Kultura w dymkach

Papa Goscinny

Asterix i Obelix, Mikołajek, Lucky Luke – wszystkie te postaci łączy więcej niż to, że stanowią dla wielu z nas ważną część dzieciństwa. Za ich narodziny oraz za śmiech i miłe chwile spędzone przy lekturze ich przygód odpowiada jeden jedyny człowiek: René Goscinny. W umyśle tego wielkiego komiksowego scenarzysty powstało jednak także parę innych serii, dziś nieco zapomnianych. Najwyższa pora odkryć na nowo jego twórczy dorobek.
Nietrudno się domyślić, że bohater dzisiejszej odsłony „Kultury w dymkach” ma polskie korzenie. Urodził się jednak w Paryżu jako syn emigrantów żydowskiego pochodzenia: Stanisława „Simkha” Gościnnego oraz Anny Bereśniak-Gościnnej. Jego rodzice opuścili kraj po pierwszej wojnie światowej, matka – na skutek braku tolerancji i licznych pogromów na Ukrainie (skąd się wywodziła), w przypadku ojca zdecydowały względy bardziej praktyczne: lepsze perspektywy edukacyjne oraz zarobkowe. Stanisław był z zawodu inżynierem chemikiem, a więc z pewnością nie po nim młody René odziedziczył artystyczne zapędy. Do szkoły uczęszczał w Buenos Aires, gdzie głowa rodziny Gościnnych znalazła nową pracę, tam też zyskał renomę „szkolnego błazna”, gdyż humorem starał się nadrabiać wrodzoną nieśmiałość. Już w tym wczesnym okresie życia fascynował się rysunkiem i czynił pewne próby w tym kierunku.

Śmierć ojca wskutek wylewu w roku 1943 zmusiła go do poszukiwania pracy. Szybko stracił posadę księgowego w fabryce opon, by następnie na krótko zostać ilustratorem w agencji reklamowej. Potem opuścił Argentynę i udał się wraz z matką do Nowego Jorku, gdzie zostałby wcielony do korpusu, gdyby nie zaciągnął się w porę do armii francuskiej. W wojsku mógł dalej tworzyć, choć tym razem były to głównie propagandowe ilustracje oraz plakaty.

Po powrocie do Stanów, mało dochodowej publikacji książki ilustrowanej przez niego (mówi Wam coś tytuł The Girl with The Eyes of Gold? No właśnie!) oraz dramatycznym okresie bezrobocia i zupełnego bankructwa, sprawy Goscinnego przybrały lepszy obrót. Zawarł sporo znaczących znajomości w komiksowym światku, w tym z Mauricem de Beverem (aka Morrisem), z którym, począwszy od roku 1955 aż do śmierci, miał tworzyć Lucky Luke’a. Poznał także – czy też raczej przede wszystkim – rysownika Alberta Uderzo, w przyszłości swego najbliższego współpracownika i współzałożyciela magazynu „Pilote”. To właśnie na jego łamach narodziła się ciesząca się największą popularnością na świecie francuska seria: kultowy Asterix i Obelix. Ale zanim do tego doszło...



Lata 50. były dla Renégo okresem niesłychanie pracowitym. Znów w Paryżu, tworzył już (jako scenarzysta – warto zauważyć, gdyż w międzyczasie zmienił priorytety) swój pierwszy cykl z Uderzo: Janka Pistoleta. Wydana parę lat temu w zbiorczym tomiku opowieść o piratach-amatorach w służbie króla Francji nosi już znamiona jego charakterystycznego stylu (humor sytuacyjny, sympatyczne postaci), brak jej jednak jeszcze tej lekkości, która nieodmiennie towarzyszy dziełom późniejszym. Dlatego to najgorsza pozycja autora, choć wciąż warta uwagi oraz łatwa w odbiorze. Natomiast dla czasopisma „Tintin” stworzyli panowie komiks już nieco bardziej dopracowany i zapadający w pamięć. Umpa-pa (szczęśliwie dostępny także na naszym rynku), gdyż to o nim mowa, ukazywał się w latach 1958-1962. Opowiada o przygodach tytułowego Indianina z plemienia Szpokoszpoko oraz pompatycznego francuskiego szlachcica o imieniu – uwaga! – Hubert de la Puree de Cartofelle, pojmanego przez Umpa-pę w okresie XVII-wiecznej kolonizacji Nowego Świata. Łatwo zauważyć, że dużą rolę w twórczości artysty zaczęły odgrywać gry słowne, a także komiczna reinterpretacja realiów i zdarzeń historycznych. To właśnie te pięć albumów, skrzących się pierwszorzędnym dowcipem, podłożyło podwaliny pod przygody walecznych Galów. Warto przy tym pamiętać, że 7 lat wcześniej, w pierwszej wersji, Umpa-pa był mieszkańcem współczesnego rezerwatu, wtedy jednak pomysł nie spotkał się z dobrym przyjęciem.



Wspominałem już o kolejnym słynnym bohaterze, który zawdzięcza swoje istnienie Goscinnemu – kowboju bez ojczyzny, najszybszym strzelcu Dzikiego Zachodu (strzelającym szybciej od własnego cienia), prawym Lucky Luke’u. Jego perypetie stanowiły zarazem hołd dla westernu, jak i parodię tego gatunku, gdyż autorzy obficie czerpali ze stereotypów i wnieśli nieco autentyzmu w typowe kreacje prawdziwych ludzi z tamtych czasów. Podróżując początkowo jedynie w towarzystwie wiernego rumaka, a potem także głupiutkiego psa Bzika, rewolwerowiec rozprawiał się z groźną – i pechową – rodziną Daltonów, temperamentnym młokosem Billym the Kidem, gangiem Jesse’go Jamesa, a także wieloma innymi osławionymi gringos. Seria okazała się niezwykle żywotna i jest kontynuowana mimo śmierci zarówno scenarzysty, jak i rysownika. Niestety, albumy wydane po odejściu duchowego ojca Lucky’ego wyraźnie odstają poziomem od swoich poprzedników. Powstało także sporo ekranizacji – animowanych oraz aktorskich – przy czym jedną z pierwszych był Disneyowski Lucky Luke. Miasteczko Daisy, wyreżyserowany przez samego Goscinnego. Ostatnie dwie adaptacje powstały kolejno w 2007 (animowany Lucky Luke na Dzikim Zachodzie) oraz 2009 roku (Lucky Luke z Jeanem Dujardinem). Podobnie jak w przypadku Asteriksów, stare produkcje pozostają niedoścignione pod względem wytworzonego klimatu. Ostatnimi czasy wydawnictwo Egmont postanowiło przypomnieć Polakom o tej postaci i wydawać zaczęło zbiorcze wydania jego przygód, każdy liczący sobie po mniej więcej trzy oryginalne zeszyty.

W roku 1956 ukazała się pierwsza książeczka o chłopcu imieniem Mikołajek, co ciekawe – opatrzona przez artystę pseudonimem Agostini. Zawierała zbiór krótkich historyjek, z przymrużeniem oka ukazujących współczesną Francję oraz życie tamtejszych dzieci. Całości idealnie dopełniały proste ilustracje Jean-Jacques’a Sempégo. Za pierwszą pozycją poszły kolejne cztery, a w parę lat po śmierci autora wydano także nieedytowane teksty, zebrane w trzech tomikach (lata 2005-2009). Dzięki niewymuszonemu komizmowi oraz ciepłej atmosferze przygody Mikołajka i innych chłopaków stanowią wyśmienitą pozycję dla młodszego czytelnika, choć i dorośli z pewnością niejednokrotnie zaśmieją się w trakcie lektury. W 2009 premierę miała pierwsza aktorska realizacja cyklu, a w tym roku – jej kontynuacja; obie przyczyniły się do wzrostu popularności serii.



Największy przełom w życiu twórcy nastąpił jednak u progu l. 60. W ramach wcześniej założonego syndykatu Édifrance/Édipresse założył wraz Jean-Michelem Charlierem oraz Albertem Uderzo czasopismo „Pilote”. Powód, dla którego nie podzieliło ono smutnego losu krótkotrwałych tytułów w rodzaju „Clairont” czy „Pistolin”, był prosty – już w pierwszym numerze czytelnik mógł śledzić dzieje pewnej niepokonanej wioski Galów, nieodmiennie stawiającej czoła wojskom Cezara, oraz jej barwnych i sympatycznych mieszkańców. Tak zaistniał niezapomniany duet: uczciwy, prostoduszny, a także niesłychanie odważny Asterix oraz jego „puszysty” druh, pogromca dzików i sprzedawca menhirów, Obelix. Można tu było znaleźć fenomenalne, jakże znaczące imiona, z Kakofoniksem, charakteryzującym się niesamowitym samozaparciem bardem, któremu słoń nadepnął na ucho, na czele. W każdym numerze pojawiały się podróże po całym świecie, żarty kulturowe, inteligentne aluzje do współczesnych zjawisk, no i oczywiście dużo bijatyki (w końcu bohaterom dostarcza nadludzkiej siły magiczny eliksir druida Panoramiksa). Wszystko to (a nawet jeszcze więcej) złożyło się na sukces tego wyśmienitego komiksu, sprawiło, że niektóre cytaty zyskały nieśmiertelność, a podczas lektury z twarzy czytelnika nie schodzi szeroki uśmiech. Odnoszę wrażenie, że bezdyskusyjnie najlepsze dokonanie Goscinnego ani trochę się nie zestarzało i po latach dostarcza wciąż wspaniałej rozrywki. W ramach gatunku stanowi bez dwóch zdań pozycję obowiązkową, choć w tomach powstałych po śmierci scenarzysty wyraźnie widać już zmęczenie materiału.

Tak jak w przypadku Lucky Luke’a, o dzielnych Galach zrealizowano parę filmów animowanych. Za dwa najlepsze, Asteriksa i Kleopatrę oraz 12 prac Asteriksa, odpowiadali sami twórcy, niebawem zaś premierę będzie miał dziewiąty, o podtytule Osiedle bogów. Większą popularnością cieszą się jednak kinowe adaptacje z Gerardem Depardieu w roli Obeliksa. Z różnym efektem starają się one upodobnić do Shreka poprzez bogactwo nawiązań popkulturowych i, choć humor bywa niższych lotów (zwłaszcza w dwóch ostatnich częściach), a aktorów zmienia się jak rękawiczki – najczęściej chyba Cezara, ale również Asterix przeszedł dwie operacje plastyczne – to nadal całkiem niezłe ekranizacje. Na ich tle jaśnieje rzecz jasna Asterix i Obeliks. Misja Kleopatra, gdzie wszystkie elementy udało się zawrzeć w idealnych proporcjach, nasycenie dowcipu niemalże przekracza bezpieczną dawkę, a Monica Belluci w roli królowej Egiptu stanowi wisienkę na torcie. Mnie oglądanie tej komedii jeszcze się nie znudziło, a scena z langustą należy bezdyskusyjnie do moich ulubionych. Za udane trzeba też ostatecznie uznać W służbie Jej Królewskiej Mości, w którym twórcy świetnie bawią się językiem, wykorzystując zjawisko językowej mieszanki ponglisz i kpią sobie z brytyjskiej obyczajowości. Lecz ponownie bezkonkurencyjne okazują się uroczo staroświeckie animacje. Po prostu w tej formie najlepiej wybrzmiewa specyficzny język i humor Goscinnego.



Na koniec jeszcze jedna seria z „Pilote’a”. Mówi Wam coś tytuł Iznogud? Także i ten tytuł gościł w pewnym momencie w polskich księgarniach. Opowiada on o wysiłkach podstępnego wezyra, którego imię to fonetyczny zapis angielskiej frazy „is no good”, pragnącego za wszelką cenę zostać kalifem i próbującego zdetronizować obecnego władcę, sympatycznego niezgułę. Pomimo pomocy sługi Pali Bebecha każdy plan niegodziwca obraca się przeciwko niemu, co wywołuje u niego częste i gwałtowne ataki złości. Komiks wypełniają zabawy słowem oraz odniesienia do Księgi tysiąca i jednej nocy. Mimo że nie tak znana, seria nadal ukazuje się po francusku, a ostatnio Iznogud kandydował nawet na prezydenta. Pozostaje żałować, że nie udało się zrealizować filmowej wersji z Louisem de Funèsem, czego pragnął Goscinny, a zamiast tego powstały jedynie serial animowany (polski tytuł Wezyr Nicponim) oraz raczej nieudana wersja aktorska.

René Goscinny to ojciec komiksu humorystycznego, a pośrednio – nie tylko cykli francuskich, lecz także naszych, rodzimych, takich jak chociażby Kajko i Kokosz. Jego znaczący wkład w kulturę jest niepodważalny, a postawiony w zeszłym roku w Warszawie pomnik – jak najbardziej zasłużony. Więcej nam trzeba takich publikacji, ale następcy Papy niestety jakoś nie widać. Ciężko zresztą z nim konkurować. Być może dzisiejsze czasy nie bardzo sprzyjają podobnej konwencji. Pozostaje mieć nadzieję, że pamięć o dziełach Goscinnego nie zginie, młodzi nadal będą sięgać po stworzone przez niego historie, a losy jego fikcyjnych dzieci wzbudzać będą salwy śmiechu wśród kolejnych pokoleń, ujmując swym niezaprzeczalnym ciepłem i ponadczasowym przesłaniem.    


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.