Imaginacje&Inspiracje

Metapoetyka fikcji

Źródło grafiki: http://www.terrazero.com.br/wp-content/uploads/2014/10/UN1.jpg
Niedawny sukces Birdmana udowadnia, że twórcy wciąż lubią snuć metahistorie. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu na czym filmowiec zna się lepiej niż filmie, a pisarz – na pisaniu i literaturze? Metafikcja oraz metakino (termin częściej używany za granicą) to jednak nie tylko wdzięczne środki artystycznego wyrazu. Służą one do czegoś więcej niż tylko do popisywania się zasobem wiedzy z danej dziedziny czy zmyślnej zabawy motywami lub konwencją. Stanowią narzędzie autotematycznej analizy, refleksji nad naturą sztuki, prawami nią rządzącymi, a także rolą artysty w świecie. I już choćby to czyni ich odbiór prawdziwie ciekawym doświadczeniem.
Postanowiłem przybliżyć polskiemu odbiorcy kilka szczególnych przykładów z dziedziny kina, telewizji i literatury (także powieści graficznej czy mangi). Niektóre z nich, ku mojemu ubolewaniu, nie trafiły jak dotąd do głównego obiegu i pozostają skrytymi w otchłani internetu perełkami, czekającymi na wyłowienie. 
Na pozór filmy o kręceniu filmów bądź świecie filmu w ogóle to nic niezwykłego. Prawdziwa zabawa zaczyna się, kiedy granica między fikcją a rzeczywistością zostaje zaburzona, a zszokowany widz – wrzucony w sam środek fabuły, która wykracza poza wszelkie jego oczekiwania. Idealnym tego rodzaju przypadkiem jest film Być jak John Malkovich na podstawie scenariusza Charliego Kaufmana, otwierający swoistą trylogię. W tym dziele Spike’a Jonze’a obserwujemy bohatera – lalkarza, który odkrywa pewne nietypowe wrota, a następnie za ich pośrednictwem wkraczamy wraz z nim do umysłu fikcyjnego aktora Johna Malkovicha, granego przez prawdziwego Johna Malkovicha, nad którym protagonista stopniowo przejmuje kontrolę. Z podobnie absurdalnym podejściem spotykamy się przy kolejnych projektach Kaufmana. W Adaptacji mamy do czynienia z fabularyzowanym opisem jego zmagań z adaptowaniem prawdziwej książki pt. Złodziej orchidei. Co więcej, w tej wersji rzeczywistości scenarzysta ma brata imieniem Donald (Nicolas Cage w podwójnej roli), który na dodatek widnieje oficjalnie jako współautor scenariusza do faktycznego filmu. Oto gra z odbiorcą na zupełnie nowym poziomie. Synekdocha, Nowy Jork z fenomenalnym Philipem Seymourem Hoffmanem (niestety już świętej pamięci) pokazuje natomiast w przewrotny sposób, jak katastrofalne skutki może mieć nadmierne, obsesyjne wręcz, przywiązanie do realizmu. Bariera umowności zostaje przełamana przez wysiłki ambitnego reżysera chcącego idealnie odzwierciedlić zwyczajność codziennego życia. Choć powyższe filmy prezentują się najciekawiej z dorobku artysty, praktycznie każde dzieło sygnowane nazwiskiem Kaufman gwarantuje wprost niezwykłe doświadczenia i jest zdecydowanie godne rekomendacji.
Samokrytyka w świecie szołbiznesu to prawdziwa gratka, dlatego kiedy człowiek zetknie się z produkcją, która w formie mockumentu opowiada o życiu i karierze gwiazdy jednego serialu, grającej w nowym, na tej samej stacji, która emituje właściwy serial (wiem, że to skomplikowane, tak bywa w świecie metafikcji), to wiadomo, że będzie to coś wyjątkowego. Uprośćmy to zatem – mamy oto HBO znane ze swoich różnorodnych projektów oraz Lisę Kudrow z kultowych Przyjaciół, która po prawdzie w niczym szczególnym potem nie zagrała. Mamy także serial The Comeback (polski tytuł Wielki powrót), w którym rzeczona aktorka gra gwiazdę jednego sitcomu, Valerie Cherish próbującą wrócić na szczyt rolą w nowej produkcji oraz powiązanym z nią reality show o nazwie – nie inaczej – The Comeback. Powstaje z tego rzecz jak na komedię jakoś mało śmieszna, ale w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Otrzymujemy bowiem – bezwzględną i nieprzefiltrowaną – relację z pierwszej ręki z tego, jak działa Hollywood, jak wygląda prywatne życie gwiazdy, która w zasadzie utraciła prawo do prywatności, a także na jakiej zasadzie rozstrzyga się kwestię „być albo nie być” serialu albo aktora. Dodajmy, iż główna bohaterka jest do bólu ludzka, przeszkody na jej drodze wiarygodne, przez co łatwiej się nam utożsamiać z jej sytuacją. A sama idea okazała się na tyle ożywcza, że po pierwszej serii w roku 2005 historia ta zyskała sobie status kultowej w pewnych kręgach. Była jednak również na tyle niszowa, że zakończyła wtedy swój żywot… by dziewięć lat później zyskać drugą szansę oraz potwierdzić swoją siłę jako satyry, czego skutkiem było zamówienie także trzeciej serii. The Comeback jest o tyle szczególnym przykładem metafikcji, że skupia się bardziej na samych ludziach aniżeli na środowisku, rozdaniach nagród czy całej tej hollywoodzkiej otoczce. Każda z drugoplanowych postaci otrzymuje odpowiednią ilość czasu ekranowego i jest nie mniej ciekawa od protagonistki, w szczególności jej fryzjer homoseksualista (tak wiem, zaleciało stereotypem). Lisa Kudrow powróciła więc z sukcesem na mały ekran w unikalnej, słodko-gorzkiej opowieści, której z pewnością warto dać szansę. 
Przenieśmy się do świata słowa pisanego, gdzie przedrostek „meta-” może wskazywać na książkę opowiadającą o samej sobie bądź taką, która odnosi się do esencji literatury w szerszym pojęciu lub idei, które stworzyli w ciągu wieków niezliczeni pisarze. Moim ulubionym przykładem pierwszego nurtu jest, rzecz jasna, Niekończąca się historia, której bohater zostaje dosłownie wciągnięty do powieści o tym samym tytule, aby przeżywać wraz z bohaterami, o których do tej pory jedynie czytał, cudowne przygody. Ta baśniowa historia jest wszystkim tym, czym powinna być literatura i do czego powinna dążyć – ma bowiem maksymalnie angażować czytelnika w doświadczaną z zewnątrz fabułę, wzbudzać w nim pragnienie stania się jej częścią. To jednocześnie przestroga przed odrzuceniem realności ze względu na dręczące nas problemy, pełni zatem funkcję poniekąd wychowawczą.
Nieco innaczej dzieje się w przypadku krótszych form literackich, które łączy wspólny mianownik – mityczna wręcz księga, częstokroć zawierająca tajemnice nieprzeznaczone dla ludzkiego umysłu, wiecznie obecna w opowieści, ale nigdy w pełni. Z tego rodzaju frapującym zjawiskiem zetknie się czytelnik noweli grozy H.P. Lovecrafta czy Roberta Chambersa. Nad pierwszym z tych klasycznych horrorów unosi się widmo bluźnierczego Necronomiconu, nad drugim – przeklętego dwuaktowego dramatu Król w żółci. Necronomicon, dzieło szalonego Araba Abdula Al-Hazreda, to grimoire wyznawców mrocznej religii, w której bogami są Wielcy Przedwieczni, byty sprzed eonów, wciąż roszczące sobie prawa do naszego świata. Paranoiczny charakter mitologii Cthulhu, charakterystyczny zresztą także dla dzieł Chambersa, przyczynił się do ich ciągłej popularności wśród współczesnych pisarzy, czerpiących inspirację z niepokojących fantazji samotnika z Providence. Król w żółci natomiast został pomyślany jako dzieło zbyt doskonałe – i stylistycznie, i ideologicznie – dla człowieczego pojmowania. Zarówno ta nieskazitelność, jak i kontrowersyjna natura treści (dlaczego? Odpowiedź na to pytanie nigdy nie pada) sprawia, że książka zostaje zepchnięta do zbiorowej podświadomości, a nieliczne jednostki, które mają z nią styczność, zazwyczaj popadają w obłęd. Opowiadania sygnowane tytułem tej pozycji dodatkowo wyróżnia to, że autor zaledwie sugeruje w nich nadnaturalność: wskazują na nią pojawiające się z rzadka obce nazwy czy obraz czarnych gwiazd. Głównym obiektem zainteresowania jest tutaj umysł ludzki, nie zaś złożona mitologia. Warto zderzyć oba wymienione podejścia, tym bardziej że obydwa cykle należą przecież do klasyki literatury grozy. 
Czasem mówi się, że książki dzięki ich czytaniu otrzymują nowe życie. Ciekawie rozwija ten pomysł trylogia młodzieżowa autorstwa Cornelii Funke (Niemcy zdecydowanie mają dryg do fantastyki, ale o tym kiedy indziej) zatytułowana Atramentowy świat. Główni bohaterowie – Mo oraz jego córka Maggie, introligatorzy – posiadają pewną szczególną umiejętność: potrafią przez wyczytanie powoływać do istnienia fikcyjne postacie. Dar ten niesie ze sobą jednak poważne konsekwencje. Fabuła książek z tej serii dzieje się w równej mierze w prawdziwym świecie, jak w uniwersum powieści Atramentowe serce, książki najważniejszej dla tej historii (ten tytuł nosi także pierwszy tom serii). Daje to pisarce możliwość puszczenia wodzy wyobraźni. Fantastyczna opowieść o przeznaczeniu i naturze fikcji została dodatkowo wzbogacona o rozliczne cytaty z mniej lub bardziej znanych dzieł gatunku, które otwierają każdy z rozdziałów. Ze względu na swoją popularność pierwszy tom doczekał się nawet ekranizacji, choć średnio udanej. 
Koncepcje metafikcji znacznie dalej posuwa cykl Jamesa A. Owena Kroniki Imaginarium Geographica. Nie dość, że główni bohaterowie okazują się sławnymi pisarzami brytyjskimi (nie zdradzę nazwisk, żeby nie psuć niespodzianki, odradzam też czytanie Wikipedii), to autor wyprawia ich w podróż, podczas której napotykają na swej drodze całą masę bohaterów literackich, częstokroć z zupełnie innej bajki. Przy tego rodzaju utworach zawsze istnieje ryzyko, iż całość nie będzie wewnętrznie spójna, Owenowi udaje się jednak rzecz niewiarygodna – mieszające się na Archipelagu Snów mitologie (Parki, Argonauci), legendy arturiańskie (Mordred, Artur), baśnie (smoki, gadające zwierzęta), czy klasyczne motywy w żadnym wypadku nie rażą. Ów stan wydaje się w opisanych okolicznościach zupełnie naturalny. Czytelnika czeka wiele niespodzianek, wielokrotnie przy tym odkryje on ze zdziwieniem, że autorskie asocjacje naprawdę mają sens, a zabawa w wykrywanie mniej oczywistych powiązań dostarczy mu dodatkowej rozrywki. Interesujący jest także sposób ukazania relacji pomiędzy Archipelagiem a prawdziwym światem, odgrywających w cyklu całkiem istotną rolę. Także pojawianie się w powieściach Owena elementów dzieł innych twórców nie jest ani trochę przypadkowe. Kroniki to literatura czysto rozrywkowa, ale jest to rozrywka inteligentna, zmuszająca do myślenia i promująca słowo pisane. Do tej pory ukazało się w Polsce pięć części (miejmy nadzieję, że ostatnie dwie także do nas trafią), a każda nadaje się do czytania zarówno dla młodszego czytelnika, jak i dla tego starszego, ale wciąż czerpiącego przyjemność z opowieści pełnych przygód oraz emocji, na dodatek wyśmienicie ilustrowanych przez samego autora. 
Inspiracją dla kolejnego dzieła, tym razem komiksowego (sporego, bo liczącego jedenaście tomów zbiorczych) była historia Christophera Milne’a, czyli ni mniej, ni więcej, tylko Krzysia z przygód Kubusia Puchatka. Syn nigdy nie wybaczył ojcu użycia swojej osoby, ponieważ czuł się, jakby ten ukradł mu dzieciństwo i wykorzystał go dla zysku. Podobnie wygląda sytuacja głównego bohatera The Unwritten fenomenalnego duetu Mike Carey–Peter Gross, serii, która jakoś nie może trafić na polski rynek, a szkoda, gdyż należy do moich ulubionych utworów graficznych w ogóle. Tom Taylor, tak bowiem brzmi imię protagonisty, stanowi pierwowzór Tommy’ego Taylora, postaci z popularnej serii bestsellerowych powieści ewidentnie nawiązujących do perypetii Harry’ego Pottera. Tom żywi wielką z tego powodu niechęć do swojego ojca, który zaginął w tajemniczych okolicznościach przed skończeniem ostatniej książki z cyklu. Sam jest zupełnym nieudacznikiem, utrzymującym się głównie z udziału w konwentach i innych tego rodzaju spotkaniach. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zostaje zmuszony do zakwestionowania podziału na to, co rzeczywiste, i to, co fikcyjne, odkrywa bowiem, że jest pionkiem w intrydze przekraczającej ludzkie pojęcie. Uniwersum The Unwritten opiera się na prostym założeniu, że świat prawdziwy oraz fikcyjny koegzystują ze sobą na tych samych prawach, a słowo pisane ma nadzwyczaj potężną moc. Na nim autorzy osnuwają opowieść o literaturze, inspiracji, potędze człowieczej wyobraźni, ale przede wszystkim tożsamości. Na drugim planie napotkamy wiele postaci, które przypominają ikony popkultury lub wręcz nimi są, często w niespodziewanych konfiguracjach i wariantach. Należy zaznaczyć, iż jest to komiks dla dorosłych, co umożliwia twórcom przekraczanie pewnych granic narzuconych przez ramy gatunku choćby wspomnianemu już Owenowi. Carey z prawdziwą swadą i diaboliczną wręcz ochotą obraca w pył bezpieczne schematy, ukazuje deprawację wpisaną w na pozór grzeczne historyjki, kryjącą się wszędzie moralną ambiwalencję oraz zupełny upadek wartości. Wykreowane przez niego światy rządzą się prawem silniejszego, obfitują w spiski, mord, a dominującym stanem jest nieszczęście. Ta okrutna artystyczna wizja nie jest jednak pozbawiona nadziei, o czym świadczy chociażby postać samego Toma – kolejnego bohatera wcale-nie-z-przypadku, który decyduje się ostatecznie walczyć w słusznej sprawie (a z czasem także w imię miłości). Komiks cechuje w szczególności niesłychanie przemyślany i nieszablonowy scenariusz (zachodzi nawet crossover z inną serią imprintu Vertigo, Baśniami), uzupełniany przez bogate w detale rysunki Grossa, który od czasu do czasu bawi się konwencją i nawiązuje stylistyką do innych epok. To dzieło pełne, zwieńczone – co rzadkie – zupełnie satysfakcjonującym finałem. Nic, tylko polecać!
Na samym medium komiksu bardziej skupia się w swojej twórczości Nowozelandczyk, Dylan Horrocks. Jego pierwsza powieść graficzna Hicksville opowiada o pisarzu, który przybywa do tytułowej miejscowości w ramach researchu poświęconego Dickowi Burgerowi, twórcy, który zrewolucjonizował świat historii w obrazkach, tylko po to, aby odkryć, że praktycznie każdy mieszkaniec przewyższa go wiedzą w tej dziedzinie, a wszyscy zgodnie pałają do Burgera otwartą nienawiścią. Ta zaskakująca, przeplatana fikcyjną kroniką rozwoju gatunku opowieść stara się odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę jest komiks i jakie wartości reprezentuje. Podobnie jak w innym swoim dziele, Samie Zeblu i magicznym piórze, Horrocks konstruuje postaci, których pierwowzorami stali się prawdziwi rysownicy, i często odwzorowuje przy tym ich styl. I to właśnie w tym drugim tytule (który w przeciwieństwie do Hicksville trafił do nas dzięki Timofowi i Cichym Wspólnikom) jeszcze bardziej zagłębia się w temat, rozważając rolę twórcy oraz dzieła, a także wpływu dzieła na twórcę, ale i na odbiorcę. Przy pomocy figury komiksiarza tracącego wiarę w sens własnej pracy (a pośrednio także egzystencji), zupełnie przypadkiem trafiającego do wnętrza jednego z zeszytów, narysowanych tytułowym magicznym piórem, i udającego się na niezwykłą wyprawę poprzez rozmaite typy powieści graficznej autor wychwala potęgę wyobraźni, równocześnie podkreślając wagę choćby częściowego zakorzenienia w rzeczywistości. Graficzna prostota czyni odbiór tego wcale nielekkiego dzieła tym przyjemniejszym. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli gatunku.
Przenieśmy się na Wschód i pochylmy nad jedną z ciekawszych mang, z którymi dane mi było się zapoznać (również nieprzetłumaczoną na polski). Jej twórca, Naoki Urasawa, znany jest z niesłychanie rozbudowanych historii, pełnych wyrazistych bohaterów. W jego opowieściach każdy element układanki ma znaczenie, a pełen obraz ujawnia się dopiero na sam koniec. Nie inaczej jest z Billym Batem. Ten wciąż publikowany w rozdziałach komiks przybliża nam historię pewnego mangaki, Kevina Yamagaty, twórcy tytułowego nietoperza-detektywa przypominającego Myszkę Miki. W miarę rozwoju akcji protagonista okrywa, że jego dzieło stanowi część sięgającej daleko w przeszłość burzliwej walki o władzę oraz kontrolę nad ludzkością. Urasawa mnoży intrygi, dynamiczne zwroty akcji, skacze po całym globie, miesza plany czasowe, nigdy nie tracąc jednak z oczu głównego wątku. Bo bardziej niż teorie spiskowe (Jak to było z lądowaniem na Księżycu? Kto zabił prezydenta Kennedy’ego?) liczy się tutaj kwestia symboli oraz ich wpływu na całe społeczeństwa. Mangaka pokazuje, że komiks pokroju Myszki Miki, ze względu na niezwykłą popularność, w nieodpowiednich rękach swego czasu mógł łatwo stać się narzędziem propagandy, narzucającej odbiorcom „właściwy” sposób myślenia. W przekazaniu tego komunikatu pomagają liczne odwołania do prawdziwych, dramatycznych zdarzeń, które, co nie dziwi, są bezpośrednio powiązane z główną osią fabuły oraz zagadką prawdy o Billym Bacie. Całość ciężko zdefiniować gatunkowo – znajdziemy tu thriller szpiegowski, kryminał, elementy kina samurajskiego, komentarz do problemów społecznych (prawa czarnych, rasizm etc.), a nawet wzorcowy dramat. Ale jakkolwiek jest ona gęsta treściowo, mangę czyta się szybko, a apetyt na kolejne odsłony monumentalnego widowiska rośnie w miarę lektury. Polskojęzycznemu czytelnikowi pozostaje mieć nadzieję, że skoro inne dzieło Urasawy, wybitny Monster, trafiło na półki księgarń, ten sam los czeka i Billy’ego Bata… kiedy już cykl dobiegnie końca. Trzeba przyznać, że prędko się na to nie zanosi (liczy na razie ponad 180 rozdziałów zebranych w 17 tomach). 
Poprzez tak wielką różnorodność przytoczonych przykładów miałem zamiar pokazać, jak wielki potencjał niesie ze sobą metafikcja. Z odpowiednim pomysłem i odpowiednią osobą za sterem możliwości są praktycznie nieograniczone. Ale poza tym, że tego rodzaju twórczość stymuluje wyobraźnię i dodatkowo angażuje odbiorcę uwikłanego w grę nawiązań, jest ona także w stanie powiedzieć nam dużo o świecie, w którym żyjemy, naszej kulturze czy systemie wartości, w ramach którego funkcjonujemy. Każdy rodzaj fikcji stanowi w jakiejś mierze zwierciadło rzeczywistości, tu zaś mamy dodatkowo do czynienia z wyjątkową samoświadomością oraz skłonnością do odkrywczej autoanalizy. Dzieła tego gatunku odkrywają przed nami kolejną warstwę ukrytych treści. Naprawdę warto niekiedy zajrzeć głębiej i przekonać się w ten sposób, co w kulturze piszczy. Zwłaszcza że bywa to wspaniała przygoda.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.