Popkulturowy bestiariusz

Animorpha

Ludzkie postaci o cechach zwierzęcych (lub zwierzęce sylwetki obdarzone ludzką fizys, zależy jak na to spojrzeć) – motyw ten nie należy do specjalnie nowych. Wręcz przeciwnie, stanowi jeden z najstarszych w kulturze. Początkowo istniały pierwotne wierzenia animalistyczne, potem nadszedł czas egipskich bóstw o obliczach świętych stworzeń. Prawdopodobnie podobne praktyki brały się w dużej mierze z pełnego bojaźni szacunku do nieokiełznanej natury, która zdawała się posiadać przerażającą moc oraz własną duszę. Dopiero dużo później zabiegu antropomorfizacji zaczęto używać w bardziej przyziemnym celu: aby opowiadać bajki.
Począwszy od greckiego niewolnika Ezopa, tradycja opowieści o uczłowieczonych zwierzętach nie traciła na popularności. Główną przyczyną tego stanu rzeczy była towarzysząca mu możliwość satyrycznego podkreślenia ludzkich wad czy – szerzej: cech, symbolizowanych przez poszczególne gatunki. I tak lis stał się synonimem chytrości, osioł uporu, baranek łagodności, pies wierności etc. Owe pouczające historie przemawiały do młodszego odbiorcy za pośrednictwem swych bohaterów, niosąc przy tym głębsze przesłanie. Niezależnie jednak od tego, czy ich autorem był La Fontaine, Krasicki czy Mickiewicz, nie przekraczały one (w przeciwieństwie do swych krewniaków – baśni) pewnych granic. Ta sytuacja miała się w przyszłości zmienić.



Nową ścieżkę motywu zapoczątkował Orwellowski Folwark zwierzęcy. W tej krótkiej (choć niezwykle znaczącej) powieści zwierzęta przejmujące rolę ich niedoszłych właścicieli przestały być ironicznie przedstawionymi figurami wzbudzającymi często śmiech. Zaczęły się zachowywać w niepokojąco znajomy sposób, a ich działaniami zaczęły rządzić jakże człowiecze instynkty (niestety te najpodlejsze). Knur Napoleon, despotyczny bohater książki, zaprowadza stopniowo pośród nowo wytworzonej społeczności własne porządki, decydując z czasem także o życiu i śmierci swoich poddanych. Relacja z powstania i upadku niesamowitej wiejskiej republiki to przy tym otwarta krytyka rzeczywistości oraz przestroga przed komunizmem. Wraz z nieco swobodną animowaną ekranizacją dzieła autora Roku 1984 (1954 rok), która wzbudziła szok i wywołała skandal (nieopatrznie zabierano na nią dzieci), przygoda antropomorfizowanych stworzeń rozpoczęła się również na dużym ekranie.

O, tak. Zwierzęta o ludzkich kształtach przestały przypominać swoich dzikich odpowiedników, stały się natomiast bardziej złożone charakterologicznie, niepokorne, słowem – coraz bardziej przypominały nas samych. W Ameryce lat 60. w swej rozwiązłości przodował Fritz – zdemoralizowany kot undergroundowego komiksu. Seks, przemoc, używki, a także bunt we wszelkich jego przejawach (choć szczególnie to pierwsze) miały odzwierciedlać charakter epoki rewolucji seksualnej. Na fali swej popularności rozwiązły protagonista, zaciągający do łóżka każdą chętną kobietę napotkaną na drodze (a niechętne posiadając wbrew ich woli), wkroczył dwukrotnie na ekrany kin, najpierw w 1972 roku, a potem – dwa lata później. Nie dziwi fakt, że pierwszy z nich był pierwszą produkcją animowaną, która otrzymała najwyższą kategorię wiekową. Futrzasty bon vivant skończył jednak kiepsko – zamordowała go była dziewczyna, a za narzędzie mordu posłużył kolec do lodu.



Połączenie komiksu i uczłowieczonych zwierzaków okazało się zaskakująco dobrym mariażem. Dowodem na to jest chociażby wybitny (lecz swego czasu kontrowersyjny) Maus Arta Spiegelmana. W tej poruszającej do głębi autobiograficznej opowieści o wojnie oraz holokauście artysta zdecydował się przedstawić poszczególne nacje jako odmienne gatunki. Żydzi są tu  tytułowymi myszami; prześladują je oczywiście nazistowskie koty, w tle przewijają się żaby znad Sekwany, a Polacy – według wielu krytyków przedstawieni w krzywdzący sposób (choć autor zaznacza, że nie takie było jego zamierzenie) – przybierają postać świń. Autor na czarno-białych kadrach przywołuje najokrutniejsze oblicze tamtego okresu, porusza wiele znaczących problemów, dzieli się refleksją na temat człowieczeństwa, przez oblicza bohaterów tym bardziej uderzającą. Wszystko to zaś przez pryzmat zdarzeń, które dotykają go osobiście, gdyż tyczą się jego własnej rodziny. Spiegelman rezygnuje z prywatności powojennej traumy, aby jakże niezapomnianym dziełem podzielić się ze światem. Co ciekawe, ten niesłychanie ważny komiks dotarł do naszego kraju dopiero w roku 2001.



Maus udowodnił, że zabieg antropomorfizacji może służyć do dotykania prawdziwie istotnych tematów, lecz podobnych pozycji nie znalazłoby się wiele. Czyżby wina leżała po stronie bardziej rozrywkowej natury czasów, w których żyjemy? Dla gadających zwierząt znalazło się jednak miejsce w graficznym czarnym kryminale. Tym razem ojcowie wielokrotnie nagradzanej serii to Francuzi hiszpańskiego pochodzenia. Powołali oni do życia charyzmatycznego czarnego kota, prywatnego detektywa Johna Blacksada, tytułowego protagonistę. Nowy Jork z kart tej publikacji to miasto zbrodni i zepsucia, wytworzony klimat jest niezaprzeczalnie mroczny, a fabuły są nieprzewidywalne. Dlatego też cykl od wielu lat cieszy się niesłabnącą popularnością i doczekał się pięciu odsłon.

Niedawno (w tym roku) miała miejsce premiera nowej intrygującej serii stacji Netflix (to ta, która udostępnia od razu całe sezony). BoJack Horseman, bo tak brzmi jej tytuł, jest wart uwagi z paru przyczyn. I nie chodzi tu bynajmniej o udział gwiazdy Breaking Bad Aarona Paula, podkładającego głos pod postać współlokatora głównego bohatera. Produkcję wyróżnia niesamowicie cięty, trafny humor. To jedna wielka satyra na Amerykę, jej dziwactwa, słabostki, przemysł filmowy, telewizję – dostaje się praktycznie każdemu. Humor, choć momentami przekracza granice dobrego smaku, pozostaje cudownie bezkompromisowy, a większość żartów jest nadzwyczaj inteligentna. Los Angeles w krzywym zwierciadle zamieszkują osobniki, których natura w znacznej mierze stanowi dodatkowy dowcip albo w każdej chwili może się takowym stać. Do moich ulubionych zagrań tego rodzaju należy chyba nadanie żołnierzowi z Komando Foki postaci... no, właśnie foki (!), fenomenalny okazuje się też pingwin z wydawnictwa Penguin Books czy prominentny reżyser Quentin Tarantello. W tle przewijają się, rzecz jasna, także prawdziwi celebryci. Najważniejszy jest jednak skończony gwiazdor o głowie konia, z którego perspektywy oglądamy ten szalony świat. BoJack od dłuższego czasu jedzie na aktorskiej reputacji z lat 90., kiedy to występował w popularnym sitcomie. Kolejne porażki topi w strugach alkoholu, a gorycze dnia codziennego osładza przypadkowym seksem. Naglony jednak coraz to bardziej pogarszającą się sytuacją, pewnego dnia postanawia powrócić na arenę za pomocą własnej biografii. Sęk w tym, że  ma problem z jej napisaniem... Horseman zachowuje się niczym bohater Californication z Davidem Duchovnym w roli głównej – to zniszczony, zagubiony, zakompleksiony, zdemoralizowany artysta na drodze nie do autobiografii, lecz do autodestrukcji. Mimo to (podobnie jak w przypadku wzmiankowanego serialu) z czasem widz zaczyna mu kibicować, ponieważ pod tą skorupą kryje się coś więcej, ponieważ jest on pomimo swej końskiej aparycji niesłychanie ludzki. Cieszy zatem fakt, że jego perypetie nie zakończą się na pierwszym sezonie, a nowy projekt Netflixa zyskał sobie całkiem sporą popularność, kryje się w nim bowiem naprawdę duży potencjał.



Od bogów o głowach zwierząt przez bajki po zapijaczonych gwiazdorów – motyw antropomorfizowanych stworzeń przebył naprawdę długą drogę. Nabrał nowych ciekawych znaczeń, a wraz z jego pomocą twórcy starają się powiedzieć coś o ludziach oraz o rzeczywistości, która nas otacza. Zarazem spodziewane, jak i smutne wydaje się to, jak wiele jest w człowieku zwierzęcia, choć tak usilnie stara się on wyjść na dominujący, cywilizowany gatunek. Jak wciąż niezwykle trafne okazuje sie utożsamienie niektórych naszych przypadłości z przedstawicielami „prymitywnego” świata natury! W wizerunkach zabawnych postaci, karykaturalnych hybryd, jak w krzywym zwierciadle, możemy wyraźnie dostrzec siebie. Pozostaje mieć nadzieję, że stanie się to powodem do nieco głębszej refleksji.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.