Popkulturowy bestiariusz

Draco vulgaris

Co ma cztery łapy, potężne, łuskowate cielsko, błoniaste skrzydła i zieje ogniem? Odpowiedź jest dość oczywista: mowa o smoku, sztandarowym bohaterze (a raczej antybohaterze) fantastycznych opowieści.
A przynajmniej tak przedstawia się go w jego najbardziej klasycznej postaci (w naszym kręgu kulturowym, rzecz jasna) – jako groźną istotę, chciwą, podstępną, dziką bestię, gromadzącą bogactwa i prześladującą prosty lud. Potężne gady miały za zadanie przede wszystkim siać grozę, a następnie dać się zaszlachtować dzielnym wojownikom. Stanowiły wtedy symbol zła oraz nieprawości, a w chrześcijaństwie – samego szatana.




I właśnie z tą postacią potwora niszczyciela mamy najczęściej do czynienia w kulturze – od Fafnira z Pierścienia Nibelungów przez legendę o świętym Jerzym, Tristana i Izoldę, Beowulfa, dumnego Smauga i Chrysophylaxa z opowiadania Tolkiena Rudy Dżil i jego pies po całe mnóstwo bohaterów mniej znaczących książek oraz opowiadań. Zbliżone wyglądem, choć o wiele inteligentniejsze są smoki z Ziemiomorza Ursuli Le Guin czy dobroduszny protagonista Ostatniego smoka, któremu podkładał głos sam Sean Connery.

Całkiem niedawno doszło do trwałego ocieplenia wizerunku latających gadów, nim jednak do tego dojdziemy, warto przyjrzeć się historii motywu oraz jego kulturowemu zróżnicowaniu.

Artur Szrejter, autor m.in. Bestiariusza germańskiego, dopatruje się jego źródeł w mitologii germańskiej. Trzy ogromne węże: Grafwitnir (podgryzający korzenie Yggdrasila), Jormungand (spoczywający na dnie morza), a także Nidhogg (pożeracz ciał umarłych)wraz z tak zwanymi wormami z lokalnych opowieści zdają się stanowić kolejne etapy rozwoju koncepcji smoka[1]. Do tych prapoczątków nawiązuje chociażby bazyliszek z drugiej części Harry’ego Pottera.




W Grecji smoki pełniły raczej funkcję strażników – z jednym musiał zmierzyć się Herkules, próbując zdobyć złote jabłko z ogrodu Hesperyd, z innym Jazon, starając się dotrzeć do złotego runa. Kolejny z mitów głosił, iż ze smoczych zębów wyrastali waleczni wojownicy. Dwa ostatnie pomysły zostały zresztą wykorzystane w miniserialu Jazon i Argonauci emitowanym przez Hallmark w 2000 roku.

Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja na Wschodzie. Tam latające monstra zyskały sobie status swoistych bóstw natury ze względu na kontrolę, którą sprawowały, podług miejscowych wierzeń, nad siłami przyrody – zsyłały deszcz, panowały nad rzekami i oceanami, powodowały burze i zmianę pór roku. Postrzegano je także jako symbol władzy oraz pomyślności. Tych stworzeń – swoją drogą bardziej wężowatych niż w kulturze europejskiej – nie cechowała bynajmniej agresja względem człowieka, były kapryśne i humorzaste, lecz zdarzało im się służyć pomocą i radą, gdyż mogły się poszczycić wielką mądrością. Echa takiego ich postrzegania odnajdziemy w Mulan w postaci Muszu, będącego głosem rozsądku bohaterki, Spirited Away Hayao Miyazakiego (obrazek poniżej), a także Niekończącej się historii i jej filmowej adaptacji, gdzie dzielny Atreju dosiada futrzastego smoka szczęścia, Fuchura/Falkora, któremu uratował życie.




Na ogół są to jednak istoty cielesne, choć i od tej reguły zdarzają się wyjątki. W swojej monumentalnej trylogii Fionnavarski gobelin Guy Gavriel Kay opisał stworzenie w całości zbudowane z kryształu. Pomysł rozwinęły chociażby gry w rodzaju Heroes of Might and Magic. Tak narodziły się bestie z ognia, metalu, a także ich ożywione szkielety.

Innym ciekawym przykładem smoka jest Jabberwocky z filmu Terry’ego Gilliama, luźno powiązany z wierszem Lewisa Carrolla. Przypomina on „menela z podartymi skrzydłami, wychudzonego kloszarda”[2], dzięki czemu stanowi świetną parodię swoich zwyczajnych krewniaków.

Humorystyczny sposób prezentacji przerażających monstrów wiąże się z tendencją do ich oswajania. W taki właśnie sposób Edith Nesbit przystosowała dla młodszego czytelnika swoją przezabawną Księgę smoków, która aż roi się od intertekstualnych nawiązań do wspomnianych już idei. Jednak to dopiero początek procesu. Jest w człowieku jakaś pierwotna potrzeba podporządkowania sobie wszystkiego, co tylko możliwe, ostatecznej dominacji. Nic dziwnego, że i latające gadziny padły ofiarą tej ambicji – zostały udomowione, czy też raczej wytresowane. Motyw ich ujeżdżania zyskał ostatnimi czasy na popularności, głównie za sprawą Dziedzictwa Christophera Paoliniego, ale ten cykl nie jest jedynym wartym uwagi dziełem, gdzie udatnie go wprowadzono. Znaczący tytuł Smoczy jeździec nosi niezwykle sympatyczna powieść Cornelii Funke. Zmyślnie łączy historie oraz fikcję cykl Naomi Novik Temeraire o Angliku Lawrensie walczącym w wojnach napoleońskich, dosiadającym tytułowego stworzenia (ósmy tom niebawem w Polsce).

Najbardziej jednak wyróżnia się z tłumu seria Cressidy Cowell Jak wytresować sobie smoka wraz z animowaną adaptacją. Cykl książkowy bardziej skrzy się od, czasem niewybrednego, humoru, a film nieco różni się od niego fabułą, lecz obie wersje łączy jeden atut: ogromne zróżnicowanie i pomysłowość w kreacji gatunków. Pełna ciepła opowieść o przyjaźni chłopca nieudacznika ze smokiem była chyba skazana na sukces, a cudowna oprawa wizualna tylko potwierdza słuszność decyzji o stworzeniu kolejnych filmów oraz serialu (do tej pory powstały dwie jego serie). Wszystkie te produkcje stanowią prawdziwą gratkę dla miłośników skrzydlatych jaszczurek.




Popularność smoków na papierze oraz ekranie jak dotąd nie maleje, całkiem możliwe, że będą nam towarzyszyć już zawsze. Tym bardziej cieszy każda odmiana w sposobie ich prezentacji. Hit Dreamworksa stanowi jeden z ciekawszych i bardziej obiecujących pomysłów. Z drugiej jednak strony, jak pokazuje Hobbit: Pustkowie Smauga, złośliwe ogniomioty zawsze będą wzbudzać spore emocje, zwłaszcza gdy mówią głosem Benedicta Cumberbatcha i wprost nieprzyzwoicie pysznią się własną potęgą.




[1] A. Szrejter, Smoki niebanalne [w:] „Nowa Fantastyka” 2012, nr 2, s. 8–9.
[2] Tamże.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.