Muzyka dla mas/nas

Powoli, wolno, wolniutko

Źródło grafiki: fot. Randy Robertson
No i znów przyszło pisać artykuł. A że pisanie ostatnio idzie mi powoli i jestem ślamazarny niczym mucha w smolnej wędrówce na trasie Budziszyn – Drawsko Pomorskie, toteż wybrałem sobie powolny temat. Mianowicie sloooow mooootion...
Rzecz jasna – w odniesieniu do muzyki znanej i lubianej (popowej) oraz jej wizualnej inkarnacji znanej pod nazwą teledysku. Czasami podczas strzelaniny pilotem po kanałach zdarza mi się trafić na któryś z niezwykle interesujących i atrakcyjnych estetycznie kanałów wyspecjalizowanych w kontencie muzycznym. Wśród różnorodnych prezentowanych tam klipów można natknąć się dość często na takie, w których reżyser zdecydował się zastosować zabieg spowolnienia czasu. Doświadczenia percepcyjne związane z odbiorem takowego dzieła bywają niezwykłe. Oto bowiem muzyczka gra, wokalista/wokalistka śpiewa, głośnik gładko wypycha efekt mixu i masteringu. Wszystko to splata się w płynną, nieznoszącą zastoju dynamiczność. Tymczasem towarzyszący obraz jakoś boleśnie nie przystaje w kwestii tempa! Ludzie w teledysku zdają się brnąć przez kisiel. Ospałe ruchy jak u bokserów wagi ciężkiej po dwunastu rundach. Czas zalany gęstą cieczą. 
Wolno pisane akapity z ambicjami teoretycznymi
Stukam w zegarek. Nie. Wszystko z nim w porządku. Dobrze chodzi. To klip funkcjonuje w jakiejś innej rzeczywistości, w której bóg Aion leczy kaca. Oglądam uważnie i staram się wywołać z pamięci strzępy definicji wideoklipu pozostałe mi po lekturze rozproszonych źródeł. Przypominam sobie zwłaszcza wzmianki o reklamowym rodowodzie gatunku. A jak wyglądają reklamy, wiedzą wszyscy: akcja, szybki, agresywny montaż i dzianie się w kadrze. Oko zbombardowane treścią.

Nie trzeba być jednak szczególnie otrzaskanym w historii popkultury, by zauważyć, że powyższe „reklamowe” cechy teledysku trącą myszką. Owszem, taki styl stanowił wyznacznik w początkach ery MTV. Z czasem jednak twórcy teledysków poczuli większą wolność i uznali, że mają prawo do posługiwania się zabiegami formalnymi bardziej związanymi z poetyką kinową. Nic dziwnego. Wszak wielu reżyserów kojarzonych z filmem tworzyło lub wciąż tworzy teledyski.

A tak się właśnie składa, że technika slow motion ostatnimi laty zawojowała kino. Szczególnie kino akcji. Szeroko opisuje to Katarzyna Czajka, prowadząca blog Zwierz Popkulturalny. Pozwolę sobie przeredagować kilka jej uwag na ten temat (a do zapoznania się z całością zapraszam tutaj – warto, bo Zwierz należy do coraz węższej grupy osób, które wiedzą, co mówią). Autorka wskazuje dwa ważne cele twórców stosujących spowolnienie czasu na ekranie. Po pierwsze, slow motion nadaje patos scenom, które bez tego wypadłyby dość trywialnie. Po drugie, gdy na ekranie dzieje się dużo (a w wypadku filmów akcji nawet bardzo dużo) spowolnienie czasu daje nam sposobność, by chłonąć szczegół i należycie docenić pracę scenarzysty. Można uznać wyżej wymienione zadania za zasadnicze dla filmu.

Co mają do tego klipy muzyczne? Wspomniana blogerka mówi o nadużywaniu slow motion w filmie. Mam wrażenie, że tendencja ta pojawia się również w teledyskach. Różne są jednak motywacje. Śmiem wręcz twierdzić, że tak jak cera trądzikowa u dorosłych funkcjonuje inaczej niż u młodzieży, tak też spowolnienie czasu w klipach muzycznych, mimo pozornych analogii, odgrywa zgoła odmienne role niż w filmie! Nie dostrzeżemy tego jednak bez zrozumienia istoty artystycznego tworu, jakim jest teledysk. Podczas gdy film stanowi historię samą w sobie i wszystkie jego elementy, włącznie z dźwiękiem, traktuje się jako zwartą całość, wideoklip to jedynie część bardzo złożonego systemu naczyń połączonych i ma pewną autonomię w stosunku do singla czy albumu. Nasuwa się logiczne przypuszczenie, że wideoklip musi spełniać pewne zadanie. I owszem. Chodzi o zaszczepienie w widzach nastroju konkretnego utworu, tak aby obraz uzupełniał emocje, które autor łaskawie zawarł w swojej kompozycji. Teledysk więc to nie tylko wizualna reprezentacja i forma promocji muzyki, lecz także jej dookreślenie modelujące nasz odbiór.
Bardzo wolno pisane akapity poświęcone przykładom 
Tu przydałyby się jakieś, ehem... ehem..., egzemplifikacje. Muszę wtrącić, że znalezienie odpowiednich stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie, gdyż przebrnąć musiałem przez masę klipów, których takosamość doprowadza do obłędu! Przyznam szczerze, że nie gustuję ostatnio w tego typu wysiłkach badawczych (o tym napiszę kiedy indziej...). Zagryzłem jednak wargi i postanowiłem się poświęcić. Wszystko dla Was, moi drodzy, żądni ciekawych i pouczających informacji Czytelnicy! Oto przykłady, które uznałem za reprezentacyjne dla dwóch najczęściej powtarzających się schematów wykorzystania slow motion w dzisiejszych teledyskach:

„Ocean Drive” Duke’a Dumonta. Bardzo popularny i udany (to trzeba przyznać niezależnie od tego, czy takiej muzyki słuchamy, czy nie) popowy kawałek. Sprawdza się zarówno jako spiritus movens ruchu bioder na imprezach, jak i muzak płynący z korporacyjnego radiowęzła. Synkopowana, mocno taneczna kompozycja – dynamizm i aktywność. Tymczasem klip zrealizowano niemal w całości przy użyciu ultraszybkich kamer, więc co i raz widzimy ujęcia dziewcząt poruszających się w spowolnionym majestacie, jak gdyby zanurzono je w miodzie.

Drugi przykład stanowi teledysk do utworu „Hunger Of The Pine” grupy Alt-J. Wariację na temat losów świętego Sebastiana ukazuje się tu w zwolnionym tempie: bohater biegnie i biegnie, ale tak, jakby nie mógł, jakby ważył tyle, co piórko, i przeciskał się przez powietrze. Tymczasem ostre strzały, które bynajmniej prędkości nie straciły, tłoczą mu się na plecach.
 
W pierwszym wypadku mamy wyraźny dysonans między mocno imprezowym charakterem utworu, a leniwym tempem klipu. Po co to i w jaki sposób – jak już się rzekło – uzupełnia nasze emocje? Nie ma tu jak w filmie wielu szczegółów wymagających jednoczesnej obserwacji. Nie próbuje się też dodać obrazom patosu. Czas zwalnia z innego powodu. Zabieg po prostu dodaje zmysłowości całemu przedstawieniu, a tego właśnie chcemy! Nie tylko skojarzeń z zabawą, lecz także z seksem, z powolnym tempem delikatnej erotyki. To połączenie najbardziej działa na wszystkich. Producenci o tym wiedzą i zauważcie, że slow motion często stosuje się w teledyskach pokazujących błyszczące tyłki i torsy.

W drugim przypadku sprawa wygląda inaczej. Alt-J (swoją drogą, zespół ma jakieś szczególne zamiłowanie do spowolnienia czasu, gdyż stosuje je niemal w co drugim klipie) prezentują alter-rockową balladę o onirycznym brzmieniu. Można by powiedzieć, że powolność po prostu lepiej pasuje do jej klimatu, lecz to stwierdzenie nie wystarcza. Chodzi bowiem o coś jeszcze: o przekazanie powłóczystego sentymentalizmu, który dobrze sprzedaje się w komplecie z nieco poważniejszymi i ambitniejszymi artystycznie treściami.

Oba te najbardziej rozpowszechnione schematy mają swoją styczną. Jest nią chęć ukazywania wizerunku młodzieńczego, odrealnionego i beztroskiego piękna, spełniającego się w wolności, niezależności i ogólnej nieśpieszności życia. A jak pokazać to najłatwiej? Spowalniając czas.

Bardzo wymęczona konkluzja i zakończenie
No dobrze. Teraz przejdźmy do najważniejszego pytania. Czy boli mnie o to dupa? Owszem. Tak jak o każde inne nadużywanie zabiegów stylistycznych. To prosta droga do popadania w kicz. Pamiętać jednak należy, że rynek muzyczny jest działką ludzi nieprzeciętnie czujnych na gusta odbiorców. Telewizyjne kanały muzyczne bogato nadziane spowolnionymi teledyskami odpowiadają na wyraźne zapotrzebowanie. Nie można więc mieć twórcom za złe, że robią coś, co się publiczności podoba. O tym z kolei, czy można mieć za złe publiczności, że jej się podoba, to już sprawa osobista i dosyć śliska. Wolę się nikomu nie narażać. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że z techniki slow motion można korzystać trochę bardziej kreatywnie. Ot, chociażby tak jak OK Go:




Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.