Popkulturowy bestiariusz

Yōkai

Źródło grafiki: http://bit.ly/1T4TLTC
Wyobraźcie sobie, że ze wszystkich stron nadejść może niewidoczne zagrożenie. Na poły człekokształtne widma przyczajone wśród cieni, demoniczne zwierzęta, istoty o zgoła groteskowym wyglądzie albo wcale nie posiadające fizycznej formy. Że zaatakować może niepozorna roślina, zjawisko atmosferyczne, a nawet trzymany w ręce przedmiot. Dopiero kiedy postawicie się w takiej sytuacji, zrozumiecie choć częściowo obawy Japończyków, które znalazły odbicie w ich systemie wierzeń jako stworzenia określane ogólnym mianem yōkai.
Duchy Kraju Kwitnącej Wiśni posiadają wieloraką naturę – często są zawistne i przynoszą żywym szkodę, ale potrafią również być zupełnie niegroźne, ba! przynosić szczęście tym, którzy je spotkają. Mogą też symbolizować rzeczy diametralnie odmienne: potęgę oraz różne aspekty natury, cierpienie zagubionych dusz lub ludzkie emocje na tyle intensywne, że muszą się zamanifestować. Z powodu tak wielkiej ich różnorodności w popkulturze pojawia się wiele innych określeń tych istot. Najpopularniejsze to ayakashi, mononoke, bakemono (przy czym ostatnie mają często zdolność zmiany kształtu), ale niejednokrotnie przywołam także nazwy świadczące o bardziej kreatywnym podejściu do zagadnienia.

Źródło grafiki: Stuart Rankin, https://goo.gl/RXNrB7

Bogaty japoński folklor jest na tyle istotnym elementem tamtejszej kultury, że w XVIII wieku postanowiono ocalić od zapomnienia opowieści o zawistnych demonach i kapryśnych zmorach. Gromadzący lokalne podania artyści-badacze uwieczniali na swoich rysunkach ludowe wyobrażenia potwornych istot, niekiedy posuwając się do tworzenia własnych legend, które w wielu przypadkach udało się mocno zakorzenić w świadomości kolejnych pokoleń. Jednym z takich ludzi był Toriyama Sekien, uważany za najwybitniejszego propagatora historii o yōkai, autor czterech kluczowych pozycji na ten temat: Gazu-hyakki-yakō (Ilustrowana nocna parada stu demonów), Konjaku-gazu-zoku-hyakki (Ilustrowana kontynuacja [zbioru] stu demonów obecnych i dawnych), Konjaku-hyakki-shūi (Zbiór uzupełniający stu demonów obecnych i dawnych), a także Gazu-hyakki-tsurezure-bukuro (dosł. Ilustrowany worek stu wybranych demonów). To dzięki Sekienowi przetrwały po dziś dzień obrazy kobiet o rozciągliwych głowach, pustogłowych demonów kappa, płonących kół z ludzkimi twarzami, jednonogich parasolek-cyklopów i wielu, wielu innych dziwadeł. Fascynująca kreatywność widoczna w tych ilustrowanych gawędach zasługuje na osobne omówienie, ale to już temat na inną okazję.

Nas interesuje obecnie ich ciągła obecność w dziełach kultury – filmach, serialach, książkach oraz komiksach. Oczywiście nikogo nie zdziwi to, że głównym narzędziem popularyzacji motywu yōkai są manga oraz anime. Tam znajdziemy najwięcej przedstawień demonów i wariacji na ich temat. W literaturze natomiast stworzenia te pojawiają się głównie w pobocznych wątkach fabuł metafikcyjnych lub urban fantasy. Zanim jednak przejdziemy do typowych przedstawień ayakashi, przyjrzyjmy się pewnej japońskiej produkcji innej niż wszystkie.

Już manga Mushishi jest przykładem nowej jakości w swoim gatunku, ale to dopiero animowana adaptacja wyniosła tę cudowną historię na artystyczne wyżyny. Zachwyca każdy kadr, ukazujący pierwotne piękno natury, realistycznie odmalowane krajobrazy pełne barw oraz tętniące życiem – życiem, którego zwykły człowiek nie dostrzega, ale które nieustannie toczy się wokół nas. Ukazane z inwencją, eteryczne mushi w rozmaitych kształtach i rozmiarach stanowią tu tylko pretekst do rozważań na temat natury człowieka, gdyż  zazwyczaj to on, a nie te żyjątka z innego poziomu egzystencji, jest winien problemów, przed którymi staje. Mushi są bowiem kolejnym elementem świata przyrody, poniekąd samą esencją życia. I tak jak ono przybierają fascynujące formy: olbrzymich węży, drzew, tęczy, drobnych organizmów czy unoszących się w powietrzu nieokreślonych kształtów; bywają stałe, półpłynne, nieuchwytne. Chociaż z czasem (powstały dwie serie i dwa odcinki specjalne) niektóre wątki anime wydają się do siebie aż nadto podobne, zawsze można liczyć na to, że twórcy zaskoczą nas kolejną niebywałą istotą oraz ciągiem obrazów, które chłonie się i podziwia.

Źródło grafiki: http://expij.pl/wp-content/uploads/2015/11/Mushishi-Zoku-Shou-01-Large-06.jpg

W tej bardzo poetyckiej, zamierzenie niespiesznej i raczej skłaniającej do refleksji, niż  rozrywkowej serii pojawia się pewna postać istotna dla opowieści o japońskich duchach. Tu uosabia ją główny bohater, Ginko, swego rodzaju znachor, który dzięki swojemu szczególnemu kontaktowi ze światem duchów oraz znajomości praw nim rządzących niesie pomoc ludziom niepokojonym przez mushi. Taki oświecony pośrednik między dwiema rzeczywistościami (czy też aspektami rzeczywistości) odgrywa kluczową rolę w tego rodzaju historiach. Nie tylko odkrywa przed odbiorcą sekrety drugiej strony, ale również dostarcza odpowiedzi na najistotniejsze pytania – choćby o przyczynę takiego, a nie innego zachowania yōkai.

Związek z naturą podkreśla w równym stopniu Hayao Miyazaki w swojej kreacji niezwykłego uniwersum, przede wszystkim w dwóch kanonicznych dziełach: Księżniczka Mononoke oraz Mój przyjaciel Totoro. Wędrówka w głąb rzeczywistości duchów przyrody, sąsiadującej z ludzką czy to w postaci uśmiechniętego miśkowatego olbrzyma albo kota-autobusu, czy dziwnych ludków o główkach w kształcie otoczaków i nieco upiornych niby-twarzach stanowiła dobry pretekst do poruszenia bliskich jego sercu zagadnień proekologicznych. Ze względu na tę miłość reżysera do ziemskiego ekosystemu da się odczuć w jego filmach jakiś niepojęty czar, a niesamowita wyobraźnia twórcy umożliwia pełne zanurzenie się w wykreowanej przez niego rzeczywistości i obserwację konfliktu na linii cywilizacja–natura. Inny wybitny film Miyazakiego Spirited Away: W krainie bogów (nagrodzony zresztą Oscarem) nawiązywał już otwarcie do folkloru i klasycznej baśni. Historia opowiada o dziewczynce, która uczy się trudów życia, gdy przez przypadek trafia z rodzicami do świata zamieszkanego przez ayakashi i zmuszona jest do pracy w niezwykłej łaźni.

Już w dziełach japońskiego mistrza ze studia Ghibli yōkai bywają wobec człowieka otwarcie wrogie, a przynajmniej pełne dystansu. Mononoke z 2007 roku eksponuje ich mściwy charakter, bo koncentruje się na opowieściach o duchach, które własne cierpienie postanawiają odreagować na Bogu ducha winnych nieszczęśnikach… Tyle że ci ostatni częstokroć okazują się wcale nie tacy niewinni. Prawda o ich prześladowcach jest zaś niezwykle smutna i poruszająca – niektórzy z nich nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że nie są już ludźmi. Protagonista nazywający sam siebie Sprzedawcą Leków wędruje po świecie i wypędza duchy z ofiar, ale żeby było to możliwe, musi wpierw odkryć całą prawdę o okolicznościach narodzin każdego z nich. Anime jest bardzo silnie osadzone w japońskim kręgu kulturowym i jego zwyczajach, przez co bywa momentami trudne do zrozumienia dla zachodniego widza, jednak niezwykła stylistyka tej produkcji – forma tradycyjnego teatru oraz grafika nawiązująca do dawnej sztuki ilustrowania – sprawiają, że jest ona unikatowa, a seans stanowi niezapomniane przeżycie. Co ciekawe, Mononoke stanowi rozwinięcie części antologii grozy Ayakashi.

Źródło grafiki: Rudebeast, https://goo.gl/ErVAaw

Spośród produkcji otwarcie czerpiących z dorobku dawnych badaczy yōkai warto wymienić jeszcze GeGeGe no Kitarō, Nurarihyon no Mago czy trylogię Yokai Monsters. Pierwsza z wymienionych pozycji to manga, która doczekała się sześciu wersji anime, jednego filmu animowanego oraz dwóch aktorskich. Opowiada o przygodach ducha Kitarō, który wraz z towarzyszami stara się doprowadzić do zgody między światem swoim i ludzkim. Wspierają go dziadek Medama-Oyaji, z którego pozostała jedynie ożywiona gałka oczna, człowiek-szczur Nezumi-Otoko, a także dziewczyna-kot Neko-Musume. Nurarihyon ma podobnie nieludzkiego bohatera – Rikuo Nurę, w jednej czwartej yōkai, który mieszka ze swoim dziadkiem oraz innymi niezwykłymi stworzeniami i stara się spełniać dobre uczynki, aby uniknąć całkowitej przemiany (może się zmieniać tylko po zachodzie słońca). Ostatni z wymienionych tytułów to nazwa cyklu aktorskich filmów z końca lat 60., wartego uwagi ze względu na wykorzystanie archaicznych metod twórczych – marionetek, kostiumów oraz prymitywnej animacji, a także użycie klasycznych wizerunków znanych demonów. Nawiązuje przy tym do legendy o chłopcu z brzoskwini Momotarō, wykorzystując baśniową strukturę opowieści do stworzenia nacjonalistycznego przesłania (duchy jako armia najeźdźców). Powstał remake w reżyserii Takashiego Miike, który koncentruje się bardziej na starciu tradycji ze współczesnością przez uczynienie z folklorystycznych potworów półmaszyn. Interesujące, że konsultantem przy produkcji był postrzegany jako wielki autorytet Shigeru Mizuki, twórca GeGeGe, który zagrał również w filmie niewielką rólkę.

Na japońskim rynku anime najwięcej można znaleźć historii o łowcach ayakashi, którzy chronią przed nimi ludzkość, dokonując pewnego rodzaju egzorcyzmów. Na tle reszty szczególnie wyróżniają się dwie: fenomenalne Noragami (dwa sezony) oraz trochę nierówne, ale bardzo przyjemne Kyōukai no Kanata a.k.a. Beyond the Boundary (jeden sezon streszczony w filmie i jeden film zamykający wątki). Pierwsza historia powstała na podstawie wciąż publikowanej mangi o pomniejszym bogu Yato, chodzącym wciąż w dresie i marzącym o własnej świątyni. W towarzystwie swojego wiernego shinki (przygarniętego ducha, który może stać się bronią) Yukine oraz Hiyori, dziewczyny, która z niewiadomych przyczyn opuszcza niekiedy własne ciało i walczy z nękającymi miasto groźnymi widmami. Mają one tutaj najczęściej formę zwierzęcą (co widać chociażby na poniższym filmiku), ale czasem przyjmują także postać wyłupiastego oka. Ten sposób przedstawienia demonów jest szczególnie bliski pierwotnym gawędom, ponieważ oddaje grozę tych istot: złowrogie szepty, ciemne barwy, dzikość i krwiożerczość zachowania. W tym anime dodatkowym zagrożeniem jest to, że takim ayakashi może się stać praktycznie każdy, nawet bóg, wystarczy skaza na duszy albo zbyt długie wystawienie na negatywne emocje. Można się go pozbyć za pomocą egzorcyzmu, o którego skuteczności świadczy pojawienie się świetlistego symbolu i zniknięcie złego ducha.



Sytuacja wygląda podobnie w drugim z wymienionych anime, z tym że głównym bohaterem jest tam półdemon, a wszechobecne na świecie kreatury noszą miano yōmu. Polowaniem na nie zajmuje się specjalna kasta wojowników. Pokonane stwory przemieniają się w kamienie szlachetne, które można wymienić na gotówkę w specjalnie wyznaczonych punktach. Nieśmiertelny protagonista, Akihito, jest nieustannie kontrolowany przez organizację zrzeszającą łowców yōmu. Na domiar złego musi wciąż odpierać ataki Mirai, dziewczyny, na której ciąży klątwa i która może wykorzystać w walce własną krew. Starcia z nim traktuje ona jako swego rodzaju trening, dopóki chłopak nie decyduje się pomóc jej w przezwyciężeniu słabości. Z początku prosta fabuła nabiera rozpędu, świat przedstawiony wzbogaca się w szczegóły, wyjaśnione zostaje też znaczenie tytułu. Atutami są wymyślne przedstawienia stworzeń, nienachalny wątek miłosny z udziałem Akihito i Mirai, a także sympatyczne postaci. Nieco zastrzeżeń można mieć do „wypełniaczy”, czyli odcinków niezwiązanych z głównym wątkiem, czy motywów humorystycznych (nie każdego rozbawią obecne w japońskiej kulturze romantyczne relacje między rodzeństwem bądź podteksty erotyczne). Rzadko jednak zdarza się, żeby produkcja tego rodzaju miała równie satysfakcjonujący finisz. W Kyōukai no Kanata było to możliwe dzięki znacznemu rozbudowaniu zakończenia. Podobnie jak Noragami jest to także anime zwyczajnie ładne.

Dowodem na to, że monoke mogą wzbudzać nie tylko strach, lecz także sympatię jest m.in. seria Natsume yūjinchō. To ciepłe anime na podstawie mangi prowadzi widza przez – jak na razie – cztery serie (piąta już zapowiedziana) tropem perypetii Takashiego Natsume, chłopaka, który postanowił oddać okolicznym istotom odebrane przez swoją babkę imiona, zapisane w Księdze przyjaciół. Pomaga mu w tym, choć niezupełnie bezinteresownie, przypadkiem obudzony przez niego kot szczęścia, Madara. Oczywiście zdarza się, że Natsume spotyka na swej drodze stworzenia nieprzyjazne, próbujące się zemścić na nim za grzechy krewnej, ale równie często są to istoty w gruncie rzeczy dobre, których właśnie łagodność i bezbronność, dostrzegalne także fizycznie, spowodowały, że znalazły się w takiej, a nie innej sytuacji. Jak wiele opowieści tego rodzaju Natsume yūjinchō nie jest produkcją o spójnej fabule i chociaż w miarę rozwoju akcji wychodzą na jaw pewne tajemnice, to każdy odcinek stanowi właściwie zamkniętą całość. Podobnie jak Mushishi jest też raczej spokojne i niespieszne, dlatego też jego oglądanie wymaga odpowiedniego nastroju.

Aż dziw, że z takiego bogactwa materiału nie skorzystali wcześniej twórcy przeznaczonych dla młodszego odbiorcy (głównie chłopców) shonenów. Co prawda pewne wariacje na temat duchów pokroju kitsune (lisa) czy tanuki (zwierzęcia przypominającego borsuka) pojawiały się już w Digimonach czy Naruto, ale dopiero Yo-kai Watch zapoczątkowało popularność yōkai w tym gatunku anime. Temat chwycił i obecnie oprócz anime liczącego już ponad 100 odcinków mamy gry, filmy, zabawki – całą markę, prawie zdolną konkurować ze starymi wyjadaczami, Pokemonami. A o czym to jest? Oto zwyczajny chłopak imieniem Keita natrafia na zagadkową kapsułę, z której wypuszcza dziwnego ducha. Ten ofiarowuje mu tytułowy zegarek, dzięki któremu możliwe będzie wykrywanie sprawiających kłopoty yōkai. Partnerem chłopca staje się później koci duch Jibanyan. Tak powstaje powiększająca się stale drużyna zaprzyjaźnionych ludzi i stworów. W ogólnym zarysie fabuła wydaje się dość schematyczna i wtórna, ale nawiązanie do japońskiego dorobku kulturowego oraz uznanie miłośników gatunku sprawia, że anime to wyróżnia się wśród innych podobnych produkcji.

Źródło grafiki: http://www.snyd.dk/wp-content/uploads/youkai-watch-10.jpg

Jak większość towarów eksportowych z Kraju Kwitnącej Wiśni, także i ayakashi trafiły wreszcie do Ameryki. Pojawiły się w inspirowanych kulturą Wschodu produkcjach pokroju Avatara: Legendy Aanga bądź Legendy Korry, gdzie świat duchów odgrywał niebagatelną rolę, a przedstawiony był z wielką inwencją. Duchy jednak, z natury dość abstrakcyjne, najlepiej sprawdzają się w komiksie, tak bardzo opierającym się przecież na obrazach. Obecnie stare legendy z powodzeniem propaguje publikacja Image Comics Wayward, opowiadająca o grupie nastolatków zmuszonych przez przeznaczenie do stawienia czoła siłom świata niewidocznego dla zwyczajnych ludzi. Z tempem i wiarygodnością historii bywa różnie, kluczowe są tu jednak towarzyszące jej teksty popularnonaukowe, przybliżające różne japońskie motywy, sylwetki wschodnich artystów, ciekawe dzieła. Rzecz naprawdę warta uwagi.

O wiele lepiej wykorzystał medium komiksowe Mike Carey, korzystający z tej mitologii już przy okazji tworzenia Lucyfera. Głęboko z japońskiego folkloru zaczerpnął w Crossing Midnight, wciągającej opowieści o nieszczęśliwych losach dwójki rodzeństwa – brata i siostry, Kaia i Toshi – z których jedno, Kai, zostało jeszcze przed urodzeniem przeznaczone despotycznemu bóstwu na skutek modłów ojca, niezdającego sobie sprawy z ich konsekwencji. Także z tego powodu Toshi jest odporna na wszelkie zranienia. Prawda wychodzi na jaw, kiedy pan mieczy, Aratsu, przychodzi upomnieć się o swoje i zrobi absolutnie wszystko, by odebrać przyrzeczony mu dar. Według słów samego autora jest to jego metafikcyjna wariacja na temat Królowej Śniegu, inspirowana twórczością mangaków takich jak Junji Ito czy wzmiankowany już Shigeru Mizuki. Wariacja, dodajmy, absolutnie szalona, pełna niezwykłych pomysłów, cokolwiek krwawa, zupełnie niepatyczkująca się z bohaterami. Niestety, słaba sprzedaż tej serii spowodowała, że podjęto decyzję o jej przedwczesnym zakończeniu. W konsekwencji nie dość, że finał sprawia wrażenie ewidentnie przyśpieszonego, to także rysunki zdają się szalenie niedopracowane. Wielka szkoda, tym bardziej że Carey zaludnił swój wymyślony świat m.in. zjadającymi sny baku, boginiami igieł, a także całym mnóstwem mniej lub bardziej rozpoznawalnych ayakashi.

Źródło grafiki: http://static.comicvine.com/uploads/scale_small/0/9116/694044-crossingmidnight16.jpg

W legendarzu yōkai kryje się wprost niewyczerpany potencjał twórczy. Udowadniają to wszystkie przywołane przeze mnie dokonania popkultury, a przecież stanowią one jedynie ograniczony wybór ciekawszych przypadków. Na wiele tytułów zwyczajnie nie starczyło miejsca. Zainteresowani tematem mogą spróbować szczęścia choćby z InuYashą – o innych jeszcze ciężko coś powiedzieć (mam tu na myśli mangę Fukigen na Mononokean, której adaptacja będzie miała premierę w lipcu). Zarówno anime, jak i film czy komiks stwarza jednak wyjątkową okazję obcowania z fascynującą wyobraźnią Japończyków, zetknięcia z ich jedyną w swoim rodzaju kulturą i obyczajami. Naprawdę warto dać nura w to głębokie morze opowieści o niewidocznych intruzach (a może raczej pełnoprawnych współmieszkańcach?) czających się w każdym zakamarku naszego świata. Nawet jeśli potem ciężko będzie nam spojrzeć tak samo jak wcześniej choćby na niepozorną parasolkę.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.