Imaginacje&Inspiracje

Rzeczywistość ma warstwy

Za polską fantastyką kryje się wiele więcej niż stary wyga Andrzej Sapkowski i jego „Saga o wiedźminie”. Polskie science fiction nie umarło wraz ze śmiercią Stanisława Lema oraz Janusza A. Zajdla. Bynajmniej. Możemy się poszczycić silną grupą wyjątkowych twórców, którzy może jeszcze nie zostali docenieni na skalę światową, ale stanowczo na to zasługują.
Wymienię kilka co istotniejszych nazwisk: Jacek Dukaj, Jarosław Grzędowicz, Robert M. Wegner, Anna Kańtoch. Oczywiście do tej listy możecie dodać własnych faworytów. Za istotne uważam jednak to, że nasza krajowa proza ma naprawdę wiele do powiedzenia: Dukaj głośnym „Lodem”, Grzędowicz niesamowitym czteroksięgiem „Pan Lodowego Ogrodu”, Wagner „Opowieściami z meekhańskiego pogranicza”, Kańtoch zaś imponującą trylogią „Przedksiężycowi” (jej zwieńczenie zagościło na półkach księgarni szóstego grudnia bieżącego roku).

Mawia się, że fabuły książek sporo mówią nie tylko o osobach, których wyobraźnia je zrodziła, lecz także o czasach, w których powstały: ich bolączkach, naturze, moralności... Stanowią zbeletryzowany i zgrabnie ubrany w fikcyjne szaty obraz realiów – takich, jakimi widział je autor. W końcu to życie nazywamy najlepszym źródłem inspiracji. Nie wiem, na ile prawdziwe jest to założenie, jednak to w fantastycznonaukowym cyklu Kańtoch – kilkakrotnej laureatki Nagrody im. Janusza A. Zajdla (najbardziej prestiżowego wyróżnienia polskiego fandomu) – mogę szczególnie dostrzec gorzkie odzwierciedlenie widocznych obecnie tendencji, w dodatkowo zwielokrotnionej postaci.

Zacznijmy od tego, że nie tylko ogry mają warstwy. Ma je również rzeczywistość. A przynajmniej barwne miasto Lunapolis, które jest w gruncie rzeczy głównym bohaterem „Przedksiężycowych”. To odrębny ekosystem, świat niezwykłych zależności, sprzeczności; poniekąd piękny, ale i zepsuty do cna. Powinienem jednak raczej powiedzieć, że ta położona najwyżej metropolia jest właśnie taka, gdyż wszystkie pozostałe stanowią żywy obraz entropii oraz wszechobecnego rozkładu.

Tak naprawdę istnieje niezliczona rzesza przeszłych Lunapolis, odrzuconych w procesie wiecznego doskonalenia i pozostawionych na łasce praw chaosu daleko w tyle. A wszystko po to, żeby wybrańcy mogli w przyszłości doświadczyć zaszczytu Przebudzenia.

Reżyserami widowiska są tytułowe istoty, wszechpotężne, żyjące na dnie tajemniczej Studni. Jakie zasady obowiązują w grze? Właściwie jedna – każdy dąży do absolutnej perfekcji. Czy jesteś artystą, czy zabójcą, czy kimkolwiek innym, aby przetrwać Skok, musisz stać się istotą doskonałą choćby w jednym aspekcie. Dlatego też popularne są praktyki genetycznej modyfikacji – w ich ramach tworzy się dzieci, które będą miały największe szanse na przetrwanie. A i to może nie wystarczyć. Dodatkowo czas to pieniądz, gdyż nieustannie produkowane są coraz to wymyślniejsze wynalazki i każdy z nich może być kolejnym trybem uruchamiającym machinę selekcji. No ale czym jest Skok? To ten moment, gdy świat idzie do przodu (dosłownie), a ty albo za nim podążasz, albo zostajesz w tyle.

I powiedzcie mi, że niczego wam to nie przypomina. Czyż kult ideału nie panuje już teraz? By zaistnieć w świecie mody czy show-biznesu kobieta powinna być piękna, młoda i najlepiej mieć talię osy (tak, tak, wiem, że następują zmiany, ale to proces długotrwały). By osiągnąć sukces, powinno się znać przynajmniej trzy języki, posiadać parę dyplomów, którymi można zamachać pracodawcy przed nosem, być kreatywnym, ambitnym, asertywnym, dyspozycyjnym, przebojowym, wyjątkowym... albo wręcz przeciwnie: osiągnąć maestrię w pozostawaniu w cieniu, wykonywaniu poleceń, wpasowywaniu się w schemat. Świat XXI wieku to świat parcia na szkło, wymagań, agresywnej rywalizacji. Świat, w którym liczy się amerykańska zasada „więcej, mocniej, szybciej”. Dopóki pozostajesz w grze, wszystkie ruchy są dozwolone: używki, wspomagacze, sex, drugs & rock‘n’roll. Trzeba się dostosować do rytmu zmian albo, no właśnie – albo zostanie się w tyle.

I tym, co różni współczesną Ziemię od Lunapolis, jest fakt, że nie możemy ujrzeć na własne oczy stopniowej zagłady tego, co było. A szkoda, bo może tak przerażające starcie z dowodem na bezwzględne prawo odwiecznego biegu rzeczy skłoniłoby nas do zadania sobie pytania: dokąd to wszystko zmierza? Dokąd ja sam zmierzam? Mieszkańcy fikcyjnego miasta Kańtoch wierzą w utopijną wizję przyszłej Arkadii, gdzie nie ma miejsca na jakiekolwiek niedoskonałości. A my w co wierzymy? Odnoszę wrażenie (nie wiem, czy się ze mną zgodzicie), że rzeczywistość wokół zdaje się pędzić szaleńczo i na złamanie karku donikąd, bez dalekosiężnego celu, bez pomysłu, jedynie po to, by nie stać w miejscu, a może nawet uciec od jakże ważkich problemów. Pozostawiliśmy za sobą złowrogie widmo wojen (a i to nie do końca, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia na Ukrainie), stajemy się świadkami wielkiego postępu technologicznego, sięgamy ku gwiazdom. Czy to nie aby pusta ambicja? A na myśl o końcu świata ludzie reagują śmiechem, no bo jakżeby inaczej? Przecież to niemożliwe. Jest za wcześnie. Tyle rzeczy przed nami: loterie do wygrania, sukcesy, awanse, nagrody, zakupy, pieniądze, pieniądze, pieniądze... Nie ma czasu na myśli o prawości, o wierze, o raju, o cnocie. Świat doczesny idzie do przodu, trzeba za nim nadążyć.

Właśnie dlatego warto zwrócić uwagę na cykl „Przedksiężycowi” – ponieważ istotniejszy od maestrii językowej, inteligentnej fabuły oraz imponujących opisów jest sam koncept. Groteskowa metropolia staje się bolesną metaforą współczesnych realiów, w których wszystko musi być jak najdoskonalsze, ale w gruncie rzeczy poszczególne elementy ze sobą nie współgrają (nie muszą zresztą). Wszystko to doprawiono dodatkowo szczyptą dekadencji – w końcu na co ludziom moralność, skoro w każdej chwili mogą zostać w tyle? Trzeba tylko nie dać się złapać. Te wnioski powinny dać nam do myślenia, tym razem to literatura mogłaby stać się inspiracją do działania.

Lecz jeśli nic się nie zmieni, to mam naprawdę wielką nadzieję, że pozostanie nam chociaż ta kotwica etyki, bo wbrew pozorom nie ciągnie nas ona na dno, lecz utrzymuje w miejscu, podczas gdy wszystko wokół gna w nieznane na złamanie karku. I może się wydawać, że jestem raczej fatalistą, ale po prawdzie staram się wierzyć, że może z czasem całość nabierze więcej sensu, że istnieje szansa na przetrwanie indywidualizmu, że ten przerażający wyścig szczurów to tylko jedna z warstw. I kiedy już ją odrzucimy niczym skórę cebuli, to towarzyszyć temu będą łzy radości oraz ulgi.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.