Imaginacje&Inspiracje

Ta niesamowita groza

Źródło grafiki: http://www.hdwallpapersarena.com/wp-content/uploads/2013/03/dfhd.jpg
Wampiry, wilkołaki, duchy... Cała nieśmiertelna zgraja z horrorów. To ona przyciąga czytelników i widzów, sprawia, że książka lub film pochłania nas bez reszty. Literatura wampiryczna jest ogromnie popularna, a ekranizacje poszczególnych dzieł powstają w niezwykle szybkim tempie. Dlaczego? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

Geneza horroru sięga czasów angielskiego gotyku – to czas twórczości Edgara Allana Poego, Mary Shelley, Brama Stokera; czas poszukiwania ucieczki od zasad etykiety, czas zmian i przygód. Do rozwoju wspomnianej stylistyki najmocniej przyczynił się jednak Samotnik z Providence – Howard Phillips Lovecraft, który po dziś dzień jest inspiracją dla wielu pisarzy i reżyserów.

Co charakteryzuje powieści wyżej wymienionych artystów słowa? Z pewnością obecność ponadnaturalnych istot, niepojętych stworzeń, które budzą lęk i które sprawiają, że po plecach przechodzą nam ciarki, a w gardle odczuwamy nagle suchość. Mechanizm ten niezwykle logicznie wyjaśnia Sigmund Freud w swojej pracy pt. Niesamowite. Tytułowe „niesamowite” jest przeciwieństwem „samowitego”, czyli tego, co dobrze znamy. Jak wiadomo, przeciwieństwa są zazwyczaj o wiele ciekawsze – tak jest też w tym przypadku. Wskazaną prawidłowość dobrze wykorzystują autorzy literatury grozy, którzy budują w czytelnikach nastrój narastającego niepokoju dzięki wprowadzaniu do świata przedstawionego elementów „nie stąd”, burzących naturalny porządek rzeczy. Zabieg ten powoduje zarówno skonfundowanie, jak i wielką fascynację tym, co jeszcze może się zdarzyć. Nieznane ma bowiem w sobie to, że może jednocześnie wiązać się z poczuciem lęku i zaintrygowania. Nieznane jest, jak odkryli pisarze, tym, czego chce czytelnik.

W taki właśnie sposób do kanonów pisarstwa weszły istoty nieśmiertelne (wszak myśl o nieśmiertelności towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów), niewytłumaczalne zjawiska, pradawne klątwy i groźni bogowie sprzed „dziwnych eonów”, jak pisał Lovecraft. Jednak to wielka trójca – wampiry, wilkołaki i duchy –  cieszy się obecnie największym poważaniem. Zauważmy, że dołączyły do niej też anioły, co wynika zapewne z osłabienia roli religii w życiu współczesnego człowieka.

Wydaje się, że bohaterowie horrorów nigdy nie miewali się lepiej niż teraz. Ludzie zaczytują się w paranormalnych romansach (które nie przypominają już ani trochę takiego arcydzieła, jakim jest chociażby Dracula), marka Zmierzch święci tryumfy na całym świecie, ale wszystko to nie niesie za sobą świeżości. Autorzy bezlitośnie maglują wciąż te same schematy, czerpią jedni z drugich, balansując niebezpiecznie na krawędzi plagiatu. Wszystko to dlatego, że przywykliśmy bać się tych samych rzeczy.

W filmach grozy zrealizowanych w przeciągu minionych dekad wyraźnie widać powracające tendencje (zwróćmy uwagę chociażby na wieloczęściowe cykle o Frankensteinie czy Draculi). Kręcono produkcje o nawiedzonych domach (Nawiedzony dom), wiedźmach (Suspiria), psychopatach obdarzonych paranormalnymi zdolnościami (Koszmar z Ulicy Wiązów, Piątek trzynastego, Halloween), a potem przerabiano je na nową modłę (liczne remake’i, wykorzystywanie metody paradokumentu jak w przypadku Paranormal Activity), następnie zaś parodiowano (Krzyk, Straszny film). Hollywoodzkie kino stało się specem od podawania odgrzewanych kotletów, choć wszystko wskazuje na to, że nie musiało się nawet specjalnie przy tym starać – horrory cieszą się niezmienną, bardzo dużą popularnością, a publiczność ciągle ich łaknie.

Prekursorzy gatunku prawdopodobnie w najśmielszych snach nie spodziewali się tego, że odkryli „perfekcyjną” receptę na film, „perfekcyjną” do tego stopnia, że wraz z wprowadzeniem zasady niesamowitości doprowadzili mimowolnie do zastoju gatunku grozy spowodowanego przeświadczeniem o zbędności wszelkich zmian. Nie jest to bynajmniej zły czynnik, nawet z czegoś wielokrotnie przemielonego przez popkulturę da się przecież skonstruować coś nowego. Przykładem niech będzie serial American Horror Story, który opiera się na schematach, a jednak tworzy zupełnie awangardową całość, zachowując przy tym znakomity klimat. Z drugiej zaś strony kino hiszpańskie udowadnia, że z odpowiednim warsztatem można „jechać na kliszach”. Inni czy Sierociniec stanowią ciekawe ilustracje tej reguły.

Od czasu do czasu do horroru wkrada się powiew świeżości. Clive Barker w swoim Hellraiserze przekroczył wszelkie granice i wywołał w ten sposób niemały szok, bo jego „niesamowite” było tak potworne i niewyobrażalne jak jeszcze nigdy wcześniej. Oryginalni byli swego czasu również Japończycy. Zaczęło się od kasety z The Ring i długowłosej dziewczyny, poruszającej się w groteskowy sposób. Cóż z tego, skoro Amerykanie pospieszyli z kopiowaniem ich konceptu, a i sami rodacy Hideo Nakaty popełnili The Grudge, Dark Water, Shutter – Widmo i cały szereg innych, podobnych produkcji? Jest jednak coś, co mocno odróżnia japońskich reżyserów od świata Hollywoodu – nawet najgorszy z ich filmów grozy jest lepszy od znacznej większości tych amerykańskich.

„Reguły dobrego straszenia” są zachowywane od dziesięcioleci z zaskakująco dobrym efektem. Biznes się kręci, pieniądze napływają, ludzie chodzą do kin i sięgają po książki Stephena Kinga, który dostarcza odbiorcom coraz to kolejne czytadła. Nie jest to bynajmniej oskarżenie – sam chętnie sięgam po jego książki, sam oglądam horrory, powstające jak grzyby po deszczu, z niekłamaną przyjemnością. W naprawdę wielu przypadkach nie wykraczają one jednak poza zbiór wypracowanych klisz. Po raz kolejny można się poważnie zastanowić nad tym, czy to zupełnie zły stan rzeczy – myślę, że niekoniecznie. Potrzebujemy czasem chwilowej rozrywki. Nie musi ona być specjalnie wyrafinowana, nie musi zawierać jakiegokolwiek przesłania. Nie po to powstaje. I dopóki zdajemy sobie sprawę, że nie ma sensu na siłę doszukiwać się filozoficznej głębi w powieściach i filmach grozy (a przynajmniej w ich współczesnych przykładach), jest dobrze.

Horror przetrwa, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Kto wie – być może gdy wszystko inne odejdzie już dawno w zapomnienie, tylko on jeden się uchowa.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.