Muzyka dla mas/nas

Najważniejsze słowo

Źródło grafiki: YouTube
Błękitne tło pokryte gęstym, abstrakcyjnym ornamentem. Tworzą go setki malutkich, głównie bordowych i czerwonych prostokącików, ułożonych – zdawałoby się – przypadkowo.
Tak wyglądające dzieło zaproponował Nickolay Lamm, pochodzący z Pittsburgha twórca digital artu (polskie odpowiedniki tej nazwy brzmią bardzo koślawo). Jego praca nosi tytuł The History of Music i stanowi serię infografik przedstawiającą wyrazy najczęściej wykorzystywane w tekstach muzyki popularnej. Ta opisana powyżej dotyczy niekwestionowanego zwycięzcy zestawienia – słowa love. Przeprowadzając kwerendę, Lamm korzystał z archiwów listy Year-End Hot 100 i magazynu „Billboard”, sięgających aż do 1960 roku (sic!). Materiał, trzeba przyznać, ogromny, ale przecież nie wyczerpujący całego dorobku muzyki popularnej! Z łatwością można więc wyobrazić sobie błękitne tło o wiele gęściej zapełnione bordowymi pikselami.

Czy zatem wyraz miłość w swej anglojęzycznej formie to – korzystając z języka fizyki – najważniejsza cząstka elementarna popu? Tak. Ale jeśli miałbym tu wtrącić własne zdanie, to powiedziałbym, że jest tak nie tylko ze względu na częstość występowania.

Lepiej kocha się po angielsku

Choć piosenka Dana Fogelberga, The Language of Love, traktuje o skomplikowanych strategiach komunikacji między kochankami, to samego jej tytułu można użyć jako bezpośredniego odniesienia do języka angielskiego. No właśnie – czemu to akurat mowa Szekspira, a nie na przykład Słowackiego czy Goethego, ma w przypadku popu lepiej opisywać ów największy z uczuciowych desygnatów?



Pierwsze, co nasuwa się na myśl, to oczywiście dominacja brytyjskiej i amerykańskiej kultury popularnej. Zgadza się. Piosenki o miłości powstają na całym świecie a stawiane w moim tekście pytanie o najważniejsze słowo muzyki z łatwością można przemianować na pytanie o temat w niej dominujący i otrzymać z grubsza taką samą odpowiedź. Ale to lud Albionu i ich potomkowie zza oceanu zasługują na miano wynalazców i hegemonów nowoczesnej rozrywki, w obrębie której znajduje się też muzyka. Dwie ojczyzny różnorodnie rozumianego popu już od przeszło stu lat narzucają reszcie populacji jego formę, a tą z kolei od wewnątrz kształtował język angielski, dostosowując rytm i melodię do siebie, a nie odwrotnie. Należy zatem traktować angielszczyznę jako integralny element muzyki popularnej, dzięki któremu osiąga ona swoją wzorcową postać.

Nic więc dziwnego, że nawet największy banał, jeśli tylko wyśpiewa się go po angielsku, brzmi przynajmniej strawnie (niekiedy istotę tego stwierdzenia na zasadzie odwrotności ukazują próby przekładów na nasz język ojczysty – wiele świetnych tekstów nabiera w tym procesie lotności discopolo). Hasłowość, prostota i coś, co można nazwać „kleistością” słów, stanowią główne wyróżniki piosenkowego angielskiego. Słowo love jest zaś tych cech sztandarem, można by rzec – kluczem wiolinowy muzyki popowej. Lecz ta teza zakrawałaby po prostu na truizm, gdyby nie jeszcze jeden wymiar całego zagadnienia.

All you need is love will tear us apart

Społeczny mianowicie. Zdaje się bowiem, że na gruncie muzyki popularnej tylko Stany Zjednoczone i Wielka Brytania były w stanie przywrócić słowu love jego istotę, którą wcześniej musiało utracić w procesie komercyjnej destylacji. Istotę w najrozleglejszym i najważniejszym znaczeniu, czyli agape – miłość najwyższego rzędu. Wiąże się to z dwiema wielkimi rewolucjami kulturowymi: kontestacją lat sześćdziesiątych i późniejszym, post-punkowym nurtem Sturm und Drang.

Tu sprawa mogłaby się wydawać mniej oczywista, ponieważ obie te rewolucje oddziaływały na społeczeństwa i obyczaje wielkiej części świata wyznającej (przynajmniej w teorii) wartości cywilizacji zachodniej. Lecz jednoznaczność wraca na swoje miejsce, gdy tylko przyjrzymy się specyfice ruchów młodzieżowych w Stanach i na Wyspach.

Chęć ustanowienia nowego porządku w szóstej dekadzie dwudziestego wieku była wspólna dla całego pokolenia powojennego baby boomu. W Europie przyjmowała jednak charakter bardziej waleczny (sprzeciw wobec opresyjnego komunizmu w krajach podlegających ZSRR) lub intelektualny (nowe koncepcje filozoficzne Europy Zachodniej). Postawy pacyfistyczne natomiast, choć mające wiele do powiedzenia na Starym Kontynencie, najpełniej rozwinęły się w trzymających światowe kłopoty z dala od swych granic Stanach Zjednoczonych. To tam białe dzieci z dobrych rodzin (bo ich to w szczególności dotyczyło) miały w sobie na tyle dużo naiwności, aby etykietkę Make love, not war traktować dosłownie i wcielać ją w życie. Za symbol tej postawy można uznać utwór All You Need Is Love Beatlesów, którzy choć byli Anglikami, to szybko stali się najważniejszymi ambasadorami ruchu Flower-Power. Ich utwór, wykonany w pierwszym w historii programie emitowanym przez satelitę (czterysta milionów widzów w dwudziestu pięciu krajach), stał się w ścisłym sensie hipisowską międzynarodówką i proklamacją miłości na cały świat.

Kolejne wielkie poruszenie przypada na okres rozczarowania ideami właśnie lat sześćdziesiątych. Drzwi do tego nie tak już kolorowego i radosnego świata wyważył brytyjski punk rock, postulujący totalny nihilizm. Nic więc dziwnego, że najważniejsze kulturowe, a ściślej: muzyczno-kulturowe wydarzenia tamtych czasów dzieją się właśnie w Zjednoczonym Królestwie. I znowu – podobne niepokoje dotykały wówczas ludzi na całym świecie, lecz w Wielkiej Brytanii obudził się wtedy również uśpiony duch kolonializmu, toteż eksport wyspiarskiej kontrkultury miał bardzo szeroki zasięg. Miłość w czasach postmodernistycznej dekonstrukcji w największym stopniu była więc anglojęzyczna, a jako przykład weźmy przepełnioną defetyzmem (nie tylko wobec skazanych na porażkę prób podtrzymania jednostkowych związków, lecz także działań całej generacji) epokową kompozycję grupy Joy Division – Love Will Tear Us Apart.



Miłość szuka poklasku

Amerykanie i Brytyjczycy tak jak potrafili napełnić słowo treścią, tak też potrafią je z niej wyprać. Zarówno najchętniej konsumowany mainstream, jak i najgoręcej oklaskiwana alternatywa z obu państw stają się dziś na powrót raczej obiektami mniej lub bardziej indywidualnych interpretacji aniżeli nośnikami przesłań z mocą kształtowania społeczeństw. I choć muzyka sama o sobie opowiada historie pełne słów takich jak: prawda, uczucia, emocje czy zaangażowanie, to raczej mało kto daje się w ten sposób na serio zaczarować. Gdyby odtworzyć dzieło Nickolaya Lamma na podstawie najbardziej aktualnych zestawień muzycznych, wygląd infografiki zasadniczo by się nie zmienił. A biorąc pod uwagę to, co zostało powiedziane w poprzednim akapicie, można uznać, że love znów pełni funkcję łatwego erzacu dla trudno wyrażalnej głębi, istniejącym tylko ku uciesze odbiorcy. Ale nie ma się co złościć, bo tak właśnie działa rynek kultury popularnej (niekoniecznie sama kultura popularna), spełniający się w handlowaniu wzorcami zachowań, tożsamości i wartości.

Inną konkluzją wynikającą z ogółu powyższych namysłów jest następująca: rozmowa o muzyce popularnej to niemal zawsze rozmowa o USA i Wielkiej Brytanii, ich kondycji oraz powinnościach wobec rzędu dusz słuchających utworów, które tam powstają. Można by więc zadać pytanie, na ile to piękne słówko z tysiąca piosenek ma dziś znaczenie dla tych dwóch mocarstw, które wymykają się jednoznacznym ocenom.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.