Imaginacje&Inspiracje

Śnieżka na Manhattanie, czyli baśń postmodernistyczna

Źródło grafiki: http://cdn.wegotthiscovered.com/wp-content/uploads/enchanted.jpg
Współczesność wygoniła je z chatek z piernika, warownych zamków, leśnej głuszy, magicznych krain i zaczarowanych lamp. Stwierdzono, że są zbyt archaiczne, że przyda im się swoisty lifting, bo teraz odbiorca szuka czegoś świeżego, szokująco odmiennego. A potem wrzucono je w sam środek cywilizacji, w samo serce bezwzględnego świata ludzi – bohaterów ramię w ramię z łotrami, jako barwne wytwory różnych kultur oraz okresów. Zmuszono do radzenia sobie w warunkach, do których absolutnie nie były przygotowane. Baśnie wyległy na ulice i – jak czas pokazał – radzą sobie tam doprawdy znakomicie.
Jakkolwiek by na to spojrzeć, tego rodzaju zagranie było jedynie kwestią czasu. Już literacki gatunek urban fantasy zwiastował pewien kierunek kulturowego rozwoju. Proces zaczął się zresztą na początku tego tysiąclecia wraz z nieco zapomnianym miniserialem Hallmarku (pamiętacie tę swego czasu bardzo płodną stację?) Dziesiąte królestwo. Była to niezwykle nowoczesna, śmieszna i klimatyczna opowieść o zderzeniu dwóch światów: baśniowych realiów oraz rzeczywistości, w której obracamy się my sami. Miało ono przy tym charakter raczej humorystyczny, co wcale nie jest tak częste, jak mogłoby się wydawać. W centrum znajdowali się natomiast bohaterowie wędrujący (dzięki magicznemu zwierciadłu) z jednego świata do drugiego, czyniąc przy tym mnóstwo zamieszania. Co ciekawe, miejsce zamieszkania protagonistki, Virginii Lewis – nowojorski Manhattan – zdaje się odgrywać pewną rolę w wielu z przywołanych przeze mnie dzieł, prawdopodobnie ze względu na swój cokolwiek ikoniczny status w Stanach Zjednoczonych. Dziesiąte królestwo charakteryzowane jest przez bogaty świat przedstawiony, ale przede wszystkim zmyślną zabawę kliszami gatunku. W swoim klimacie przypomina natomiast bardzo Narzeczoną dla księcia. Klasyczne postaci są absurdalnie przerysowane, ale w taki sposób, by wyeksponować ich baśniową naturę. Przoduje – nie po raz pierwszy i ostatni – Wilk (tutaj akurat półwilk, ale kto by tam się tym przejmował), ale poza nim napotkamy w tej historii księcia przemienionego w psa rasy Golden Retriever czy trzy pechowe trolle ze słabością do zespołu Bee Gees. Niech za dodatkową zachętę posłużą gościnne występy nieodżałowanego Warwicka Davisa albo Rutgera Hauera w epizodycznej roli Łowczego z Królewny Śnieżki. Ogólnie rzecz biorąc, serial zapewnia prawie dziesięć godzin przedniej rozrywki i aż szkoda, że nie zrealizowano zapowiadanej w finale kontynuacji. Dodajmy, że wcale się aż tak bardzo nie zestarzał.

W tym roku wraz z nadchodzącym 150. zeszytem dobiegnie końca żywot jednej z najbardziej utytułowanych i najdłuższych fantastycznych serii komiksowych (14 nagród imienia Eisnera, w sumie 22 tomy zbiorcze!) – Baśni. Ta obdarzona oszałamiającymi okładkami seria opowiada, jak się nietrudno domyślić, właśnie o perypetiach postaci z baśni. Nękane przez wojska potężnego Adwersarza zmuszone są one do ucieczki do świata ludzi (zwanych „docześniakami”) i założenia nowej siedziby – tak, zgadliście, na Manhattanie. O tym, że wspomniana historia jest jednak o wiele mroczniejsza, świadczy już adnotacja z tyłu okładki: „tylko dla czytelnika dojrzałego”. Trup ściele się gęsto, szokujące zwroty akcji są na porządku dziennym, a bohaterowie odgrywają w tej epopei role, których byśmy się po nich nie spodziewali: Wilk Bardzo Zły zostaje szeryfem, Żabi Książę pełni funkcję dozorcy, Jaś (brat Małgosi) jest Inkwizytorem, a Pinokio wcale ale to wcale nie okazuje się grzecznym chłopcem, nie wspominając już o tym, jak przedstawia się Gepetto (gdyż zdradziłbym za wiele). Także relacja z naszą rzeczywistością ma mroczniejsze reperkusje: w wojnie baśniowcy używają zaawansowanej broni znanej człowiekowi, przede wszystkim broni palnej (dodajmy też, że jedna bitwa ma miejsce na ulicy Nowego Jorku). Tak szeroko zakrojona fabuła powinna zaimponować każdemu – nigdzie indziej nie mamy do czynienia z tak złożoną mitologią, tak licznymi odwołaniami kulturowymi, tak przemyślanymi i pogłębionymi portretami charakterologicznymi protagonistów. Pomimo trzynastu lat na karku ta seria wciąż pozostaje istnym emocjonalnym rollercosterem, przy czym happy end wcale nie jest koniecznością. To pozycja obowiązkowa dla wielbicieli komiksu, baśni, inteligentnych scenariuszy oraz historii nieco bardziej krwistych. Do tego dołóżmy parę serii czy też albumów pobocznych. Swego czasu miała powstać serialowa adaptacja, na którą fani czekali z nadzieją przemieszaną z obawą (w końcu materiał jest szalenie wymagający) jednak na drodze ku jej powstaniu stanął inny serial o podobnej tematyce, o którym napiszę trochę więcej na sam koniec.

Przenieśmy się na chwilę do roku 2007, kiedy to Disney w niespodziewanym napadzie chwalebnej autoironii wypuścił komedię Zaczarowana. Poprzez połączenie techniki klasycznej animacji oraz filmu aktorskiego studio sparodiowało własne produkcje, bawiąc się wytworzonymi przez siebie archetypami i wrzucając schematyczną księżniczkę Giselle w obcy świat, jakżeby inaczej, tętniącego życiem Wielkiego Jabłka. I tak młoda, naiwna dziewczyna musi zmierzyć się z wyzwaniami wielkiej metropolii. Produkcja wprost roi się od nawiązań – niech za przykład posłuży przekomiczna scena ze sprzątającymi zwierzętami.  Nawet postać czarownicy granej przez Susan Sarandon stanowi połączenie Złej Królowej oraz Maleficent ze Śpiącej Królewny. Ot, ciepły i zabawny film familijny. Od jakiegoś czasu przebąkuje się o jego kontynuacji.

W tym samym roku powstał pierwszy z trzech miniseriali stacji Sci-Fi Channel (obecnie SyFy), redefiniujących klasyczne powieści dla młodych czytelników – kolejno Czarnoksiężnika z Krainy Oz, PrzygodyAlicji w Krainie Czarów i Piotrusia Pana. Przyjrzymy się dwóm pierwszym tytułom. Nie tylko są one najlepsze, ale przede wszystkim pokazują, że inwazja nowoczesności może przebiegać również w drugą stronę, miasto może wtargnąć do baśni. W trzyczęściowym Tin Manie twórcy nadali Krainie Oz mroczny rys futurystyczno-steampunkowy, a skromna kelnerka DG (nietrudno się domyślić, co mogą znaczyć te inicjały), grana przez Zooey Deschanel, wraz z towarzyszami zwiedza w pewnym momencie miasto rodem z Blade Runnera. To między innymi dzięki połączeniu magii i technologii oraz dzięki ciekawym wizualiom seria mocno zapada w pamięć. Należy dodać, że niektórym krytykom wydała się jednak zbyt przygnębiająca. Podobnym tropem i z równym sukcesem podążyła Alice z 2009 roku. Główna  bohaterka, imienniczka oryginalnej Alicji, trafia przez magiczne lustro do cokolwiek postapokaliptycznej Krainy Czarów, którą rządzi syndykat Królowy Kier pozyskujący w niemoralny sposób ludzkie emocje i posiadający monopol na handel nimi. Napotykane przez protagonistkę postaci z książki (podobnie jak w przypadku poprzedniego serialu) przyczyniają się do wytworzenia odpowiedniej atmosfery szaleństwa i narkotyczności, a znakomicie zinterpretowana przez Cathy Bates Królowa jest wprost idealnym łotrem. Obie produkcje należą do najoryginalniejszych i najciekawszych adaptacji wzmiankowanych powieści i jako takie zdecydowanie zasługują na polecenie.

Na sam koniec została historia, która utrzymuje się w ramówce już cztery sezony, a kolejny został niedawno zamówiony. Mam na myśli Once Upon a Time, znane niekiedy jako Dawno, dawno temu, wspomnianą przyczynę zarzucenia telewizyjnej wersji Baśni. Już sam pomysł wyjściowy wydawał się intrygujący – oto postaci z baśni padają ofiarą klątwy rzuconej przez Złą Królową i tracą swoje szczęśliwe zakończenia, skazane na banicję do Świata Bez Magii, gdzie złowieszcza macocha Królewny Śnieżki będzie sprawowała nad nimi zupełną kontrolę. W wolnym tłumaczeniu: lądują w małej mieścinie Storybrooke w Stanach, w hrabstwie Maine, a czarownica, Regina Mills, zostaje ich burmistrzem. I wszystko potoczyłoby się po myśli tych złych (chociaż raz!) bohaterów, gdyby nie pewne szczególne dziecko (Śnieżki i Uroczego, więc jakżeby inaczej). Otóż zdążyło ono w międzyczasie dorosnąć, a w danej chwili zmierza, zupełnie nieświadome, do na spotkanie własnego przeznaczenia. Właśnie ta dziewczynka, Zbawczyni imieniem Emma, staje się bohaterką tej opowieści. Mamy tu do czynienia z dziełem współscenarzystów Lost. Zagubieni, nie obeszłoby się więc bez całego worka fabularnych twistów, mnóstwa pytań bez odpowiedzi, zamotanych rodzinnych koligacji i dwoistej formy całości. Właściwa historia przeplatana jest – początkowo – jedynie retrospekcjami z życia w baśniowym świecie sprzed klątwy. Przy czym częstokroć owe fragmenty większej układanki prezentują zupełnie inne podejście do materiału źródłowego, łącząc często bohaterów zupełnie różnych baśni, a także głębszy wgląd w psychikę postaci. Im dalej w las (Zaczarowany rzecz jasna), tym więcej istot z różnych kulturowych kręgów zaludnia ten bogaty świat – pojawiają się tam przeróżni złoczyńcy: począwszy od Królowej Kier, po Piotrusia Pana (tak, tak, dobrze widzicie), Złą Wiedźmę z Zachodu, Królową Śniegu, Ursulę z Małej syrenki, Maleficent czy Cruellę de Mon. Charyzmatyczni, wielowarstwowi i niebanalni przeciwnicy są zresztą szczególnym atutem serii, na czele z Rumpelstiltskinem Roberta Carlyle’a, Złą Królową Lany Parilly, Corą Barbary Hershey, a także znaną z Lost Rebeccą Mader w roli Wiedźmy z Zachodu. Mnożą się smaczki dla wielbicieli Disneya, protagoniści ulegają zauważalnym wewnętrznym przemianom (tutaj złoczyńca może stać się z czasem pozytywnym bohaterem – czyż nie podnosi to na duchu?), a praktycznie każdy finał – tak całego sezonu jak i tak zwanego midseason – wprowadza serial na nowe tory. Niektóre decyzje mogą się nie podobać (choćby wprowadzenie Elzy i spółki z Krainy Lodu), jednak nie da się ukryć, że pomysł na tę historię nadal jest wyjątkowy, a wiele rzeczy z czasem nabiera większego sensu. Once Upon a Time ma jeszcze wiele do zaoferowania i jest to dobry moment, aby dać mu szansę, choćby ze względu na tak złożony i ciekawy świat. Interesujące, że pokazane jedynie częściowo w trzecim i czwartym sezonie Oz zdaje się przypominać konceptualnie krainę z Tin Mana, zmodernizowane oraz pełne reflektorów rozświetlających niebo (i byłbym zapomniał, Manhattan też odgrywa całkiem ważną rolę, stanowi nawet tytuł jednego odcinka). Powstał również w miarę udany spin-off o tytule Once Upon a Time in Wonderland. Cierpiał on jednak z podobnego powodu co serial-matka, a więc przez kiepskie efekty specjalne. Jednak jeśli przymknie się na to oko (niekiedy również na pewną baśniową umowność historii, a także kilka grubymi nićmi szytych rewelacji), oba dostarczą mnóstwa przyzwoitej rozrywki. Bywają przy tym zaskakujące –  pozytywnie lub wręcz przeciwnie, bo (podobnie jak w Grze o tron) nie można tu być do końca pewnym bezpieczeństwa lubianych postaci.

Powyższe przykłady mówią nam jedno: mimo że ostatnio podejmuje się próby rewitalizacji klasycznego wizerunku baśniowych postaci (patrz: Czarownica, W głębi lasu, Kopciuszek itp.), one na dobre zadomowiły się w mieście i z dumą paradują po ulicach. Postmodernistyczna kuracja dodała im sił i wigoru, aby dalej wzbudzać sentyment, a przy tym intrygować kolejne pokolenie. Magia w kulturze wciąż jest żywa, musiała jedynie pójść z duchem czasu. Należy się cieszyć, że wyszło jej to tak sprawnie, ponieważ nawet w nowoczesnej szacie baśniowe historie mogą nas wiele nauczyć. Mówią one – teraz nawet bardziej – o świecie, w którym żyjemy, ale przede wszystkim o uniwersalnych wartościach, a przecież od zawsze o to w tym głównie chodziło.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.