Kultura w dymkach

Anime-ation

Źródło grafiki: www.screencritix.com/wp-content/uploads/2014/01/ghost-in-the-shell-1024x687.jpg; www.manga-wallpaper.com/wp-content/uploads/2014/07/death-note-hd1.jpg; www.3.bp.blogspot.com/-UdNz4t3VV_4/UZu4n6WGTWI/AAAAAAAAGDw/crG2rvkP0Uc/s1600/Monster-Anime-monster-17427085-1280-800.jpg; www.livedoor.blogimg.jp/mangaman09/imgs/7/3/73faf82e.jpg; www.i.imgur.com/Q3hnRY6.jpg; www.storage.mufi-mufi.com/images/00/009041d946919b6d267e4cf778b6e2ec.jpg
Anime pojawiło się w kulturze dobrych parę dekad przed wielkim Osamu Tezuką, o którym więcej mogliście przeczytać w poprzednim tekście. Inspiracją japońskiej animacji były oczywiście dokonania Europejczyków oraz Amerykanów, ale mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni prędko nadali tej sztuce nową jakość, wzbogacając ją o elementy charakterystyczne dla ich własnej kultury. Pierwszy sukces na skalę światową odniósł w 1918 roku film oparty właśnie na ludowej opowieści o Momotarō, Chłopcu z Brzoskwini[1]. Od chwili jednak, gdy nowy wynalazek – mangi – zyskał znacznie na popularności, coraz częściej tworzono adaptacje tych graficznych opowieści w formie wieloodcinkowych serii.

Obecnie produkcje bazujące na stuprocentowo oryginalnym pomyśle stają się coraz rzadsze; twórcy sięgają najczęściej albo właśnie po dzieła mangaków, albo tak zwane light novels, czyli powieści ilustrowane. Nie oznacza to jednak, że spadła jakość opowiadanych historii. Japończycy od zawsze wyróżniali się głębią swoich przemyśleń, zadających kłam popularnemu przekonaniu, że „animacja” równa się „bajka dla dzieci”. Co więcej, spora część najlepszych dalekowschodnich filmów i seriali charakteryzuje się obrazowym ukazaniem przemocy oraz mroczną atmosferą, nie wspominając o niezwykle poważnej wymowie, którą w pełni odczytać są w stanie jedynie starsi widzowie.

Ze względu na olbrzymią ilość nakręconych do tej pory anime zdecydowałem się na czysto subiektywne podejście do zagadnienia. Wybrałem te, które według mnie najlepiej obrazują zróżnicowanie tematów oraz stylistyk, cieszą się największą sławą lub są najbardziej warte uwagi. Postanowiłem przy tym pominąć niektóre z najoczywistszych wyborów (Akirę, Neon Genesis Evangelion, Fullmetal Alchemist, Cowboy Bebop); zabrakło też miejsca na bodaj najbardziej żywotny shōnen (opowieść dla chłopców), czyli korsarski One piece. Poniższe tytuły ułożone są chronologicznie, według daty powstania. Mam nadzieję, że w dostateczny sposób zilustrują niezaprzeczalne bogactwo gatunku.

Zanim jeszcze założono legendarne studio Ghibli, światowego giganta filmu animowanego, powstawały już pierwsze pełnometrażówki wielkiego Hayaa Miyazakiego, który zresztą całkiem niedawno odszedł na emeryturę, przez co po długoletniej współpracy pozostawił wzmiankowane studio w głębokim kryzysie. Już w pierwszych dziełach tego reżysera można dostrzec wizualną maestrię oraz proekologiczno-pacyfistyczne zaangażowanie. Najlepiej je widać w fenomenalnej Nausicaä z Doliny Wiatru (1984). W ekranizacji zaledwie dwóch pierwszych tomów mangi tego samego twórcy (tym bardziej żal, że nigdy nie dotarła ona do Polski!) olśniewająco opowiedziano o świecie postapokalipsy, w którym powietrze jest zatrute, a większą część globu porasta trujący las, zamieszkany przez ogromne owady. Najważniejszy problem tej historii dotyczy starcia na linii człowiek-natura, w pełni ukazującego niszczący wpływ człowieka na ekosystem. Znalazło się tu też miejsce na antywojenny manifest, krytykę bezmyślnego okrucieństwa. Atutami filmu są przede wszystkim zapierające dech w piersiach krajobrazy, dowodzące niespożytej wyobraźni Miyazakiego, oraz główna bohaterka. Księżniczka Nausicaä jest odważna, wrażliwa i ma dobre serce, a z naturą łączy ją niezwykle silna więź; postaci daleko jednak do irytującej papierowości – to młoda kobieta z charakterem, od razu zbudzająca sympatię.Jej przygody stanowią świetną propozycję na początek zapoznawania się nie tylko z filmografią japońskiego mistrza, lecz także anime w ogóle.

 

Ghost in the Shell z 1995 roku to natomiast przykład ostrego cyberpunku. Rysowana bardziej drapieżną kreską opowieść spod znaku science fiction porusza bliskie dickowskiemu Blade Runnerowi zagadnienia człowieczeństwa i tożsamości, konsekwencji kreacji sztucznych ludzi, a pośrednio także zagrożeń, jakie niesie nieustający rozwój technologiczny. Całość ma zabarwienie filozoficzne, a wykorzystane przy tworzeniu filmu rewolucyjne techniki komputerowe oraz muzyka, znakomicie podkreślająca ciężki nastrój, czynią z tej animacji pozycję obowiązkową. Sukces części pierwszej poskutkował powstaniem fabularnie niepowiązanej kontynuacji, którą wyświetlono nawet na Festiwalu w Cannes, a po niej przyszła pora na między innymi dwie serie, czerpiące ze świata przedstawionego wcześniejszych dzieł. Wszystko to na podstawie trzech albumów, wydanych w Polsce przez czołową mangową oficynę J.P.Fantastica. Co ciekawe, zarówno bracia Wachowscy, jak i Darren Arronovsky przyznają się, że obraz miał wpływ na powstanie ich własnych dzieł (odpowiednio Matrixa oraz debiutanckiego Pi).

Przenieśmy się teraz nieco w czasie, do początku trzeciego tysiąclecia. Od 2004 do 2005 roku trwała emisja szalenie intrygującego anime o jakże znaczącym tytule Monster. Niech was nie odstrasza liczba 74 odcinków, niech was nie zniechęca niemrawy początek. To dramatyczne starcie prawego chirurga doktora Tenmy z potworem, któremu – nieświadom konsekwencji tego czynu – ocalił przed laty życie, należy chyba do najbardziej frapujących w historii gatunku (no może poza pojedynkiem protagonistów następnej produkcji, jednej z tych kultowych). Akcję prowadzi się może niespiesznie, ale tym lepiej: dane nam jest poznać dokładnie całą plejadę świetnie skonstruowanych psychologicznie postaci, z których większość skrywa jakieś mroczne sekrety. Podróż w poszukiwaniu korzeni prawdziwego zła prowadzi widza przez Niemcy (Japończycy zdają się tym krajem nieco fascynować) oraz Czechy i zahacza o mroczne dziedzictwo czasów hitlerowskiego totalitaryzmu, pokazując przy okazji całe mnóstwo rozmaitych obliczy niegodziwości. Brak tu miejsca na szczęśliwe zakończenia: ci dobrzy ponoszą bezsensowną śmierć, a refleksje są niezwykle gorzkie. Licznym obrazom grozy towarzyszą na dodatek niepokojące ilustracje z zaskakująco istotnej dla fabuły bajki dla dzieci. Nie jest to na pewno pozycja dla ludzi o słabych nerwach – sadystyczne gierki mrożącego krew w żyłach, niepozornego tylko z wyglądu antagonisty mogą szokować. Niektórzy narzekają również na zakończenie, przynoszące niewiele odpowiedzi. Myślę, że mimo to warto spróbować się z tą serią zmierzyć. W Polsce wydano właśnie dwa pierwsze z osiemnastu tomów oryginału.



Podobne tematy brał na warsztat słynny Death Note z 2006 roku. Twórca wzbogacił jednak opowieść o wątki mitologiczne, wprowadzając jako bohaterów bogów śmierci, shinigami, a także ich zeszyty śmierci – tam zapisują imiona ludzi, którym przeznaczone jest w danym momencie umrzeć. Jedna z tych istot gubi swój notatnik, znaleziony potem przez genialnego licealistę imieniem Raito (w niektórych wersjach Light). Chłopak, znudzony otaczającym go światem, postanawia jako Kira decydować o życiu i śmierci złoczyńców, a potem także każdego, kto sprzeciwi się jego woli. Rządy tyrana stara się zakończyć błyskotliwy detektyw o pseudonimie L, trzymający swoją tożsamość w tajemnicy. Tak rozpoczyna się zażarta walka dwóch potężnych osobowości. Trochę w tej historii ze Zbrodni i kary, lecz potencjał został niestety zmarnowany, a po przełomowym 25 epizodzie seria traci rozpęd, oferując przekombinowane rozwiązania i ostatecznie także rozczarowujący finał (muszę się zgodzić z fanami, którzy twierdzą, że oba alternatywne zakończenia dostępne do obejrzenia w internecie sprawdziłyby się lepiej). W ostatecznym rozrachunku Death Note okazuje się nieco przereklamowany, lecz wciąż wart uwagi i nietuzinkowy. Powstały potem jeszcze dwie aktorskie adaptacje filmowe oraz jeden prequel o L, ale żadne z nich nie spotkało się ze szczególnie dobrym przyjęciem. Ciekawostka: Death Note został zakazany w Chinach ze względu na prowokowanie niebezpiecznych zachowań u dzieci (dla przykładu, zapisywały one w stylizowanych na tytułowy notatnik zeszytach nazwiska nielubianych przez siebie osób). Komplet dwunastu odsłon mangi został przetłumaczony na nasz język ojczysty. 



Teraz coś dla wielbicieli horroru. Spośród wszystkich animacji w klimacie grozy chyba najbardziej zapadł mi w pamięć Another z 2012 roku. Czy to zasługa cudownie upiornego openingu – swego rodzaju napisów początkowych – czy może poczucia zagrożenia nieopuszczającego widza aż do końca? Ciężko stwierdzić, zapewne po części z obu przyczyn. Dzieło jest z pewnością bardzo nietypową opowieścią o duchach, bliższą raczej slasherom, czyli filmom, w których bohaterowie giną jeden po drugim w makabrycznych okolicznościach. Ich śmierci są bez wątpienia widowiskowe, w tle – naprawdę ciekawa zagadka klątwy ciążącej nad pewną klasą w małomiasteczkowej szkole, a także całkiem zgrabny wątek miłosny. Czego chcieć więcej? Niektórzy narzekają na dwa ostatnie odcinki, w których nagle rozpętuje się straszliwa jatka, istny festiwal mordu i obłędu. To jednak w gruncie rzeczy idealne zakończenie tak ponurej opowieści. Droga tego anime była nieco dłuższa – przed wersją rysunkową powstała jeszcze powieść, dopiero przerobiona na mangę. Zarówno jej autor w czwartym albumie (niebawem będzie on dostępny na krajowym rynku), jak i twórcy w odcinku specjalnym nakreślili obraz ciszy przed burzą, którego oglądanie budzi niekłamany żal względem postaci, gdy ma się na uwadze czekający je dopiero koszmar.



Największą sensacją ostatnich lat okazało się zeszłoroczne Shingeki no Kyojin (a.k.a. Attack on Titan). Przedstawia ono ostatnią ostoję ludzkości – otoczony kilkoma murami kompleks warownych miast – broniącą się przed najazdem groteskowych olbrzymów, żywiących się nieszczęsnymi wojownikami. Główni bohaterowie: rodzeństwo Eren i Mikasa po śmierci rodziców w wyniku inwazji monstrów wstępują do oddziału specjalnie wyszkolonych żołnierzy. Ze względu na wojenną tematykę to animacja krwawa, przy czym tragiczny los spotyka często postaci, do których obecności człowiek zdążył się przyzwyczaić; sporo też tutaj zmyślnych zwrotów akcji. Świat przedstawiony nosi znamiona kultury niemieckiej (pojawiają się niemieckie frazy, architektura etc.), ale Azjaci dostrzegli w nim więcej analogii z bieżącą sytuacją polityczną: konflikt Chiny (Tytani) – Hongkong (ocalali), przez co seria zarówno budzi spore kontrowersje, jak i cieszy się wielką popularnością. Powstaje już pełnometrażowy film, stworzono cztery gry wideo, a to zapewne nie koniec. Największą zaletą tej produkcji są z pewnością sceny walk z udziałem przedstawicieli elitarnych jednostek, wyposażonych w specjalne uprzęże. Pierwszy zeszyt jest już dostępny w sklepach, kolejne – w przygotowaniu (co nie dziwi w obliczu takiej rozpoznawalności tytułu).
 


Dzięki cudownym właściwościom internetu można z łatwością uzyskać dostęp do wschodnich produkcji i osobiście przekonać się o ich różnorodności. Praktycznie każdy znajdzie tu coś dla siebie, co więcej – nawet po obejrzeniu choćby i całego mnóstwa pozycji okazuje się, że to nawet nie połowa na liście anime, które trzeba znać. Cały czas powstają nowe serie, nowe pomysły, nowe sposoby przyciągania uwagi widza, związane z pojawiającymi się teraz tendencjami, zjawiskami społecznymi etc. Każdego roku w świecie japońskiej animacji coś się dzieje; tempo jest tak szybkie, że aż trudno za nim nadążyć. Z pewnością jednak warto spróbować.

[1] Więcej o tej postaci znajdziecie tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Momotar%C5%8D.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.