Przepis na:

Muzyczny tatar

Źródło grafiki: Whitepod Hotel | Flickr
W dzisiejszych czasach podaje się nam naprawdę niewiele produktów (zarówno spożywczych, jak i filmowych/serialowych/książkowych/muzycznych) surowych, niczym nieskażonych, nie wzbogaconych ani przefiltrowanych w ten lub inny sposób. Skoro istnieje tyle możliwości olśnienia odbiorców gotowym, bogato doprawionym daniem, po co eksponować składniki w ich naturalnej postaci? – myślą sobie twórcy. Proste formy przestały, zdawać by się mogło, spełniać ogólnie przyjęte wymogi. Przeciętny odbiorca chętniej spożyje przecież znajomą popkulturową pieczeń niż tatar, który nie każdemu przypadnie do gustu.
Posmaku miłego podniebieniu współczesnego człowieka dodaje propozycjom artystów coraz częstsze wykorzystywanie nowych technologii (e-booki, obrazowanie 3D, sprzęt AR); lepsza staje się również dostępność usług (platformy streamingowe, torrenty, Spotify). Rzekłbyś, żyjemy w cudownej epoce pełnej możliwości. Tyle że z powodu całej tej otoczki, XXI-wiecznej panierki mainstreamu, zatraciliśmy gdzieś po drodze autentyzm i czar ulotności spotkania z dziełem sztuki, zwłaszcza muzycznym, jednym z najbardziej niepowtarzalnych (bo przecież każdy może teraz stworzyć cover danego utworu). Soczysty smak mięsa zostaje dosłownie zabity przez dodatki.

Na poszukiwanie tych dwóch wartości udaje się bohater fascynującego dokumentu Wyobraź sobie świat bez muzyki, były członek brytyjskiej kapeli The KLF, Bill Drummond. On sam intryguje w równym stopniu, co projekt stanowiący temat filmu. Dla przykładu razem z kolegami z zespołu spalili na scenie małą fortunę w funtach i żaden z nich nie jest w stanie podać przekonującego powodu. Artystyczna awangarda czy śmiały protest przeciw komercjalizacji? Nikt nie wie na pewno. Co więcej, krótko potem wycofali się ze świata przemysłu muzycznego w obawie przed zupełnym wciągnięciem w jego niszczycielskie tryby. Z tego też powodu Drummond stara się obecnie wrócić do źródeł, czyli tam, skąd pierwotnie pochodził dźwięk. W ramach projektu The17 zbiera po całym świecie przypadkowych ludzi, z których tworzy chór niczym niewspomaganych głosów. Ale to jeszcze nie wszystko...

Artysta wychodzi z założenia, że mogłaby by zdarzyć się katastrofa, w wyniku której wszystkie współczesne dokonania muzyki zniknęłyby w ciągu jednego dnia; ot, po prostu przepadły bez śladu. W obliczu takiego nieszczęścia człowiek byłby zmuszony wrócić do dawnych metod tworzenia tej sztuki, zupełnie acapella. Taki też cel ma emerytowany muzyk: przy pomocy zebranych nagrań amatorskich występów tworzy całe kompozycje, z których każda jest jedyna w swoim rodzaju. Dlaczego? Otóż dlatego, że na jej odtworzenie zaprasza się jedynie tych, którzy wzięli udział w projekcie, stali się częścią Siedemnastki, a na dodatek zaraz po odsłuchaniu, dokonanym raz, w konkretnym miejscu i konkretnym czasie, zapis zostaje niezwłocznie skasowany! Mamy tu doczynienia z ewidentną pochwałą unikalności dzieła, którą da się odczuć jedynie w natchnionej, ze wszech miar wyjątkowej chwili. Oto surowa, niczym tatar właśnie, postać muzyki.

The17 nie ogranicza się jednak do tego rodzaju kompozycji. Co istotne, swoje prace może tworzyć lub zaproponować każdy. W jednej ze scen filmu Drummond prowadzi zajęcia dla dzieci i zachęca je do tworzenia własnych dzieł, wykorzystujących dźwięki natury. I tak pełnoprawnym utworem może stać się słuchanie z uchem przy ziemi odgłosów świata przyrody czy chociażby przekazywanie konkretnego sygnału jeden drugiemu przez ludzi ustawionych wokół wybranej części miasta, tak żeby echo wypełniło całą industrialną przestrzeń (berliński Dźwięk przestrzenny). Na koniec Wyobraź sobie świat bez muzyki artysta proponuje udział w projekcie także nam, oferuje każdemu widzowi ucieczkę z zamkniętego świata podrasowanych melodii oraz manierycznych tekstów. Z okazji jednak skorzystają raczej nieliczni, jakkolwiek perspektywa wymienienia w obsadzie na oficjalnej stronie może wydać się całkiem kusząca. Sęk w tym, że za bardzo uwięzieni jesteśmy w świecie krzykliwych teledysków Lady Gagi bądź sentymentalnych wyczynów Adele (nie uwłaczając obu artystkom), żeby zrobić krok w tę stronę. Przemysł muzyczny, czy chcemy tego, czy nie, wciągnął nas, uzależnił od dodatków oraz udogodnień, zagarnął nasze serca i umysły.

Sam zawsze byłem osobą, która stawia w muzyce na tekst (nie mówiąc o tym, że słucha jej raczej rzadko), przekaz, poetyckość. Jednak podejście Drummonda wydaje się na tyle nowatorskie w swojej archaiczności, na tyle inne, że dałem mu się przekonać, zabrać we wspólną podróż w poszukiwaniu surowego dźwięku, która skojarzyła mi się z czytanymi w dzieciństwie opisami starań komiksowego Tytusa de Zoo, pragnącego uchwycić piękno odgłosów natury. Dlatego też polecam takie wyzwania także i wam, nawet jeśli – podobnie jak ja – za tatarem specjalnie nie przepadacie. Coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że czasem faktycznie warto spróbować tego rodzaju rzeczy, odrzucić wszelkie ozdobniki i przyprawy, zakosztować dźwięku na wskroś pierwotnego. W końcu pieczeń nie zając, nie ucieknie, nie zanosi się też, aby w najbliższym czasie miało jej zabraknąć. Z pewnością okazjonalna odtrutka od tej wszechobecnej dominacji jest więcej niż zalecana. 
Koniecznie zajrzyjcie na stronę projektu! http://www.the17.org/home.php

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.