Kultura w dymkach

Gaiman z Nieskończonych

Po lekturze tekstu Magdy wiecie o Neilu Gaimanie właściwie wszystko, co najważniejsze. Tak się jednak składa, że zarazem nie wiecie zupełnie nic. Niebawem więc zapełnię pewne istotne białe plamy. Do pełnego obrazu dorobku tego wyjątkowego artysty potrzeba jednak jeszcze omówienia (prócz komiksów) jego prozy. Od czasu do czasu zasiewałem ziarno Gaimana beletrystycznego w różnych innych artykułach – to w postaci nieśmiałej wzmianki, to analizy Nigdziebądź. Co z tego wyrośnie? Na to przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Tymczasem przygotujcie się na szaloną podróż po komiksowym dominium Brytyjczyka.
Fizyczne podobieństwo artysty do jego najsłynniejszej kreacji ze świata powieści graficznej, Sandmana, nie jest przypadkowe. Tak jak on, Gaiman – pan ludzkich snów – sprawuje władzę nad czytelnikiem, sięga do jego marzeń, igra z jego oczekiwaniami, bawi się kulturą i wyobraźnią, ale także trzyma ją jakimś cudem w ryzach. Niczym doświadczony maître de cuisine łączy odmienne konwencje i style, nie ocierając się przy tym o groteskę. To kolejny z magów gatunku, który snuje swoją opowieść z imponującą swobodą i swadą oraz odmalowuje swe oszałamiające wizje rękami równie utalentowanych twórców.



Pośród nich na pierwszy plan wybija się Dave McKean. Panowie współpracują ze sobą bardzo często, i to od całkiem dawna. Owocem tego był już pierwszy opublikowany przez Anglika album: Drastyczne przypadki. Ta realistyczna opowieść o przeszłości i pamięci szczególnie zasługuje na uwagę ze względu na oniryczne rysunki w kolażowej stylistyce i  chłodnej tonacji, nadające całości refleksyjny charakter. Należą one jednak do mniej eksperymentalnych dokonań McKeana. Do tych ostatnich zalicza się chociażby Sygnał do szumu z 1989 roku. Album opowiada o umieraniu – tak idealistycznych pragnień, jak i jednostki, pewnego reżysera, który u progu śmierci pracuje nad swoim opus magnum. Tytułowy „szum”, przytłaczająca codzienność, nieskoordynowany strumień zalewających nas zbędnych informacji, został odzwierciedlony poprzez przemieszanie technik rysunku, graficzny chaos, zahaczający o surrealizm.

Ten sam duet stworzył również The Tragical Comedy or Comical Tragedy of Mr. Punch, w której to burzliwe koleje losu głównego bohatera zderzono z historią życia podstępnego mordercy Mr. Puncha z bardzo popularnego za granicą przedstawienia kukiełkowego Punch & Judy. Co jednak istotniejsze, właśnie z McKeanem Gaiman dokonał szczególnie ciekawej rewitalizacji superbohaterskiego komiksu. Anglik odpowiada zresztą za odkurzenie niejednej zapomnianej kreacji DC czy Marvela, m.in. Przedwiecznych, stworzonych przez Jacka Kirby’ego w latach 70., oraz – i to o nią/je nam teraz chodzi – Czarnej Orchidei. Scenarzysta obdarzył ją stosowną przeszłością oraz rodzeństwem, ostatecznie definiując heroinę jako ludzko-roślinną hybrydę. Komiks zyskał dużą popularność ze względną na inteligentną fabułę, a także olśniewającą oprawę graficzną, pełną miękkich smug zieleni oraz purpury – kolorów tytułowego kwiatu.



McKean zasłynął też wyjątkowymi okładkami albumów – powstają nawet ich specjalne wydania zbiorcze. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ jest autorem grafik do wszystkich zeszytów Sandmana, przełomowej serii, której poświęcę teraz parę słów. Ten monumentalny cykl to nie tylko jedno z najbardziej intertekstualnych dzieł, jakie kiedykolwiek powstały, ale przede wszystkim rozrastające się uniwersum. Za historią-matką podążyły serie poboczne Lucyfer i Furie Mike’a Careya, Śmierć samego Gaimana, wciąż ukazujące się nakładem Vertigo Comics Dead Boy Detectives, The Dreaming i wiele pojedynczych albumów (chociażby Senni łowcy, nawiązujący do estetyki Wschodu). Stworzyli je różni pisarze i rysownicy, bywają lepsze oraz gorsze, wszystkie jednak wpisują się w kanon bazowej opowieści.

Z początku silnie nawiązywała ona głównie do komiksu superbohaterskiego, przy czym wyróżniał ją nietypowy bohater – Sen z rodu Nieskończonych, zwany również Morfeuszem, personifikacja i władca ludzkich marzeń sennych. Z czasem jednak historia stała się szaloną jazdą bez trzymanki przez literaturę, mitologię, popkulturę. Czytając kolejne części cyklu nie sposób przewidzieć, co zdarzy się za chwilę, gdzie zaprowadzi nas fabuła – niesłychanie spójna, a przy tym szalenie złożona – jakie sekrety odkryje przed nami autor, ale też jakie postawi nam pytania. Lektura Sandmana to zabawa w poszukiwanie nawiązań, to czysty zachwyt, wzbudzany przez przemyślność niepojętej baśni, snutej przez postmodernistycznego gawędziarza z Wysp. Komiksowi temu daleko przy tym od jakiejkolwiek jednowymiarowości, postaci mają charakter, a na ich tle wyróżniają się dla przykładu Kain i Abel (tak, ci biblijni), a także, rzecz jasna, członkowie rodziny Snu. W szczególności Śmierć. Jej przedstawienie jest doprawdy nietypowe. W wyobraźni artysty przybrała ona kształt sympatycznej gotki o żywym usposobieniu, zabawnej, wesołej, ironicznej, pełnej empatii wobec ludzi, których przyjdzie jej zabrać, wybrańców, którzy posłyszą „łopot jej skrzydeł”. Ten wizerunek nie wzbudza grozy (przynajmniej nie w oczywisty sposób), a całokształt czyni siostrę Morfeusza jedną z najciekawszych postaci komiksu (nie dziwota, że poświęcono jej osobną serię). Dzieło to poniekąd saga rodzinna, mimochodem ujawniająca fakty z przeszłości Snu, Śmierci, Pożądania (hermafrodyty), Losu (stosownie ślepego), Rozpaczy (ze skłonnościami sadomasochistycznymi), Maligny (niegdyś Marzenia) i Zniszczenia (czarnej owcy rodziny, ale z zupełnie innej przyczyny, niż można by przypuszczać). Minione zdarzenia bywają tragiczne i oddziałują na teraźniejszość. Za ich pomocą Gaiman ukazuje prawdy o naszym własnym życiu, świecie, który nas otacza, prawach nim rządzących etc., prawdy niestety częstokroć przygnębiające. Doświadczenie intelektualne i komentarz społeczny zarazem – doprawdy ciężko na współczesnym rynku znaleźć podobnie wielopłaszczyznowe dzieło. Nie dobiegło ono też wbrew pozorom końca. Wciąż ukazuje się swego rodzaju prequel pierwszego wydania zbiorczego, Preludiów i nokturnów, zatytułowany Overture (Uwertura). Sześcioczęściowa miniseria zachwyca zarówno fabularnie, jak i wizualnie (co o dziwo w przypadku tego cyklu nie zawsze jest regułą), dzięki czemu udowadnia, że twórca ani trochę nie wyszedł z formy. Dla miłośników powieści graficznej pozycja obowiązkowa!



Do mniej znanych, a zdecydowanie godnych uwagi dokonań Brytyjczyka należą Księgi Magii. Pierwotnie miały stanowić przewodnik po czarodziejskim obliczu uniwersum DC, a ich bohaterem uczyniono młodego Timothy’ego Huntera (przypominającego nieco Harry’ego Pottera; ma nawet sowę do towarzystwa!). Gaiman osnuł opowieść wokół fascynującej podróży w poszukiwaniu własnego miejsca, przeznaczenia, szeroko pojętego celu istnienia. Szczególnie zapada w pamięć sekwencja delirycznej wędrówki poprzez rozmaite krainy z finałowego numeru. Po wielu wzlotach i upadkach w postaci licznych crossoverów Tim stał się protagonistą własnej serii, przy której jego duchowy ojciec pełnił zaledwie funkcję konsultanta (a i to głównie z nazwy, ponieważ wydawnictwo często ignorowało jego propozycje). Zakończyła się ona po 75 numerach, nieletni czarodziej jednak powrócił jeszcze w trzech kolejnych odsłonach – ostatnia przedstawiała jego późniejsze, alternatywne przygody i ze względu na to, aby nie pomylono jej z oryginałem, nazywała się Books of Magick [zamiast Magic]: Life During Wartime.



Powyższe pozycje to rzecz jasna zaledwie część dorobku brytyjskiego twórcy (zrealizował też np. wiele komiksowych adaptacji własnych opowiadań, a ostatnio także powieści Księga cmentarna, a jego występy gościnne przy okazji innych publikacji są praktycznie zawsze niezapomniane). Jednak już dzięki nim nietrudno zrozumieć popularność Neila Gaimana. Jest scenarzystą, który naprawdę kocha to, co robi, a na dodatek ma niekłamany talent. Nie boi się przy tym eksperymentować i redefiniować gatunek. A przecież dzięki tego rodzaju cechom może rozwijać jakakolwiek dziedzina. Artystyczne dokonania Anglika stanowią żywy dowód na potencjał oraz wartość postmodernizmu. Patrzcie i uczcie się ci, którzy jedynie przetwarzacie dotychczasowe wytwory kultury! Tak to się robi z klasą!


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.