Imaginacje&Inspiracje

Polak (krótko) potrafi

Źródło grafiki: http://behance.vo.llnwd.net/profiles7/339011/projects/4001865/95974508c5c90f0773a13ea3294fc933.jpg
W dzisiejszych czasach animacja wydaje się zjawiskiem powszechnym: w telewizji widzimy „Simpsonów”, „South Park”, „Family Guya”, a w przerwach między kolejnymi programami animowane reklamy przyciągają nasz wzrok. W kinach oglądamy kolejne projekty twórcy „Gnijącej Panny Młodej” – Tima Burtona – oraz nowe bajki Disneya, wygryzanego powoli przez Pixar. Animacja cieszy się taką popularnością, że Amerykańska Akademia Filmowa stworzyła specjalną kategorię nagród dla animowanych filmów krótkometrażowych.

Zapewne jednak niewiele osób wie, że wspomniana kategoria jest niezwykle wiekowa. Jej początki sięgają 1932 roku, co oznacza, że powstała 26 lat wcześniej niż film animowany. Prawdopodobnie na palcach jednej ręki można policzyć Polaków świadomych tego, że jako naród mieliśmy swój udział w powstawaniu tego gatunku. Władysław Starewicz – nasz rodak – nakręcił w 1910 roku pierwszy animowany film lalkowy pod tytułem „Piękna Lukanida”. To jednak nie koniec polskich zasług w tej sferze.

Tomasz Bagiński, nominowany do Oscara za słynną „Katedrę”, to jedynie jeden z wielu rodzimych talentów, choć bez wątpienia jego dzieło jest pięknym uwieńczeniem wieloletniej tradycji obecnej w naszym kraju. Tradycji, która odcisnęła na polskiej sztuce tak duże piętno, że znajduje swój wyraz chociażby w specyfice spotów telwizyjnego kanału TVP Kultura. Pora rzucić na to odrobinę światła.

Zacznijmy od tego, że z polską animacją nieodłącznie wiąże się instytucja Studia Małych Form Filmowych, czyli łódzkiego Se-Ma-Fora. To tam od 1947 roku powstawały (i nadal powstają) krótkometrażówki. Większość ludzi kojarzyć będzie Se-Ma-For z takimi bajkami jak: „Zaczarowany ołówek”, „Miś Uszatek”, „Kot Filemon” czy „Przygód kilka Wróbla Ćwirka”, ale studio było odpowiedzialne także za mnóstwo innych projektów – ciekawych, ambitnych, skierowanych niekoniecznie do dzieci.

Warto wspomnieć chociażby o niezwykle intrygującej, choć zarazem skromnej miniaturze zatytułowanej „Schody”. Pochodzi ona z 1968 roku. Reżyser – Stefan Schabenbeck – dzięki metaforze niekończących się schodów starał się zobrazować w tej krótkometrażówce ludzką egzystencję. Podszedł do tego minimalistycznie – człowieka przedstawił jako „ludka” pozbawionego wszelkich indywidualnych cech. Egzystencjalny odcień finału wspinaczki bohatera pokazuje, że „krótkometrażowy” nie oznacza „płytki”, a już na pewno nie „gorszy”.

Największy sukces odniosło jednak „Tango” Zbigniewa Rybczyńskiego z 1980 roku. To kunsztowne i wysmakowane dzieło wizualne zdobyło pierwszego Oscara w historii polskiego filmu. Po pierwszym zetknięciu się z powyższą animacją możemy odnieść wrażenie, że opiera się ona jedynie na cyklicznym powtarzaniu określonych czynności przez mnożące się postaci. Wszystko to odbywa się w rytmie tanga. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak i tutaj kryje się przesłanie. Obraz wyraża krytykę stagnacji, rutyny naszego życia, na które składa się szereg bezmyślnie wykonywanych ruchów. Co więcej, każda z przedstawionych osób nie zwraca najmniejszej uwagi na otoczenie, co ujawnia bolesną prawdę o alienacji jednostki. I któż powie, że obraz Rybczyńskiego nie zatrważa wciąż aktualnością? Kto wie, może nawet w dzisiejszych czasach robi to nawet mocniej niż do tej pory.

Z Se-Ma-Foru wywodzi się także pewien oryginalny twórca, który specjalizuje się w szczególnych technikach animacji – chodzi o będącego autorytetem na cały świecie Piotra Dumałę. To artysta z nietuzinkowy, lubujący się w oniryzmie sennych wizji i w ich absurdzie, ryjący obrazki w gipsie, a następnie zamalowujący je (i filmujący przy tym cały proces) – nie dziwi, że jego kompozycje szokowały i zachwycały. Ekranizował dzieła Dostojewskiego (wyśmienita „Łagodna” z 1985 roku, a także „Zbrodnia i kara” z 2000 roku), ale głównie pracował na projektami oryginalnymi, spośród których warto wymienić: debiutancką „Lykantropię”, „Czarnego Kapturka”, „Wolność nogi” czy niezwykle sugestywne i skłaniające do refleksji „Ściany”. Oglądanie krótkometrażówek Dumały to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, trzeba się przyzwyczaić do specyfiki jego świata przedstawionego i zaakceptować jego umówność. Gdy się już to uczyni, nic nie przeszkodzi w rozkoszowaniu się wizualną maestrią i dopracowaniem do najdrobniejszego szczegółu.

Wspomniany na początku Tomasz Bagiński zauroczył świat „Katedrą”. Zaskoczył widzów filozoficznym klimatem fabuły (choć to zasługa nie jego, ale Jacka Dukaja – to on jest twórcą opowiadania, które stało się kanwą filmu), podobnej nieco w wymowie do wspomnianych wcześniej „Schodów”. Za przyczyną „Katedry”, mówiącej o bezcelowości ludzkiej wędrówki, szokująco-komicznej „Sztuki spadania” i przejmującego „Kinematografu” zapomina się jednak o początkach tego twórcy – o „Rain”. Jest to film warty uwagi, niebanalny i dopracowany w warstwie animacji, mimo że daleki od perfekcji późniejszych dzieł. Opowiada o tęsknocie ludzi czasów postapokaliptycznych za naturą, symbolizowaną przez tytułowy deszcz, a także o tragicznej, próżnej pogoni za dobrymi czasami sprzed kataklizmu, który ludzie sprowadzili na siebie sami. Przedstawia krytykę postawy biernego zanurzenia w przeszłości zamiast aktywnego działania na rzecz polepszenia teraźniejszości.

Pamiętajmy również o bardziej rozrywkowym obliczu animacji, niezwiązanym przy tym z Se-Ma-Forem. Niech za przykład posłuży miniatura grozy „Millhaven”, oparta na spolszczonej wersji piosenki „The Curse of Millhaven” z płyty zespołu Nicka Cave’a „Murder Ballads”. Specyficzna technika obrazowania zdarzeń w połączeniu z mrocznym głosem Katarzyny Groniec kreuje przerażający klimat. Sprawia, że po plecach mogą przejść ciarki – zwłaszcza jeśli ogląda się ten klip po zachodzie słońca.

Studio Małych Form Filmowych dalej angażuje się w tworzenie uznanych krótkometrażówek, czego dowodem może być produkcja nagrodzona Oscarem w 2008 roku – „Piotruś i wilk”. Oprawa plastyczna TVP Kultura zaprojektowana przez Mariusza Wilczyńskiego miała przypominać Polakom o ich bogatej animacyjnej historii, a Tomasz Bagiński został zaproszony do promowania kraju ojczystego na EXPO w Szanghaju (2010 rok). Czemu więc tak mało osób zdaje sobie sprawę z potencjału polskiej animacji? Nasze krótkometrażówki zawsze miały w sobie coś szczególnego, możemy być z nich dumni i powinniśmy się nimi chwalić.

Kultura rządzi się jednak własnymi prawami – odbiorcy wolą oglądać animacje Pixara albo filmy Burtona. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że nie oznacza to końca krajowej sztuki animacyjnej. Bagiński chciał stworzyć pełnometrażowy film o powstaniu warszawskim („Hardkor 44”). Koncepty wizualne, które wyciekły do sieci, robiły wrażenie, mimo to  projekt obumarł – zabrakło funduszy. Tak więc ani społeczeństwo, ani prywatni inwestorzy, ani instytucje państwowe nie wspierają polskiej animacji (także finansowo). Wydaje się, że jej los jest ludziom obojętny, i to bardzo przygnębiająca konstatacja.








Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.