Popkulturowy bestiariusz

Mortui reveni

Ewolucja motywu żywych trupów jest jednym ze szczególnie fascynujących (a przy tym w dużej mierze niepojętych) procesów, które zachodzą w kulturze. Różnice między konceptem źródłowym a obecnym produktem są na tyle znaczące, że naprawdę warto przyjrzeć się temu zjawisku nieco bliżej.
Warto zacząć od popularnego terminu zombie. Jako jego źródło najczęściej podaje się mroczne praktyki voodoo, a słowo odnosi się do nieszczęsnych zwłok, które (ożywione przez kapłanów, wyzute z duszy) krążą bezwolnie po świecie. Cechą charakterystyczną tych istot są oczy pozbawione wyrazu. O ile niektóre detale jak najbardziej się zgadzają, o tyle obawa przez powracającymi zmarłymi jest raczej haitańskim przesądem aniżeli częścią oficjalnego zbioru wierzeń tej religii. Koncept wykorzystano w wielu starych filmach, na przykład w Białym zombie z Belą Lugosim (1932 r.). Obrzędy voodoo ostatnimi czasy zaczynają powracać do popkultury (głównie za sprawą seriali), często w powiązaniu z figurą złowrogiego Barona Samedi bądź jego inkarnacji. Było to bóstwo zazwyczaj czuwające nad spokojem tych, którzy odeszli, będące również w stanie uczynić z nich swoich wieczystych niewolników, jeśli tylko poczuło się w jakiś sposób urażone. Baron jest nawet jednym z przeciwników Jamesa Bonda w filmie Żyj i pozwól umrzeć (1954 r.), przy czym jego wizerunek pełni jedynie funkcję przebrania budzącego strach i pozwalającego okiełznać niepokornych. Warto przy tym zauważyć, że w swej pierwotnej postaci zombie nie cechowały się daleko postępującym rozkładem lub apetytem na ludzkie mięso – tę charakterystykę nadano im dopiero później.



Niezwykle ciekawe, że wzmianka o nieumarłych, którzy pożerać będą żyjących, by ostatecznie przewyższyć ich liczbą, pojawia się już w najstarszym tekście epickim – Eposie o Gilgameszu. Taką obietnicę składa tytułowemu protoplaście greckiego herosa mściwa bogini Isztar. I choć podobne kreatury przewijały się w dziełach chociażby H. P. Lovecrafta, to dopiero ukazanie podobnie apokaliptycznej wizji na dużym ekranie przyczyniło się do szybkiego wzrostu ich popularności. Noc żywych trupów George'a A. Romero pod wieloma względami okazała się przełomowa. Była to opowieść mrożąca krew w żyłach, która zaszokowała widzów nie tyle samą tematyką, ile podejściem do niej – ciężkim klimatem i dosadnym przedstawieniem wygłodniałych (choć wciąż przypominających istoty ludzkie) bestii, rozszarpujących Bogu ducha winnych nieszczęśników. Co istotne, przyczyna pojawienia się zagrożenia z piekła rodem nigdy nie została wyjaśniona. Nigdy nie padło też słowo zombie. Po stanowiącej komercyjny sukces Nocy żywych trupów nastąpiły kolejne jej części, podążające już w zupełnie innym kierunku. Zaczęły też powstawać inne produkcje czerpiące inspirację z coraz bardziej kultowego filmu reżysera: pastisze, książkowe kontynuacje...

Na podstawie jednego z owych beletrystycznych sequeli nakręcono (bardzo luźno nawiązujący do bazowej fabuły) Powrót żywych trupów – obraz ważny, ponieważ utrwalający wśród odbiorców kolejną istotną cechę wizerunku ożywionych ciał. Od tej pory zaczęły one gustować w mózgach. Jako że obraz był raczej czarną komedią z elementami horroru, nieco groteskowe postacie żywych trupów wyciągających przed siebie dłonie i bełkoczących bez ustanku „Móóóóózgiii” jak najbardziej się sprawdziły. Rezultat: uznanie publiki i krytyków oraz cztery kontynuacje, a także otwarta furtka dla podobnych filmów. Podobnie skrajnym podejściem do tematu charakteryzuje się (w pewnych kręgach kultowa) Martwica mózgu – obraz Petera Jacksona (tak, tym właśnie zajmował się na początku swej kariery ojciec kinowego Śródziemia) przekraczający granice dobrego smaku, plasujący się gdzieś między kiczowatym kinem gore a pastiszem. Widz raczony jest pomysłami w stylu małposzczurów przenoszących zarazę, odrażającej übermatki zombie czy legendarnej masakry nieumartych, dokonanej za pomocą kosiarki. Nawiasem mówiąc, to ona uczyniła ten film najkrwawszym w historii kina (trzysta litrów sztucznej krwi!). O „mocy” produkcji niech zaświadczy hasło reklamowe: „[...] dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach i jeszcze mocniejszych żołądkach” lub ciekawostka mówiąca, że w wypożyczalniach na całym świecie dołączano do niego torebki na wymioty.



Z czasem nieumarli stali się symbolem końca – końca świata, sensu, starej moralności, różnorodnie pojmowanej normalności. Przeistoczyli się w nieodzowny element krajobrazu postapokalipsy. W opowieściach z rodzaju serialu The Walking Dead straszą nas metropolie opuszczone przez mieszkańców, przepełnione za to krwiożerczymi żywymi trupami, które stały się groźniejsze i  szybsze. Na dodatek — ze względu na swoją fizyczność oraz zachowanie – prawie wcale nie przypominają istot ludzkich, przeistaczają się za to w bestie kierowane prymitywnym instynktem. Częsty jest także motyw wirusa wywołującego zombizm (28 dni później), aczkolwiek wyjaśnienie sytuacji zdaje się odzierać ją z niepokojącego klimatu (przynajmniej częściowo). Ciekawie podeszli do tematu twórcy Helix od stacji SyFy, dla których kwestia zarazy okazała się jedynie niebanalnym punktem wyjścia, a lokacja – tajna baza naukowa na Antarktydzie – dodała całości charakteru. Swoistym połączeniem wszystkich idei jest zeszłoroczna World War Z, pogrążona niestety przez bolesną schematyczność.



W świecie gier komputerowych o ożywieńcach króluje i chyba zawsze będzie królować seria Resident Evil, zekranizowana (na razie pięć filmów, wszystkie z Milą Jovovich) na hollywoodzką modłę, czyli – skrótowo rzecz ujmując – efekciarska. Świat przedstawiony wykracza jednak poza zwyczajne trupy, oferując zagrożenia w postaci psów zombie albo innych zmutowanych kreatur – wszystkich stanowiących rezultat medycznych eksperymentów bezwzględnej korporacji Umbrella.

Na tle bardziej komediowych reinterpretacji motywu (Wysyp żywych trupów brytyjskiego tandemu  Edgar Wright, Simon Pegg i Nick Frost, Zombieland czy kuriozalnie absurdalni Rabusie kontra zombie) wyróżnia się stosunkowo świeży Wiecznie żywy. I choć opinie o filmie są dość podzielone, stanowi on z pewnością potrzebny powiew świeżości. Głównym bohaterem jest bowiem... jeden z nieumarłych! W toku opowieści staje się jasne, że mamy do czynienia nie z typowym survival horrorem w krzywym zwierciadle, lecz raczej opowieścią o inności (i miłości, rzecz jasna, ale w tym przypadku to mało odkrywcze), w pewien pokrętny sposób – nawet o społecznym niedopasowaniu. Przekształcenie niegdyś mózgożernych potworów w istoty na wskroś ludzkie to zupełnie nowa tendencja: obecna nie tylko w kinie, lecz także na małym ekranie. Chyba tylko Brytyjczycy mogli wpaść na pomysł, żeby nakręcić serial o nieumarłym chłopaku, który stara się odnaleźć w dawnym życiu na nowo. In The Flesh już ze względu na zwichrowany koncept zasługuje na szczególną uwagę.



W postaciach żywych trupów można się doszukiwać głębszych treści. Ich haitańskie pierwowzory bywają postrzegane jako komentarz do lokalnego niewolnictwa. Już George A. Romero chciał dzięki ich wsparciu skrytykować rząd i odnieść się do problemów społecznych tamtych czasów. Współczesne odpowiedniki mogą być interpretowane, cokolwiek ironicznie, w kontekście globalnego konsumpcjonizmu. Sama idea może straciła nieco na świeżości i wzbudza szok nieco rzadziej, jednak nadal intryguje swoją złożonością, a przede wszystkim – żywotnością. W końcu z jakiegoś powodu zombie wciąż są na czasie, prawda?



Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.