Muzyka dla mas/nas

Pokuta malkontenta – czyli jak nie wyjść z wprawy

Źródło grafiki: fot. Dennis Jarvis
Po A jest B, po zimie – wiosna, po serowo-cebulowych chipsach – zgaga, a po spowiedzi – pokuta. I właśnie w ramach pokuty składam dziś literki. Ich czarne powykręcane ciałka opowiedzą Wam o tym, czego możecie się po mnie spodziewać w najbliższym czasie.
A na początek małe streszczenie poprzedniego odcinka. W pełnym emocji i zwrotów akcji tekście z września wyznałem, że pisanie o muzyce przestało mnie kręcić. Był sentymentalizm rodem z telenoweli, było bicie się w piersi. Polało się trochę łez, a jedna bardzo uważna osoba nie bez racji zwróciła uwagę, że trochę się mizdrzę.

Tak było (sic)! Ale przyszedł kolejny miesiąc, a ja siadam z założoną nóżką i gotów jestem raczyć Was słowem, co dźwięczy spiżem!... Choć głowa pusta. Bo i co mam powiedzieć? Niniejszy tekst to sensu stricto jedynie niewyszukana ulotka zapowiadająca nowy dział. Zadowoli więc Was odpowiedź, że od teraz będę na Z CYKLU pisał o wszystkim? W dużym skrócie tak właśnie się stanie. Bo kara za zaniechanie w miarę określonego tematu muzycznego polega na dryfowaniu po oceanie problematyki wszelakiej i różnokolorowej. Tak zwane „obyczaje”, tak zwana „kultura” i tak zwany „ja” na krętej dróżce skojarzeń i dygresji. Słowem wszystko w przekroju. Ale takie pisanie marzyło mi się już od dawna i choć pewnie dużo łatwiej nie pójdzie, to jednak uważam, że więcej i ciekawszych rzeczy będę mógł przekazać właśnie w tej formie.

Oczywiście w ramach tematu miesiąca. Broń Boże nie chcę z portalu robić swojego prywatnego folwarku! I tak na przykład październikowy temat brzmi „Wyzwania”. Dla mnie wyzwaniem stanie się prowadzenie nowego cyklu i uniknięcie bolesnego dla ducha postradania rozumu i chęci. A doszczętne zwariowanie stanowi tylko jedno z zagrożeń czyhających na mnie. Znacznie większe i zębate niebezpieczeństwo to ryzyko popadnięcia w grafomanię. Przyjemność zapełniania kartek może podstępnie udusić treść, a bzdura pod maską sensu – zacząć wdzięczyć się do czytelnika. Tego boję się jak diabła. Przy czym nie mam pewności, że grafomanem nie jestem już w tej chwili. Stąd prośba do Was – zwróćcie mi uwagę, gdybyście zauważyli coś niepokojącego.

Kolejna kwestia to powroty do muzyki. Żeby nie było – fakt, iż nie mam już ochoty angażować się w ten temat, nie znaczy, że przestałem słuchać i konsumować muzykę. Wciąż dostarczam jej do organizmu bardzo dużo, a zwolniony z obowiązku poszukiwań i analiz, wracam do ulubionych melodii lat adolescencji – starocie. Szczególnie zaś cenię sobie tych wykonawców, którzy już nie żyją i nie mogą nic spieprzyć. Muzykę nadal kocham. Bo i jak nie kochać?! Myślę o niej i przeżywam, tak jak wcześniej, tyle że przestałem się spinać, gmerać, szukać, dociekać i śledzić wątek. Z przyjemnością przyznaję się do dyletanctwa. Dziennikarstwo muzyczne pozostawiam osobom bardziej kompetentnym i robię to, co robią zdrowi i prawidłowo ukształtowani ludzie – po prostu słucham. Przedzierzgam się z turboświadomego speca w uśmiechniętego, rumianego odbiorcę, mającego najzwyczajniej w świecie swoje gusta. Mającego coś, co bardzo lubi, i coś, na co najchętniej by się załatwił. Czyż nie tak powinno być? Postawę tę uważam za tym właściwszą, że daje mi możliwość włączania muzyki w ogół zainteresowań. Ergo – piosenek na pewno tu nie zabraknie. A na dowód zamieszczam link z bardzo sympatycznym utworem, który ostatnio wpadł mi w ucho. Częstujcie się.



Co ponadto? Efemeryda pogoni efemerydę, powstaną bezpłodne krzyżówki kultury wysokiej z niską, wóz unurza się w zieloność, zadumam się nad gumą przylepioną do ławki i niczym pierdzący wujaszek, którego wizyty nikt specjalnie nie wygląda, wlezę skarpeto-usandałowaną stopą na tereny zajmowane przez innych Redaktorów Z CYKLU (mam nadzieję, że mi wybaczą). Nie mogę się ograniczać. Tak jak już wspomniałem, chcę mieć Wam coś do powiedzenia. Stąd całe obwąchiwanie się po tyłkach ze wszystkimi zagadnieniami istnienia. To jest też ważne dla mnie samego, gdyż czuję, że dorosłem do tego rodzaju tematycznego szwędactwa z pretensjami do literatury. Liczę zresztą (choć skrycie), że jakaś literatura faktycznie się z tego urodzi. Wiem. Brzmi to jak pycha i prawdopodobnie któreś z bóstw pióra w ramach lekcji pokory przyciśnie mnie ciężkim ubłoconym buciorem do ziemi. Ale gdzież indziej miałbym próbować, jeśli nie tutaj? Gdzie indziej dano by mi wolną rękę? Oczywiście mógłbym się bawić w blog. Ale z doświadczenia wiem, że jeśli nie mam nad sobą bata w postaci dedlajnu i wkurwionej redaktorki, to regularne pisanie idzie gorzej niż słabo.

No cóż. Chciałbym już powiedzieć „Amen”. Odetchnąć ciężko i przepłukać mózg po tym raczej średnim tekście. Jego poziom był zresztą do przewidzenia, bo tak to już się dzieje z początkami podobnych przedsięwzięć. Żadne ścierwo nie smakuje paskudniej niż one. Pocieszam się jednak tym, że jecie je razem ze mną. Mam nadzieję, że następne artykuły, które ukażą się w ramach nowego cyklu (wciąż jeszcze nie posiadającego nazwy. Jakieś sugestie?), okażą się strawą duchową godną felietonistycznego Atelier Amaro. Żegnam się zatem obietnicami, nadziejami i obawami. Gaszę światło na zakładzie. Do zobaczenia w następnym miesiącu.

PS Jedna rzecz jeszcze tylko mnie przy końcu zastanawia. Kto teraz będzie pisał ściśle o muzyce?


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.