Kultura w dymkach

Te paski są lepsze, taki komiks czytać wolę

Dawno, dawno temu (to jest w latach 70. minionego wieku i później), w państwie dawnych Słowian (wtedy już Polskiej Republice Ludowej) żyło sobie (wpierw na łamach „Wieczoru Wybrzeża”, potem na planszach pełnoprawnych albumów) dwóch walecznych wojów kasztelana Mirmiła, którzy przeżywali rozmaite przygody, walcząc z niegodziwymi Zbójcerzami, pocieszając swego władcę w częstych chwilach melancholii, a także pomagając bliźnim w potrzebie. A na imię im było – tak, tak, nie inaczej, lelum polelum – Kajko i Kokosz…

Nim jednak mąż dobrodusznej Lubawy zaczął domagać się zasadzenia orchidei na własnej mogile, nim lasem wstrząsnął okrzyk „Na plasterki!” niegodziwych podwładnych Hegemona, nim bojący się myszy smok Miluś nauczył się latać, nim nieostrożny Wit wynalazł proch, długo, długo przed (a zarazem po) tym, jak nasi swojscy Asteriks i Obeliks odzyskali Złoty Puchar, w wyobraźni wielkiego rysownika Janusza Christy narodził się inny pamiętny duet.

Na początku były paski w popularnych czasopismach, z nich zaś powstały całe opowieści. Choć nie do końca, bo twórca debiutował komicznymi jednostronicowymi historyjkami o – protagoniści najwyraźniej są nieco jak nieszczęścia – parze łobuziaków, Kuku oraz Ryku, którzy mieli na pieńku ze złowrogim zbójem Makarym. Potem związał się z „Wieczorem Wybrzeża”, gdzie zaczęły się ukazywać krótkie, kilkukadrowe epizody z życia Kajtka-Majtka. Po pewnym czasie do awanturniczego marynarza dołączył fajtłapa Koko (wstępnie obdarzony imieniem Frank). Tak też rozpoczęła się długa komiksowa przygoda, skrząca się od humoru i z wartką akcją: pełna dalekich podróży, pościgów, starć z niegodziwcami wszelkiej maści, dramatycznych perypetii (na przykład w hitlerowskich bunkrach – Psiakhew!), niewytłumaczalnych zjawisk, zwariowanych wynalazków profesora Kosmosika; bohaterowie odbyli nawet burzliwą wycieczkę do krainy baśni (to jedna z najlepszych historii w ogóle!).


Nim jednak mąż dobrodusznej Lubawy zaczął domagać się zasadzenia orchidei na własnej mogile, nim lasem wstrząsnął okrzyk „Na plasterki!” niegodziwych podwładnych Hegemona, nim bojący się myszy smok Miluś nauczył się latać, nim nieostrożny Wit wynalazł proch, długo, długo przed (a zarazem po) tym, jak nasi swojscy Asteriks i Obeliks odzyskali Złoty Puchar, w wyobraźni wielkiego rysownika Janusza Christy narodził się inny pamiętny duet.

Na początku były paski w popularnych czasopismach, z nich zaś powstały całe opowieści. Choć nie do końca, bo twórca debiutował komicznymi jednostronicowymi historyjkami o – protagoniści najwyraźniej są nieco jak nieszczęścia – parze łobuziaków, Kuku oraz Ryku, którzy mieli na pieńku ze złowrogim zbójem Makarym. Potem związał się z „Wieczorem Wybrzeża”, gdzie zaczęły się ukazywać krótkie, kilkukadrowe epizody z życia Kajtka-Majtka. Po pewnym czasie do awanturniczego marynarza dołączył fajtłapa Koko (wstępnie obdarzony imieniem Frank). Tak też rozpoczęła się długa komiksowa przygoda, skrząca się od humoru i z wartką akcją: pełna dalekich podróży, pościgów, starć z niegodziwcami wszelkiej maści, dramatycznych perypetii (na przykład w hitlerowskich bunkrach – Psiakhew!), niewytłumaczalnych zjawisk, zwariowanych wynalazków profesora Kosmosika; bohaterowie odbyli nawet burzliwą wycieczkę do krainy baśni (to jedna z najlepszych historii w ogóle!).

Najdonioślejszym jednak rozdziałem tego okresu kariery Christy jest powstanie najdłuższej serii w historii polskiego komiksu – Kajtka i Koka w kosmosie. Ukazywała się ona przez całe cztery lata, co jest zasługą (i poniekąd winą) samych czytelników, którzy nie chcieli, żeby kończyła się zbyt wcześnie. Odbiło się to na warstwie fabularnej, tylko mniej więcej do połowy zachwycającej pomysłową konstrukcją nieziemskich światów oraz zmyślnymi zwrotami akcji. Dzieło to jednak wciąż pozostaje absolutnie wyjątkowym wytworem naszej kultury i jest jedną z pozycji obowiązkowych każdego szanującego się fana rodzimego (i nie tylko rodzimego) komiksu.

Co ciekawe, w pewnym momencie do procesu twórczego wtrąciła się cenzura! Kadr przedstawiający płonący dom kosmicznego kacyka niefortunnie nawiązywał do ataku demonstrantów na siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR-u w Gdańsku. Problemem też było do niedawna zebranie wszystkich pasków. Dotychczasowe wydania: kultowa skrócona edycja z 1974 roku, trzy z dwunastu planowanych albumów w kolorze (jeden dodatkowy ukazał się w „Świecie Komiksu”), a także „pierwsze niemal pełne” Egmontu z 2001 roku były w jakiejś mierze niekompletne.


Wreszcie historia o dwóch marynarzach dobiegła końca, a oni sami na pożegnanie zapowiedzieli początek nowej – tej o ich następcach (niemalże imiennikach), a zarazem dalekich przodkach. I tak Kajko oraz Kokosz prędko podbili czytelnicze serca. Nastąpiła też przeprowadzka do „Świata Młodych”, Christa zaczął tworzyć pełne scenariusze kolejnych albumów, które ukazywały się aż do 1990 roku. Dalsze prace uniemożliwił mu pogarszający się stan zdrowia.

Na kartach blisko piętnastu tomów woje Mirmiła zapoznawali odbiorców ze słowiańskim folklorem, dawnymi zwyczajami w rodzaju Dnia Kupały, dostarczając nieodmiennie rozrywki, bawiąc, trwale zapadając w pamięć. Ja na przykład zawsze będę mile wspominał nieudolne knowania Zbójcerzy (pechowego Kaprala, rozczulającego Ofermy), lekko złośliwe zaklęcia czarownicy Jagi czy prześmieszne epizody podobne do tego, gdy Kokosz wysiadywał jajko. Komiksy te są tak bogate, że naprawdę każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Jako uzupełnienie cyklu wydawnictwo Egmont włączyło do jednej z reedycji zabawne kalendarze oraz mniej znane opowiastki.


Na podstawie serii powstała seria gier komputerowych, a także gra planszowa „Wielki Wyścig”. Na przełomie lat 80. i 90. próbowano również stworzyć serial animowany, ale skończyło się zaledwie na wstępnych przygotowaniach. W 2001 roku rozpoczęto prace nad filmem aktorskim, lecz i on nie powstał ze względu na niewystarczający budżet. Wreszcie – udało się! Szesnastominutówka na podstawie Zamachu na Milusia z Maciejem Stuhrem podkładającym głos Kajkowi mogła być sukcesem i przepustką do czegoś więcej. Występ aktora został jednak skrytykowany, choć chwalono muzykę, wielkodusznie określono także animację komputerową jako „momentami ciekawą”. Projekt ostatecznie nie doczekał się kontynuacji.

Nie należy mimo wszystko zapominać, że na Kaj(t)ku i Kok(osz)u dorobek Janusza Christy w żadnym razie się nie kończy. Pod pseudonimem Adam Kołodziejczak powołał on do życia kolejnych ludzi morza: Gucka i Rocha. Dwa powstałe albumy prezentowały zakazany świat Zachodu, podobnie jak wcześniej Na tropach Pitekantropa. Ciekawym projektem były również cięte Bajki dla dorosłych, publikowane jeszcze w magazynie „Relax”. Wyżej wymienione pozycje zostały zresztą zebrane w czarno-białym zbiorku Kajtek, Koko i inni z 2004 roku.

To, że dzieła ojca słowiańskich wojów wciąż są wznawiane (aczkolwiek nieco zmienione, rzecz oczywista, względem oryginału), wciąż obecne w kulturze, napawa optymizmem. Dzięki temu kolejne pokolenia mają unikatową szansę obcować z tymi wyjątkowymi opowieściami o przyjaźni, historiami na miarę francuskiej odysei walecznych Galów, a nawet lepszymi, choćby dlatego, że naszymi własnymi. Mimo upływu lat ich magia jest wciąż silnie obecna.

„Pole, las, woda, wieś… Nadszedł czas – komiksie, nieś!”.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.