Imaginacje&Inspiracje

1001 zwariowanych wyspiarskich opowieści

Źródło grafiki: http://blogs.independent.co.uk/wp-content/uploads/2013/01/utopia-blogs.jpg
Wielka Brytania to kraj, któremu zawdzięczamy legendy arturiańskie, Alicję w Krainie Czarów, Sherlocka Holmesa, Jamesa Bonda oraz Harry’ego Pottera. Po nim grasował Jaś Fasola, chodząca katastrofa, tam powstała grupa komików, znanych na całym świecie jako Latający Cyrk Monty Pythona, a w murach siedziby BBC narodził się kosmita o dwóch sercach i (na razie) dwunastu obliczach, który chyba jeszcze długo będzie przemierzać czas i przestrzeń w swoim statku w kształcie starej policyjnej budki telefonicznej.
Wyspy Brytyjskie stanowią kolebkę całego mnóstwa niezwykłych produkcji, z których praktycznie każda jest inna, wyjątkowa, z jakiegoś powodu warta uwagi. Wszystko dlatego, że z pozoru arcyflegmatyczni Brytyjczycy mają zupełnie inne podejście do otaczającej nas rzeczywistości: anglocentryczne, zabarwione charakterystycznym poczuciem humoru, zakorzenione w kulturze pełnej paradoksów, wyzute z wszelkich skrupułów, niepokorne, a przez to szalenie ożywcze.

Ich telewizyjny dorobek jest tak bogaty i zróżnicowany, że ciężko mi było dokonać ścisłej selekcji. Ostatecznie postanowiłem pominąć seriale powszechnie znane (Sherlock i Doktor Who Stevena Moffata, Downton Abbey), omawiane już szerzej Przygody MerlinaBohater wcale nie z przypadku, MisfitsSuperbohaterowie wyklęci, Hotel Babylon 50 shades of hotel), a także stanowiące klasyczne adaptacje literackie (miniserie na podstawie książek Jane Austen, fenomenalnego Poirota z Davidem Suchetem). W niniejszym tekście poznacie zatem głównie historie dość niszowe, często wielce specyficzne, nieco zapomniane, cieszące się poważaniem zazwyczaj jedynie w kręgach „nerdów”, a zupełnie niesłusznie. Zaczniemy mniej więcej chronologicznie, a potem… się zobaczy.

Zapewne niewielu z Was wie, iż także kraj herbaty posiada własne Archiwum X. Kojarzycie imiona John Steed i Emma Peel? Sceptyczka i wierzący. Ona wyposażona w swój niezawodny pistolet, on – w podbite metalem nakrycie głowy. Razem w serialu Rewolwer i melonik (w oryginale The Avengers) prowadzili prywatne biuro detektywistyczne, w którym zajmowali się niewytłumaczalnymi sprawami, zgłębiali tajemnice ponadnaturalnych, zdałoby się, zjawisk, zmagali się z gigantycznymi mięsożernymi roślinami, maniakami, sennymi wizjami… Wszystko to w wyjątkowej, przygodowo-kryminalnej atmosferze, momentami humorystycznej, ale i poważnej oprawie. To rozrywka na miarę czasów, których sięgają wspomniane już perypetie właściciela TARDIS (lata 60.), jeszcze zanim John Cleese i s-ka zaserwowali widzom czysty absurd, purnonsens przy akompaniamencie smoliście czarnego humoru i okazjonalnie niewybrednej satyry. Próbowano potem wskrzesić tę perełkę wśród opowieści niesamowitych, przenosząc ją na duży ekran, ale nawet obecność Ralpha Fiennesa, Umy Thurman oraz Seana Connery’ego nie pomogła w przywróceniu tej historii dawnego czaru. Co ciekawe, w Polsce wyemitowano jedynie odcinki ze środkowych sezonów serialu (czwartego – jeszcze czarno-białego – i piątego), zaliczane powszechnie do najlepszych.

Sitcom, gatunek tak bardzo popularny w Ameryce, także przybył z Wysp, z tym że sitcomy brytyjskie mają bardziej niepokorny, prześmiewczy charakter. To często zaprawione niewybredną kpiną cięte satyry na czasy historyczne (Czarna żmija z Rowanem Atkinsonem, kultowe ‘Allo, ‘Allo!), różne środowiska (pierwowzór pseudodokumentu Biuro), warstwy wyższe (Pan wzywał, milordzie? czy Co ludzie powiedzą?) bądź społeczeństwo w szerszym pojęciu (przyjemne Spaced o ludziach, którzy udają parę, żeby dostać mieszkanie). Brytyjczycy ze swobodą, która aż budzi podziw, obrażają uczucia religijne (Upadła Madonna z wielkim cycem), znienawidzonych Francuzów, ale też samych siebie, swoją zaściankowość, wyniosłość, dzięki czemu ukazują wprost niesamowity dystans do własnych wad. Humor obecny w tych produkcjach jest częstokroć, podobnie jak w Latającym Cyrku, raczej wisielczy, chwilami na granicy dobrego smaku, ale mimo to, a może właśnie z tego powodu, ciężko się podczas oglądania nie roześmiać.

Jednym z ciekawszych seriali tego rodzaju jest Liga Dżentelmenów. O jego wyjątkowości świadczą dwie rzeczy – po pierwsze: ciężko gdziekolwiek indziej znaleźć podobną bandę odrażających, ale zarazem komicznych zdeprawowanych indywiduów, po drugie: większość ról odgrywają zaledwie trzej aktorzy (Mark Gatiss, Steve Pemberton oraz Reece Shearsmith), a wynik ich pracy to niekłamany dowód ich ponadprzeciętnego talentu. Dzięki nim miasteczko Royston Vasey, gdzie taksówkę prowadzi gadatliwy transwestyta, bezrobotni są uwięzieni na niekończącym się szkoleniu, a para prowadząca sklepik na obrzeżach morduje przybyszy z zewnątrz, trwale zapisało się w angielskiej kulturze. Cieszy to, że nie poprzestali na jednym projekcie, bo Psychoville (zakończone, niestety, zaledwie po dwóch sezonach) to jeszcze cudowniejsza galeria szaleńców oraz solidna dawka wszechobecnego absurdu.

Brytyjczycy nie ograniczają się bynajmniej do naszej rzeczywistości, udowodnili, że dobrą scenerią dla komedii może być również… przestrzeń kosmiczna! Bardzo popularny w kręgach fanów science fiction długowieczny Czerwony Karzeł (stacja co rusz przywraca go na antenę, niebawem 11. seria) opowiada o zabawnych perypetiach jedynych ocalałych na tytułowym statku: sympatycznego mechanika niezguły z dredami, marudnego hologramu, na którego czole widnieje duża litera H i który próbuje zaprowadzić porządek na pokładzie, oraz zmutowanego humanoidalnego kota, który lubuje się w dobrych ubraniach i notorycznie podziwia się w lustrze. Co prawda przestarzałe efekty specjalne wołają o pomstę do nieba, a z poziomem odcinków bywa różnie, ma jednak ta historia jakiś nieodparty urok, a przy tym jej twórcy żonglują znanymi kliszami gatunkowymi, dzięki czemu wciąż zapewniają widzom przyjemną rozrywkę.

BBC z pewnością lubi dziwaków – od ekscentrycznego rezydenta Baker Street przez antypatycznych księgarzy (Księgarnia Black Books) po odrealnionych informatyków. To o nich, ich nieporadnych próbach funkcjonowania w społeczeństwie, ale też o pewnych współczesnych zjawiskach (takich jak sztuki o homoseksualistach, uzależnienie od Facebooka i wiele innych) opowiadają Technicy-magicy. W tym przerysowanym świecie można wylecieć z pracy za stresowanie się, szefową działu informatycznego może zostać kobieta, która nie ma o informatyce zielonego pojęcia, w sieci Niemiec kanibal poszukuje chętnych do pożarcia, a ludzie są skłonni uwierzyć, że cały internet mieści się w pudełku. I jedynie mimochodem, między wierszami, nie szczędząc ironii, twórcy pokazują, jaki tak naprawdę jest ten nasz współczesny świat. Ta zdolność przemycenia mądrości pośród śmiechu z offu to kolejne, co wyróżnia na plus wyspiarskie produkcje.

A żeby zachować polityczną poprawność i uczynić zadość mniejszościom seksualnym, wypada również wspomnieć o zeszłorocznym Vicious, pełna ciętej ironii opowieść o dwóch zgryźliwych tetrykach, w zgrabny sposób nawiązująca do dawnych sitcomów. Wspominałem Wam już, że w rolach głównych zobaczyć można dwóch szekspirowskich gigantów: sir Dereka Jacobiego oraz Iana McKellena? Już to powinno starczyć za zachętę do oglądania.

Wyrwijmy się jednak z krainy komedii i przejdźmy do chyba najlepszego i najbardziej interesującego z omawianych przeze mnie telewizyjnych projektów: Czarnego lustra. W tym niepochlebnym zwierciadle odbijają się, skryte pod płaszczykiem futurystycznej fikcji, możliwe konsekwencje rozwoju technologicznego, a także jego wpływ na ludzkość, i to bynajmniej nie pozytywny. Sześć długich odcinków zebranych w dwie serie nawiązuje do różnych gatunków filmowych, ale wzbogaca je o coś więcej, o iskrę geniuszu obecną niemalże w każdej z opowieści. Ten cykl, bezpardonowo ukazujący społeczeństwo naszych czasów, to dowód na serialową wyższość Brytyjczyków, do którego poznania zachęcam Was szczególnie gorąco!

Na koniec dwa bliskie memu sercu kurioza. Anglicy bardzo upodobali sobie dinozaury i inne prehistoryczne stwory, co bardzo mnie raduje, gdyż gdyby nie to, nie powstałyby fabularyzowany dokument Wędrówki z dinozaurami i jego duchowe kontynuacje (w tym ciekawa Dzika przyszłość –spekulacja na temat przyszłego obrazu Ziemi), a także Primeval (znany również jako Siły pierwotne). Fabuła jest cudownie przekombinowana: w różnych częściach Wielkiej Brytanii otwierają się portale do przeszłości (i nie tylko), i wyłażą z nich (na ogół wymarłe) istoty, które sieją ogólny zamęt, rząd formuje więc specjalną jednostkę pełnych zaangażowania cywilów, m.in. specjalistów w dziedzinie archeologii i biologii istot żywych, aby poradziła sobie z tym problemem. Do tego dochodzą tajemnice, knowania, nagłe zwroty akcji, bohaterowie budzący sympatię, szokujące zgony… A kto nie widział spinozaura i tyranozaura na ulicach Londynu, naprawdę ma czego żałować! Ta produkcja jest tym, czym dla kina rozrywkowego Pacific Rim – czystą przyjemnością, dodajmy: paradoksalnie bardziej sensowną. Zyskała też sobie na tyle wierną grupę miłośników, że jej żywot zakończył się dopiero z piątym sezonem. Powstał nawet amerykański spin-off, liczył jednak tylko trzynaście odcinków.

W tym miesiącu powraca także zakręcona Utopia, która przed rokiem zaskoczyła odjechaną atmosferą, podkreśloną przez intensywne barwy otoczenia (żółcienie, czerwienie itp.), łącząca surrealistyczny komiks, psychopatyczny duet morderców, teorie spiskowe, neonazistów ukrywających się w Wielkiej Brytanii, zarazę i wiele innych składników, które, wydawałoby się, trudno połączyć w cokolwiek strawnego. Dawno nie oglądałem czegoś równie dziwacznego, a zarazem niepojęcie fascynującego. Jeśli ktoś z Was ma odwagę dać się porwać irracjonalności, zapraszam bardzo serdecznie!

Dręczy mnie tylko jedne pytanie: dlaczego Brytyjczycy ignorują to, że Amerykanie wszystko od nich ściągają, czego wynikiem są zazwyczaj mierne podróbki oryginału, a co więcej, sami starają się na siłę zmieniać swoje seriale, dążąc do iście hollywoodzkiego stylu czy rozmachu? Przecież ich dzieła są wyśmienite właśnie ze względu na mały budżet, lokalny koloryt i stempel kulturowy; nie potrzebują żadnych udoskonaleń. Sami się o tym przekonacie, jeśli sięgniecie po którekolwiek z nich.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.