Kultura w dymkach

Dużo dobrego w jednym miejscu, czyli konwentowa ekstaza

Źródło grafiki: Kevin Dooley, https://www.flickr.com/photos/pagedooley/7580269426/
Spróbujcie znaleźć oddanego fana jakiegokolwiek elementu popkultury, który nie próbowałby wtrącać odniesień do swojej pasji na każdym kroku, który nie byłby gotowy do zażartej polemiki w każdych okolicznościach i który zazwyczaj bez problemu znajdywałby odzew czy choćby zrozumienie wśród zwykłych śmiertelników. Takich nawiedzonych geeków żyje wbrew pozorom wielu na świecie, a celem wszystkich, ich marzeniem i największą potrzebą serca jest podróż do mekki – Comic-Conu w San Diego.
Obecnie już chyba każdy słyszał o tej nieziemskiej imprezie, ale początki – jak to zwykle bywa – były skromne. Co najwyżej 300 wielbicieli komiksów spotkało się pod przewodnictwem innych wielbicieli komiksów w małej salce, gdzie oddawali hołd swemu ukochanemu medium. Niespełna pół wieku później to niemal kameralne spotkanie przerodziło się w olbrzymie wyzwanie logistyczne, wymagające ogromnych powierzchni, angażujące do różnorodnych zadań setki tysięcy ludzi i zdecydowanie wychodzące poza zainteresowanie jedną dziedziną sztuki. Teraz na Comic-Conie (nazwa pisana z dywizem zarezerwowana jest dla konwentu w San Diego, inne wersje, jak Comic Con, ComicCon, ComiCon, odnoszą się do innych imprez tego typu) spotkać można hard-fan geeków obok wielu bardzo przypadkowych osób, które po prostu chcą doświadczyć ekscytujących wrażeń na własnej skórze.
Kalifornijski konwent swoimi atrakcjami może skusić bowiem nie tylko pryszczatych wyrostków skrupulatnie kompletujących kolejne zeszyty komiksowe z nikomu nieznanym bohaterem, lecz także każdego, kto choć minimalną radość czerpie z obcowania z jakimkolwiek produktem kultury popularnej. Różnorodność propozycji i osób, do których są one kierowane, oraz zaraźliwą ekscytację towarzyszącą największej imprezie w San Diego doskonale oddaje film o znaczącym tytule Comic-Con Epizod IV: Fani kontratakują. Twórcy zbierają opinie i doświadczenia konwentowiczów i śledzą z kamerą kilku z nich. Wybrano osoby, które przyjechały na zlot w różnych celach. Mamy zatem dwóch rysowników: żołnierza osamotnionego w swojej fascynacji oraz fana, który miłość do komiksów ma zapisaną w genach; obaj liczą na recenzje przygotowanych portfolio i ewentualny angaż w wydawnictwie. Szczęścia szukają także artyści prezentujący swoje talenty w dziedzinie projektowania cosplay’owych strojów, oraz sprzedawcy komiksowych zeszytów, ze zgrozą przyglądający się zmianom w środowisku. Podglądamy również parę, której historia związku wiąże się z Comic-Conem i która z nim właśnie kojarzyć będzie wspomnienia o zaręczynach.

Źródło grafiki: William Tung, http://skroc.pl/8c256


Konwentowicze sami siebie nazywają plemieniem, na cztery dni wrzuconym do raju, w którym mogą dzielić się swymi fascynacjami, nawet jeśli dotyczą one zupełnie innych spraw. Przebywając bowiem tam, gdzie każdy wydaje się dziwny i mówi o dziwnych rzeczach, nie sposób doświadczyć wykluczenia czy niezrozumienia – wrażeń często wpisanych w codzienność takich indywiduów. Teraz, gdy na Comic-Conie komiksy obecne w nazwie nie stanowią już najważniejszego elementu, liczy się przede wszystkim pasja, z jaką traktuje się jakiś twór popkultury. I czy ktoś jest kolekcjonerem, który z zawiścią i żądzą krwi w oczach patrzy na innych kolekcjonerów, czy stoi dwa dni w kolejce, by dostać wymarzoną figurkę, czy przyjechał tam świętować miesiąc miodowy, spełniać artystyczne marzenia albo poznać ulubionego twórcę – wszystkich obecnych w San Diego łączy niezwykła więź i poczucie otrzymania nagrody za pozostawanie tak wielkim fanem. Atmosfera, przenikająca co roku do mediów i budząca zwierzęcą zazdrość wśród nieszczęśników oddzielonych oceanem od ekstatycznego wydarzenia, sama w sobie zasługuje na specjalne wyróżnienie.
Konwent podobno charakteryzuje się nawet swoistym zapachem – bynajmniej nie stron zadrukowanych kolorową farbą – a raczej spoconych tłumów oczekujących wybranych wydarzeń w kolosalnych kolejkach. Legendą stała się także trudność w zdobyciu biletów na imprezę, co doskonale oddano w jednym z odcinków Teorii Wielkiego Podrywu. Nic jednak nie może odstraszyć odpowiednio zmotywowanego fana. Szczególnie, jeśli ktoś oferuje mu liczne panele dyskusyjne, seminaria, warsztaty, prapremiery, recenzję portfolio, konkurs na kostiumy cosplay’owe, ceremonie przyznania nagród (np. Will Eisner Award), Festiwal Filmu Niezależnego, przestrzeń dla wystawców (w tym dla studiów filmowych i telewizyjnych oraz sprzedawców), autografy artystów czy Comic Arts Conference (spotkania dotyczące komiksu jako dziedziny sztuki, prowadzone przez naukowców i specjalistów). Wszystko to i jeszcze więcej zaspokaja potrzeby miłośników komiksu, literatury fantastycznej, filmów, seriali, gier komputerowych, karcianych i planszowych. Znajdą się rzecz jasna marudzące głosy tęskniące za pierwotną ideą dzielenia fascynacji historyjkami obrazkowymi, ale ich właściciele i tak nie odmówią sobie rozkoszy uczestniczenia w kolejnym święcie geeków. Aha, warto zaznaczyć, że „geek” w tym przypadku to nie tylko mieszkający u rodziców troll potrafiący wymienić wszystkich członków Avengersów w długiej historii Marvela, lecz także poważani przez szerokie grona twórcy z różnych dziedzin, jak (obecni we wspomnianym filmie) Kevin Smith, Guillermo del Toro, Seth Rogen, Eli Roth, Seth Green, Olivia Wilde czy niezastąpiony Stan Lee.


Oczywiście nie trzeba wybierać się na drugą półkulę, by zakosztować poczucia przynależności do grupy komiksowych freaków. Konwenty i festiwale organizuje się całym świecie, także i w naszym pięknym kraju (o czym wkrótce opowie Antoni Kaja). A jednak to właśnie Międzynarodowy Comic-Con w San Diego swoim rozmachem, atmosferą i różnorodnością przyspiesza bicie serca każdego fana, marzącego o wielkiej, geekowskiej podróży do raju, w którym na każdym kroku czekają go ekstatyczne doznania. Dla takich chwil zapewne warto znosić oznaki zniecierpliwienia na twarzach ofiar naszych fanowskich monologów i śnić, że owe ofiary zrzucają się na bilet lotniczy i wejściówkę na kalifornijski konwent, by pozbyć się namolnego natręta choć na kilka dni (nie to, że cokolwiek tutaj sugeruję).  

Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.