Popkulturowy bestiariusz

Planta carnivora

Matka natura od zawsze dostarczała mnóstwa inspiracji różnego rodzaju twórcom. Działo się tak głównie ze względu na jej jakże niesłychaną złożoność – bezlik i różnorodność zachodzących w niej zjawisk, istniejących ekosystemów wraz z żyjącymi w nich niesamowitymi organizmami, a także z powodu jej piękna oraz natury wieczyście niezłamanej enigmy. Poza bezpiecznym azylem cywilizacji nic nie jest zupełnie oczywiste. Dla przykładu: logika podpowiadałaby, iż wszystkie rośliny odżywiają się tylko za pomocą fotosyntezy. Istnieją jednak fascynujące wyjątki od tej reguły, które preferują pokarm o wiele bogatszy w białko.
Niewielkie dzbaneczniki, rosiczki czy muchołówki, zaskakujące swoimi fantazyjnymi kształtami oraz nadprzeciętnymi technikami łowów, nie wyrządzą człowiekowi krzywdy. Należą jednak poniekąd do sfery niepokojących fenomenów, wykraczających poza bezpieczny schemat. Co stoi na przeszkodzie, aby istniały na świecie osobniki o wiele większe, zdolne do pożarcia istoty ludzkiej? Nie znamy przecież jeszcze wielu faktów na temat naszej planety i zamieszkujących ją istot. Z tej obawy narodzili się wszyscy przerośnięci przedstawiciele flory przewijający się przez karty książek i komiksów oraz ekrany telewizorów, kin i komputerów. A zaczęło się, jak to czasem bywa, od blagi...


Pod koniec XIX wieku wciąż niewiele wiadomo było o krainach takich jak Madagaskar czy Nikaragua. Afrykańskie dzicze także pozostawały nieodkryte. Stanowiły one przez to wyśmienity temat dla gazet, na których łamach publikowano sprokurowane reportaże pełne ekscytujących przygód odważnych podróżników. Z relacji tego rodzaju wywodzą się pierwsze opisy krwiożerczych drzew. Według jednej z nich tubylcy składali ludzi w ofierze potwornej roślinie, a ona oplatała ich pędami „jak potężne zielone węże [anakondy] (...) z okrutną wprawą i pierwotną zawziętością (...) zacieśniające swe sploty na ofierze”[1]. Podobnie nakreślone zostało także afrykańskie Ya-te-veo (co znaczy „Widzę ciebie”). Nikaragua natomiast zasłynęła dzięki Williamowi Thomasowi Steadowi – skupił się on na pewnym szczególnym pnączu, zwanym „wampirzym” (ze względu na jego specjalne ssawki, których nie sposób było oderwać od skóry). Podobne kreacje po prostu musiały wkrótce potem zagościć w dziełach literackich. O mięsożernych orchideach pisał chociażby H.G. Wells w swoim opowiadaniu The Flowering of The Strange Orchid z 1894 roku.

W 1951 roku wraz z Dniem tryfidów Johna Wyndhama nastąpiła – dosłownie i w przenośni – inwazja zabójczych roślin. Ich nazwa wywodzi się od tego, że poruszały się one na trzech wypustkowych nibykończynach. W tej słynnej powieści oraz w jej rozlicznych adaptacjach owe istoty o zupełnie nieznanym pochodzeniu ostatecznie podbiły Wyspy Brytyjskie, a ich pierwotnych mieszkańców zmusiły do ucieczki. Główną broń tryfidów stanowiły trujące słupki-żądła, które wyrastały z ich kwiatostanów. Tak oto drapieżne okazy flory, ochrzczone nowym wspólnym mianem, stały się bohaterami horrorów i dokonały podboju nie tylko na gruncie literatury, lecz także dużego oraz małego ekranu. 


Od tej pory popularne stały się wizerunki przerośniętych roślin, które wyglądem coraz mniej odbiegały od swych naturalnych odpowiedników. W 1960 roku konwencja została sparodiowana w czarnej komedii Sklepik z horrorami, gdzie niewielką rolę zagrał zresztą młody Jack Nicholson. Jest to opowieść o skromnym pracowniku pewnej małej kwiaciarni, któremu udaje się wyhodować roślinę o nietypowym wyglądzie, zdolną do mówienia. Sęk w tym, że żywi się ona ludzką krwią, a wraz ze wzrostem zaczyna domagać się także ludzkiego mięsa. Film odniósł nieoczekiwany sukces i ponad dwadzieścia lat później doczekał się nominowanego do Oscara musicalowego remake’u pod tym samym tytułem. Fabuła obu produkcji jest tak rozkosznie groteskowa, że warto choćby dać im szansę. Warto wiedzieć, że zakończenie drugiego ze Sklepików wyglądało pierwotnie zupełnie inaczej: zarówno główny bohater, jak i jego ukochana zginęli w paszczy potwora, który następnie zaatakował ludzkość. Zostało ono jednak wycofane ze względu na nieprzychylną reakcję grupy testowej i przez długi czas trudno je było gdziekolwiek zobaczyć. Sama historia posiada kilka innych wariantów: jeden w postaci czeskiego filmu (o cudownie przetłumaczonym tytule Adela jeszcze nie jadła kolacji), inny zaś – odcinka serialu Rewolwer i melonik (więcej o nim możecie przeczytać w tekście 1001 zwariowanych wyspiarskich opowieści http://kulturnatywnie.pl/film/150/1001-zwariowanych-wyspiarskich-opowiesci) zatytułowanego Man-eater of Surrey Green. W tym drugim nacisk położono na pozaziemskie pochodzenie istot, wprowadzono także motyw kontrolowania ludzi przy pomocy zarodników. Na tej bazie opiera się klasyczny odcinek Doktora Who z 1976 roku i ery Czwartego Doktora, The Seeds of Doom.

Odrębnym szlakiem podążył Brian W. Aldiss, autor Cieplarni. W jego apokaliptycznej wizji Ziemia przeistoczyła się w olbrzymią dżunglę rojącą się od niebezpieczeństw oraz rządzoną przez owady. Ludzkość natomiast skarlała, cofnęła się rozwoju i była nagle zmuszona do ciągłej walki o przetrwanie w ekosystemie, który przytłaczał swym ogromem. Powieść zachwyca obrazowością oraz inwencją w kreowaniu niezwykłych gatunków stworzeń, a za przykład niech starczą słowotwórcze nazwy gatunków: parzyperze, brzuchowiązy, żarłoziele, ptakorośle (niektóre z nich, warto zaznaczyć, to  na dodatek krzyżówki roślinno-zwierzęce)... Las pełen groźnej flory (zwany Kresoborem) stanowi także istotne miejsce akcji cyklu powieści fantastycznych Kroniki Kresu duetu Paul Stewart (pisarz) i Chris Riddell (rysownik). Autorzy imponują tu wyobraźnią w równym (jeśli nie większym) stopniu co Aldiss. Na kartach dwunastotomowej – do tej pory – serii znajdziemy organizmy takie jak mordrzew (chwytający ofiary przy pomocy kolczastych pnączy i nawożący swoje korzenie ich krwią) czy pijatrawki (wysysające soki z nieszczęśnika, który przez pomyłkę na nich usiądzie). Towarzyszące tekstowi wyśmienite ilustracje udatnie powołują te koszmary do życia.  
 

Najcudowniejsze dziwadło pochodzi jednak z Japonii. To tam w 1989 roku niepokonana Godzilla zmierzyła się z chyba najbardziej niezwykłym i nieco zapomnianym wrogiem, którym był Biollante. Geneza powstania tego stworzenia jest doprawdy niesamowita (pal sześć, że zupełnie nieprawdopodobna – w końcu to nie dla realizmu ogląda się Godzillę). Istota ta zrodziła się w ramach eksperymentu genetycznego, gdzie skrzyżowano ze sobą komórki: róży, wspomnianej już ogromnej gadziny, a także – uwaga! – Eriki, zmarłej córki naukowca. W efekcie na świat przyszła monstrualna hybryda, z początku przypominająca ogromny kwiat, by potem przemienić się w poczwarę o aparycji dinozaura, nie tylko obdarzoną licznymi pędami uzbrojonymi w mniejsze zębate paszcze, lecz także plującą toksyczną cieczą. To się nazywa krwiożercza roślina! Najlepsze jest jednak to, że po przegranej walce (przy wtórze, rzecz jasna, kolosalnej demolki) Biollante obrócił się w świetlisty pył (uwolniona dusza, a jakże), który na niebie utworzył wizerunek dziewczynki. Ciekawostka: w tym roku głosami fanów i krytyków film ten uznany został za najlepszy z cyklu o Godzilli. Nic, tylko oglądać – choćby dla komicznie archaicznych efektów specjalnych. 

(klijnij, aby powiększyć)

Jeśli przyjrzymy się obecnym u Tolkiena czy Rowling niebezpiecznym drzewom (kolejno: Stara Wierzba i – notabene – Bijąca Wierzba), pupilkowi rodziny Addamsów, Kleopatrze, kłapiącym paszczom muchołówkopodobnych roślin z gier komputerowych itd., zauważymy, że kultura zatoczyła koło. Szczególnie gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę powstanie kuriozalnego horroru Ruiny (2006), w którym na gruzach świątyni Majów nieszczęsnych turystów próbują upolować krwiożercze pnącza, na dodatek imitujące dźwięki (oczywiście pomimo idiotyzmów książkę i tak zekranizowano). Chyba już dawno przestaliśmy się bać, że zostaniemy wyparci przez mięsożerne rośliny, więc sfabrykowane mity zostały obalone, okazały się niezdolne do przetrwania – w przeciwieństwie do nieśmiertelnych historii o Yetim czy Chupacabrze.  

Przywołane przeze mnie przypadki wzbudzą prędzej zaciekawienie, a nawet swego rodzaju nostalgiczne rozbawienie, aniżeli strach. Nie oznacza to jednak, że należy o nich zapominać – stanowią część naszego kulturowego dziedzictwa – z wielu względów, dodajmy, szalenie ciekawą. Podczas wycieczki na Madagaskar czy do afrykańskich ostępów warto też na wszelki wypadek mieć się na baczności: a nuż jakieś samotne Ya-te-veo czyha tam na bezbronną ofiarę, święcie przekonaną o jego nieistnieniu. 

 
[1] P. Tyson, A Forest Full of Frights, cz. II [w:] The Wilds of Madagascar, Nova Online [dostęp: 14.12.2014]. Tłumaczenie autorskie.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.