Muzyka dla mas/nas

Pewien polski festiwal

Źródło grafiki: Piotr Bieniecki / www.fototeo.pl / licencja: CC BY-SA 3.0
Podręczniki do historii opiszą to tak: „Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu nie odbył się tylko dwa razy: w 1982 r. z powodu wprowadzenia stanu wojennego oraz w 2017 r., kiedy to przebrzmiałą formułę imprezy postanowiono zastąpić polityczno-obyczajowym show”.
 Tak będzie! Mówię wam. Ale chwilowo wciąż jeszcze mamy teraźniejszość i ramówki, które trzeba jakoś wypełnić – dlatego w sobotę, dnia 10.06.2017 zamiast festiwalowego hejnału dobrze znanego wszystkim mającym telewizor i uszy Polakom puszczono Dziennik Bridget Johnes. Film o życiowych rozterkach sympatycznej trzydziestodwulatki z Londynu można odczytać (choć włodarze telewizji polskiej raczej by sobie tego nie życzyli) jako całkiem trafną metaforę zamieszania związanego z festiwalem. Bridget bowiem za każdym razem, kiedy wdepnie w jakieś bagno, racjonalizuje sobie sytuację, twierdząc wbrew zdrowemu rozsądkowi, że wszystko jest pod kontrolą. Każdą błahostkę natomiast stara się odczytywać w kategoriach niezwykłości. Trudno o lepszy komentarz do tegorocznego opolskiego cyrku.

Ale to zapewne jeszcze nie koniec, gdyż – cytując klasyka – „inba wciąż trwa”: po zerwaniu umowy z TVP miasto chce własnymi siłami zorganizować imprezę na jesieni. Za to ze strony telewizji padają deklaracje o przeniesieniu festiwalu do Kielc lub Radomia. To tak, jakby chcieć przenieść karnawał w Rio do norweskiego Trondheim. Przygrywki do opolskiej imprezy zamiast melodii przynoszą kakofonię administracyjnych zgrzytów. Warto by się zastanowić, czy doszłoby do tego wszystkiego, co mamy nieprzyjemność oglądać, gdyby…


Kayah nie wystąpi na festiwalu. Nosowska również”. „Rezygnują z Opola. «Mniej muzyki, więcej polityki»”. „Dr. Misio wycofany z Premier. Poszło o «kościelny» teledysk”.*


No właśnie. Gdyby co? „Gdyby” określa opolski festiwal już od kilku dobrych lat. Każde „gdyby” poprzedza kolejny pomysł mający w zamyśle pomóc w odtworzeniu dawnej renomy KFPPO. Gdyby tak wydłużyć festiwal o jeden dzień? Gdyby tak dodać kolejną kategorię? Gdyby tak dać możliwość głosowania przez aplikację? Te idee nie przekładają się znacząco na oglądalność, co udowadniają statystyki. Badania Nielsen Audience Measurement z 2016 r. pokazują, że wydarzenie oglądało 2,35 miliona widzów. Mniej więcej w okolicach tej liczby oscylują wyniki z kilku ostatnich lat. Nie o samą oglądalność tu jednak chodzi, a o społeczną recepcję wydarzenia. Z wielu względów przestał on być dla nas znaczący!

Tu odezwać by się mogli ci, którzy z upodobaniem powtarzają, że „dawniej było lepiej!”. Cóż. Chyba tym razem muszę się z nimi zgodzić. Przynajmniej w kwestii Opola. Od razu jednak zaznaczam, że dawniej i tempora były inne, i mores widowni przedstawiały się zgoła odmiennie. Co prawda, gdyby w tym szerokim i niedookreślonym „dawniej” prowadzono statystyki oglądalności (w Polsce robi się to dopiero od 1996 r.), wynik dwóch z kawałkiem milionów Polaków przed telewizorami odtrąbiono by jako wielki sukces – ale to z tej tylko przyczyny, że w soc-rzeczywistości PRL-u odbiornik telewizyjny w gospodarstwie domowym był zdecydowanie rzadszy niż dzisiaj. Weźmy na przykład pierwszą edycję z 1963 r. – mimo że ówczesna widownia była relatywnie mała, to właśnie wykonawców wchodzących wówczas na scenę wymienia się dziś wśród ojców i matek polskiej muzyki: Ewa Demarczyk, zespół Piwnicy Pod Baranami, Osiecka, Niebiesko-Czarni i inni. A kogo pamiętamy sprzed roku?



Nie chcę sugerować, że obecnie w Opolu brakuje utalentowanych artystów. Oni są! Wystarczy spojrzeć chociażby na ubiegłoroczne Debiuty: Kortez, Bvoska, SALK, Jóga, Daria Zawiałow – to oni rządzą obecnie polską alternatywą. Lecz nie dzięki Opolu przebijają się do świadomości społecznej. Ci muzycy rozeszli się po różnych OFF Festiwalach, Openˈerach czy AlterFestach i to tam wyrabiają sobie nazwiska. Organizatorzy KFPPO dobrze o tym wiedzą. A ta wiedza nie mobilizuje ich do podjęcia dziejowej misji zarybiania polskiej sceny interesującymi artystami. Przez to najbardziej charakterystyczna dla festiwalu kategoria Debiutów traci sens.


Rodowicz rezygnuje z jubileuszu na festiwalu”. „Kasia Popowska rezygnuje z Premier”. „Kombi i Urszula także rezygnują z występu w Opolu”. „Artyści bojkotują festiwal. Co na to prezydent Opola?”. „Wiśniewski: «Z tym festiwalem nic już nie jest pewne»”.


Ktoś mógłby więc stwierdzić, że Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu to swojego rodzaju zombie. Miałby rację. Ściślej mówiąc – retro zombie. W tym miejscu triumfalnie uśmiechnąłby się duch (notabene) Jacquesa Derridy, który stwierdziłby, że wchodzimy na opisywany przez niego teren duchologii i jeśli bardzo nam zależy na znalezieniu przyczyny festiwalowego stanu rzeczy, to powinniśmy się zwrócić ku jego rozpoznaniom.

Faktycznie, w Opolu „duch przeszłości” stale przebija się spod uwspółcześniającego sztafażu. Wspomnienie czasów dawno minionych i nostalgia za nimi. To zdaje się być głównym motorem całej imprezy od czasów – ostrożnie przyjmując – końca właściwej transformacji ustrojowej (mniej więcej schyłek lat 90.). Wówczas to naród zobaczył, że PRZYSZŁO NOWE! Naród przyjrzał się, jak robi to ZACHÓD. Naród chciał mieć IVENTY, na których się skacze pod sceną i poznaje coś naprawdę nowego, zamiast apatycznie czekać, aż mu się zrobi „przegląd piosenki”. Pozostali ci, co tęsknią. A amfiteatr w pewnym sensie zamienił się w nocnik, w którym została uwiędła rączka organizatorów Opola. „Cóż. Zatem rzeźbimy w tym” – musieli sobie powiedzieć – „Ale dodajemy kabarety. Mnóstwo kabaretów. Naród kocha kabarety”.

I tak festiwal stracił na znaczeniu. Prezentowany przez władze brak zrozumienia dla kultury jest kuriozalny, ale być może dopiero cała afera z bojkotem festiwalu dosadniej pokazała, że niezbyt już chce się nam ekscytować Opolem.

Możemy być jednak pewni, że to imprezy nie unicestwi, bo podtrzymujące ją przy życiu rzewne wspomnienie generuje najwidoczniej całkiem okrągły pieniądz. Cały tegoroczny absurd może nawet paradoksalnie rozbudzić zainteresowanie następnymi edycjami festiwalu. I chociaż nie będzie to zainteresowanie związane z muzyką, jeszcze raz wszyscy poczują, że KFPPO mimo wszystko jest wydarzeniem wrośniętym w naszą świadomość narodową.


Internauci drwią z festiwalu, Kurskiego i TVP”. „Zapendowska: «Wątpię, że festiwal da się uratować»”. „Opole chce przejąć organizację festiwalu”. „Arkadiusz Wiśniewski zablokował ekipę TVP w amfiteatrze”. „Festiwal Opole 2017 odwołany! Miasto zrywa umowę z TVP”.*


Po napisach końcowych Dziennika Bridget Johnes nie było niespodzianki. Nie rozbłysły światła w Amfiteatrze Tysiąclecia i żaden prezes nie powiedział z ekranu telewizora, że to był taki żart… Marzec bez pięćdziesiątej czwartej edycji festiwalu. Co dalej? Wątpliwe wydaje się przeniesienie imprezy w inne miejsce, a przynajmniej uczynienie tego tak, by uniknąć jeszcze większej kompromitacji. Otwartą pozostaje natomiast kwestią, czy władzom miasta uda się zorganizować festiwal na jesieni, o czym mówił prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. Jeśli miałoby się to udać (z całego serca tego im życzę), należałoby już teraz zacząć pracować nad nowym kształtem wydarzenia, bo czasu pozostało niewiele. To tym ważniejsze, że – jak już wspominałem – od kilku lat festiwal cierpi na sceniczną impotencję i brak pomysłu na siebie.

Wierzę, że ci, co trzymają organizacyjne lejce, zapewne właśnie nad tym zagadnieniem spędzają teraz dnie i noce, wymyślając kolejne „gdyby”. Ale tak naprawdę rozwiązanie może być proste! Oddajmy cesarzowi to, co cesarskie, a grupie docelowej festiwalu to, co znane, dobre i grające na wspomnieniach! Krótko mówiąc, należy skupić się na artystach pamiętanych z czasów telewizji czarno-białej oraz proto-kolorowej. Lata 60., 70. i 80. Przeszłość. Wspomnienie. A jednocześnie reaktywacja całego pokolenia artystów i słuchaczy wychowujących się na Opolu. I niech to nie będzie przaśne i wąsate! Żadnych sandałów i pasiastych koszulek polo trzeszczących na naznaczonych czasem brzuchach. Niechaj historia zatoczy koło, a retro zatriumfuje! Wszystko z wielką pompą i bez pretensjonalności. Niech to będzie na serio. Otrzeźwić artystów, którym wmówiono i którzy sam uwierzyli w to, że dziś mogą już tylko odcinać kupony: Rodowicz, Banaszak, Łazuka, 2 plus 1, Demarczyk, Lombard, Bajm, Frąckowiak, Czerwone Gitary i kto tam jeszcze żyw! A ci, którym już się zeszło z tego świata, niech żałują, bo impreza będzie przednia. Rany Boskie! Sam bym to oglądał!


* Nagłówki ze śródtytułów pochodzą z NTO.pl - serwisu miasta Opole, czyli jedynej strony stojącej faktycznie po stronie festiwalu.  

Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.