim, znanym na pięciu kontynentach przeboju Wherever You Will Go. Autor trafnie zauważa, że nieoczekiwany międzynarodowy sukces ich debiutanckiego singla ustawił im – artystom niewątpliwie utalentowanym i ambitnym – poprzeczkę zbyt wysoko. A to tak, jakby pierwszym koncertem obejrzanym przez kogoś na żywo był występ U2 lub też pierwszym obejrzanym filmem – Skazani na Shawshank.

Owszem, muzycy z The Calling mieli potencjał do stworzenia świetnego zespołu. Co innego jednak potencjał, a co innego – wykluwanie się hitów. Szczególnie w sytuacji stresowej, gdy cały świat oczekuje jeszcze mocniejszego uderzenia. Niewykluczone, że właśnie w tym tkwi sedno problemu. Gwiazdy jednego przeboju nie muszą być słabymi artystami, którym raz tylko trafiło się (jak tej ślepej kurze ziarno) zdobyć serca słuchaczy. To świat uniemożliwiający prawidłowy rozwój artysty jest zły. Powiedzmy sobie szczerze – mało kto karmi w sobie taką próżność, aby mieć ambicję czynienia epokowych wyłomów w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki. Czasem po prostu zdarza się napisać utwór będący kwintesencją gatunku, a rynek – jak to rynek – zaczyna eksploatować go aż do wyciśnięcia ostatnich soków. Konkludując: większość twórców, których dotyczy ten temat, to naprawdę porządni muzycy, którym niestety zbyt łatwo przyszło trafienie w dziesiątkę.

Jest taki film Szaleństwa młodości (reżyserski debiut niesamowitego Toma Hanksa).

Opowiada historię kilku chłopaków dorastających w latach 60., w momencie kiedy beatlemania osiąga swój zenit. Zainspirowani nimi młodzieńcy zakładają zespół – nazywający się, nomen omen, The Wonders – i piszą świetny kawałek, podrywający dupy z siedzeń, a dzięki przemyślnemu menedżerowi (znowu niesamowity Tom Hanks) zdobywają popularność w całych Stanach. Co potem? Potem okazuje się, że zarówno słuchaczy, jak i dostarczających im „rozrywki” oficjeli z wytwórni interesuje tylko ten jeden pierdolony kawałek.

I Melt With You, Hot Child In The City, How Do You Talk To An Angel, Lovefool, Too Shy, Who Let The Dogs Out, Macarena, How Bizarre, Send Me On My Way, Whoop! There It Is, What I Am

…i wiele, wiele innych tytułów. A gdy szukam najnowszych przykładów, przychodzi mi na myśl nieszczęsny Gotye. Z całej jego świetnej płyty Making Mirrors zapamiętamy tylko tyle, że jest ktoś, kto stał się kimś, kogo znał. A przecież Gotye umieścił na krążku też takie cuda:

Wszystkie gwiazdy jednego przeboju stały się w pewnym sensie ofiarami mediów – tak jak Ahab został ofiarą wyzwania, któremu nie sposób sprostać. Aby jednak ukoić żal wynikający z tego, że wspomniani muzycy nie są Melville’ami, proponuję formę uhonorowania ich wkładu w muzykę przez utworzenie nowego, całkowicie autonomicznego i bardzo heterogenicznego gatunku One Hit Wonders.

I jeszcze takie małe wspomnienie usprawiedliwiające wstawienie odpowiedniej piosenki na koniec: Lublin. Koncert szwedzkiej grupy Europe. Słychać pierwsze dźwięki kawałka The Final Countdown. Wyłączam się.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.