Kultura w dymkach

Głową i tuszem, czyli sztuka komiksu

Źródło grafiki: http://static.polityka.pl/_resource/res/path/ca/16/ca160671-68ee-4a7e-a9c2-494e3db66d69_260x
Znaleźliby się niestety tradycjonaliści, przekonani o niezachwianej przewadze literatury nad każdym innym artystycznym medium, którzy umniejszają znaczenie bohatera niniejszego tekstu. Całkiem niedawno ukuty termin „powieść graficzna” to dla nich zapewne czysta kpina, gdyż postrzegają historie w obrazkach jedynie jako miałką rozrywkę dla najmłodszych. Chciałbym, bardzo chciałbym, żeby z czasem takich opinii ubywało, bo są bardzo dalekie od prawdy.
Początki komiksu w dzisiejszym rozumieniu sięgają XIX-wiecznej prasy i obrazków humorystyczno-satyrycznych, często nacechowanych ideologicznie, choć w swej najbardziej znanej formie pełniły one raczej funkcję czysto rozrywkową. Oprawa wizualna nie miała wtedy jeszcze zbytniego znaczenia. Gdy patrzę na przejaskrawione barwy i uproszczone postaci z marvelowskich opowieści o superbohaterach czy komicznie wielkie onomatopeje typu „BOOM!”, „BANG!” etc., aż ciężko mi uwierzyć, jak bardzo się zmieniły się komiksowe środki wyrazu. Jestem natomiast w stanie zrozumieć, czemu kolekcjonerzy, spoglądający z rozrzewnieniem na stare egzemplarze cieniutkich zeszytów, mają niekiedy problem z uznaniem kolejnych stadiów ich ewolucji.

Z czasem ten kulturowy fenomen uległ szeregowi fascynujących zmian: pojawiły się nowe gatunki i odmiany tematyczne, albumy nabrały innego (czasem znacznie poważniejszego) wydźwięku i, co według mnie dość istotne, wykształcone zostały nowe techniki rysunku. Kolejne wielkie nazwiska niczym kamienie milowe znaczyły rozwój literatury obrazkowej – Will Eisner, Art Spiegelman, Allan Moore, Frank Miller... A to tylko giganci odsłony anglojęzycznej, bo przecież prężnie rozwijały się także komiks francusko-belgijski oraz manga, lecz jej należy się osobny artykuł.

Wróćmy jednak do strony graficznej. Historie w kadrach od zawsze stanowiły frapujący mariaż (mezalians, można by rzec) słowa oraz obrazu. Równowaga tych dwóch elementów chwieje się od czasu do czasu. Tekst wysuwa się na pierwszy plan, ale nie obejdzie się bez elementu wizualnego. Natomiast rysunki mogą się wybronić samodzielnie, ba! niekiedy rezultat jest o wiele lepszy. W dominacji elementu wizualnego od zawsze kryła się niesłychana siła oddziaływania, potencjał, który w rękach doświadczonego twórcy może zdziałać cuda.

W tym miejscu pragnąłbym się pochylić na dwoma aspektami rysunków komiksowych: szczegółem oraz zawartością. Wspomniałem o tym, że wcześniej detal był jedynie smaczkiem i nie wpływał zbytnio na całość. I tu nastąpiło odświeżające przewartościowanie priorytetów – dopracowanie tła stało się niesłychanie istotne, czasem nawet kosztem samego tekstu. Prace Jeana Girauda (znanego powszechnie jako Moebius), naszego rodaka Grzegorza Rosińskiego (szczególnie, kiedy zaczął malować – zamiast rysować – plansze do swej sztandarowej serii „Thorgal”) czy Andreasa Martensa (twórcy serii „Rork”, „Cromwell Stone” czy „Arq” – wszystkich wydanych w Polsce) zasłużyły na miano dzieł sztuki. Teraz odbiorca może nie tylko czytać powieść graficzną, lecz także ją podziwiać, doceniając kunszt i wkład autora.

Dowolność tematyki opowiadanej historii otworzyła scenarzystom, a także rysownikom nieskończoną liczbę drzwi. Wyobraźnia zerwała okowy i uwolniła prawdziwą powódź genialnych pomysłów. Praktycznie każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie pośród całego mrowia powstałych do tej pory dzieł. A najlepsze jest to, że – do tej pory marginalizowana problematyka stała się osnową przygód fikcyjnych bohaterów. Uruchomiono konteksty filozoficzne. Komiks stał się prawdziwie ambitny! Dotyka realnych, codziennych problemów, proponuje ich rozwiązania, krytykuje niewłaściwe postawy, angażuje... wciąż dostarczając przy tym rozrywki.

Jesteśmy świadkami jedynego w swoim rodzaju zjawiska – formuła owocu ludzkiego talentu oraz wyobraźni, zamiast stopniowo się wyczerpywać, jest bezustannie wzbogacana. Dla przykładu, Allan Moore wprowadził ostatnio do swojej „Ligii Niezwykłych Dżentelmenów” technologię 3D. Jest tutaj miejsce na ciągłe eksperymenty, szczyptę szaleństwa, słowem: wyzywającą odwagę w procesie kreacji.

Świat zaczął to dostrzegać. Komiks zyskuje na znaczeniu, staje się równoprawnym artystycznym medium. Coraz częściej szuka w nim inspiracji film. Coraz więcej albumów pojawia się w – także polskich – księgarniach. Tłumacze chcą przekładać co głośniejsze pozycje. Jest tylko jeden kłopot: przerażająco wysoka cena, ale płacimy w końcu za podwójną dawkę wrażeń.

Myślę, że to moment najlepszy z możliwych, aby zapoznać się z tym kulturowym zjawiskiem. Razem z Magdą Pawłowską postaramy się przybliżyć wam różne jego aspekty. Odpowiemy na parę pytań, które mogły się narodzić podczas lektury tego tekstu, zanalizujemy dominujące motywy fabularne, przyjrzymy się ekranizacjom, zajrzymy na ważniejsze festiwale, no i zgłębimy tajniki pracy znanych rysowników. Mamy nadzieję, że temat wzbudzi wasze zaciekawienie, może nawet wywoła mile widzianą dyskusję. To początek naszej wspólnej podróży.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.