Imaginacje&Inspiracje

50 Shades of Hotel

Źródło grafiki: http://www.ignorancia.org/uploads/images/hotel/hotel.jpg
Witam Państwa bardzo serdecznie. Nazywam się Antoni Kaja i będę dziś Państwa przewodnikiem po świecie popkulturowych hoteli, moteli oraz hosteli. Czeka nas pasjonująca wycieczka dookoła świata, a także poza jego granice. Proszę wsiadać, drzwi zamykać. Ruszamy!
Zaczynamy z grubej rury. Mamy coś idealnego dla miłośników hazardu i gry o naprawdę dużą stawkę – czarnogórskie Casino Royale, w którym goszczą zarówno bogacze, jak i szare eminencje półświatka. Można tutaj przenocować i dobrze się zabawić, a przy odrobinie szczęścia spotkać samego asa brytyjskiego wywiadu, Jamesa Bonda. Jeśli jednak agent 007 opuścił już Casino Royale, nie pozostanie nam nic innego, jak tylko pośpiesznie podążyć jego śladem. Powinniśmy dogonić go na samym środku boliwijskiej pustyni, w hotelu Perla de Las Dunas. Zapewniam Państwa, że mocnych wrażeń nam nie zabraknie.

Gdzieś w oddali po lewej stronie widać już Hotel Transylwanię. Krążą pogłoski, że ludzi nie wita się tam z otwartymi ramionami – drzwi są otwarte wyłącznie dla różnorakich monstrów z wszelakich stron świata. Oczywiście brzmi to idiotycznie, ale lepiej dmuchać na zimne i nie zapuszczać się w tak mroczne okolice.

Państwo wybaczą, ale na Słowację jedynie rzucimy okiem. Może i tutejsze hostele mają pewien lokalny koloryt i swego rodzaju urok, a kobiety i ładne, i rozrywkowe, ale to propozycja tylko dla ryzykantów oraz poszukiwaczy mocnych wrażeń. Wystarczy nieszczęśliwy zbieg okoliczności i zostaną Państwo wydani – oczywiście za sowitą opłatą – bandzie znudzonych potentatów, którzy zrobią  wiele, aby spełnić swoje sadystyczne zachcianki. Wszystko przez to współczesne kino gore. Osiem filmów o psychopacie lubującym się w zagadkach i makabrycznych gierkach... Przy takich wzorcach aż dziw, że o słowackich hostelach naprawdę głośno zrobiło się zaledwie dwukrotnie. No i jeszcze ta miejscowa dzieciarnia. Aż ciarki przechodzą po plecach. Osobiście nie polecam.

Nim wsiądziemy na prom, będą mieli Państwo okazję odetchnąć świeżym powietrzem nadmorskiej Bretanii. W okolicy znajduje się uroczy francuski kurort. Radzę jednak unikać Pana Hulota – biedaczek przyciąga kłopoty niczym magnes.

Witamy na Wyspach Brytyjskich! Żywię nadzieję, że choroba morska nie dała się Państwu we znaki. Zatrzymamy się na chwilę w Fawlty Towers, podmiejskim hotelu w Torquay. Tak, to prawda, że z obsługą ciężko się porozumieć i że nie bardzo rozumie ona po angielsku, a właściciel zdaje się nieco humorzasty, ale jeśli fortuna będzie nam sprzyjać, to pobyt powinien obyć się bez przykrych niespodzianek. A poza tym to takie zaciszne miejsce.

Jestem pewien, że podczas postoju w Brighton szczególnie przypadnie Państwu do gustu Hotel Grand Metropolitan. Wprawdzie ostatnimi czasy grasuje tam jakiś złodziejaszek (zniknęły pewne kosztowności), ale na miejscu jest Hercules Poirot. Powiedziano mi, że zaprzągł już do pracy nad tą sprawą swoje szare komórki, słynne na cały świat.

W Londynie warto w pierwszej kolejności rzucić okiem na wielce elegancki Hotel Bertram. Jego goście mają więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. Jeszcze niedawno atmosfera była tam cokolwiek napięta, lecz po wizycie panny Jane Marple wszystko wróciło do normy.

Uwaga! Za chwilę przejedziemy obok pięciogwiazdkowego Hotelu Babylon. Będę z Państwem szczery: to miejsce nie na Państwa kieszenie. Tutejsza obsługa potrafi dostarczać swoim gościom wszystkiego, czego tylko sobie zażyczą, spełniać ich najskrytsze sny i otaczać troskliwą opieką, przymykając oko na drobne dziwactwa (i na te większe też). Jako że transakcja jest wiązana, nikt nie uniknie wystawienia  mu rachunku za pobyt oraz wszelkie wyświadczone usługi – rachunku, który mocno uderza po kieszeni. No cóż, to po prostu błyszcząca i szykowna świątynia rozpusty, istny raj dla snobów. A jakie rzeczy dzieją się tu po nocach! Aż trudno uwierzyć. A skoro już o niezwykłych hotelowych anegdotach mowa, słyszałem parę szczególnie ciekawych od mojego znajomego Teda, boya hotelowego. Robią wrażenie, choć Ted opowiedział mi jedynie o rzeczach, które spotkały go w zaledwie czterech pokojach!

Samolot wylądował – ladies and gentlemen, welcome to New York! Znajdziecie tu Państwo całe mnóstwo lepszych i gorszych miejsc na nocleg. Zwłaszcza wizyta w Hotelu Dolphin, a ściślej w pokoju 1408, może się skończyć źle. Krąży sporo opowieści o potwornościach, których doświadczył w nim pewien sceptyk. Ta historia to zresztą świetny materiał na powieść grozy albo chociaż na opowiadanie.

Dotarliśmy teraz do stanu Maine, znanego Państwu zapewne z powieści Stephena Kinga i nie tylko. Zdaje się, że magia jest tutaj stale obecna. Szczególnie mocno poczujemy ją tuż za lasem, gdzie leży spokojne, urocze miasteczko Storybrooke, w którym podobno zatrzymał się czas. Jeżeli kiedykolwiek będą tu Państwo przejazdem, warto spróbować przekroczyć granicę i poszukać wolnego pokoju w pensjonacie U Babci. Kto wie – być może wraz z Państwa wizytą sprawy nabiorą rozpędu?

W okolicy znajduje się wiele podupadłych (albo zrujnowanych), nieco małomiasteczkowych kurortów. Warto wymienić chociażby Hotel Paradise czy Hotel Belle Rouen. Mówi się, że mieszka tutaj bardzo ciekawska i rezolutna dziewczynka, zafascynowana rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Może nie zyskała jeszcze takiej sławy co jej brytyjscy koledzy, o których była już wcześniej mowa, ale z pewnością dąży do celu równie wytrwale.

Gdybyśmy skręcili teraz w lewo, dojechalibyśmy do nastrojowego, położonego w górach Hotelu Overlook. Obok niego znajduje się labirynt z żywopłotu – lepiej się w nim nie zgubić po zmroku, bo noce w tym rejonie bywają bardzo chłodne. Całość stanowi scenerię wprost idealną dla horroru. Ponadto sam budynek skrywa niezwykle bogatą, mroczną przeszłość. Ostrzegam jednak: dłuższy pobyt może skutkować niepokojącymi halucynacjami. Jeśli więc zacznie z wami rozmawiać barman stojący za kontuarem baru albo jeśli nie będziecie w stanie napisać czegokolwiek poza jednym zdaniem, to wiedzcie, że prawdopodobnie jest już dla was za późno na ratunek.

Na zwiedzanie Los Angeles nie mamy niestety czasu, nie ulega jednak wątpliwości, że hotel zdecydowanie wart uwagi to Million Dollar Hotel – raczej obskurny, ale dający schronienie nawet najbardziej specyficznym osobnikom. Kiedy zatrzymałem się w nim ostatnim razem, w holu mignęła mi jakby twarz Mili Jovovich, ale mogło mi się wydawać.

W Kalifornii niech was nie zwiedzie przydrożny Bates Motel. Fakt faktem, że posiadłość jest ciekawa i rustykalna, jednak hobby w postaci taksydermii to nie jedyne dziwactwo gospodarza domu. Pięknym kobietom kategorycznie odradza się brać tutaj prysznic oraz nadmiernie prezentować wdzięki.

Na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady leży doprawdy urocza miejscowość – Twin Peaks. Lokalny hotel Great Northern to dobre miejsce na nocleg, o ile nie przeszkadza wam właściciel, który całkowicie ignoruje swoją rodzinę (w tym rozkapryszoną córkę oraz niepełnosprawnego syna) i ma niecne plany względem pobliskiego tartaku. Ups! Zapomniałem wspomnieć o zamordowaniu Laury Palmer, lokalnej piękności. Niedawno na miejscu zbrodni zjawił się agent FBI Dale Cooper, myślę więc, że śledztwo wkrótce zostanie zamknięte. Jeśli mimo wszystko zdecydujecie się spędzić tu choćby kilka dni, polecam miejscowe ciasto z wiśniami. Niebo w gębie! Dałbym się za nie pokroić.

Aż dziw, że lot na drugą stronę globu trwa tak krótko, prawda? Zmierzamy teraz do Hotelu Marigold, który reklamowany jest jako „eksluzywny kurort”. Cóż, w Indiach nic nie jest takim, jakim się wydaje. To raczej rudera, ale najwyraźniej dla chcącego nic trudnego, skoro nawet grupie dziarskich emerytów udało się doprowadzić budynek do jako takiego porządku... Swoją drogą, czyż ta historia nie zakrawa na opowieść w iście hollywoodzkim stylu?

A tak z innej beczki: jeśli będziecie Państwo potrzebowali dobrego miejsca, żeby się przyczaić albo przed kimś ukryć, to udajcie się do Hotelu Ostateczność. Ale ciii! Hotel pełni funkcję tajnej kwatery jeszcze tajniejszej organizacji WZS, więc musicie zachować dla siebie to, co przed chwilą powiedziałem. Jakiś czas temu trzy nieszczęsne sieroty uciekły tam przed demonicznym posiadaczem monobrwi, ale – biorąc pod uwagę ich wcześniejsze dzieje – przypuszczam, że to była jedynie kolejna z licznej serii pułapek. Miejmy nadzieję, że przedostatnia.

Dobra rada na sam koniec – nie traćcie nadziei nawet wtedy, gdy dziwnym trafem traficie do zatrważającego hotelu z mnóstwem pustych, zamkniętych pokoi! Nie ukrywam, że za drzwiami do nich znajdują się wasze największe koszmary, a niedaleko czai się potwór, gotów pożywić się waszym lękiem. Lada chwila jednak powinien się zjawić Doktor, a on poradzi sobie z każdym możliwym niebezpieczeństwem. O kim mowa? Spytajcie Państwo pierwszego lepszego Anglika, a powinniście się o nim wszystkiego dowiedzieć. Do tej pory niezwykły podróżnik miał aż jedenaście obliczy. Oj tak, barwna to postać, bez dwóch zdań.

Podczas tej podróży otrzymaliście Państwo całe mnóstwo mniej lub bardziej bezpośrednich wskazówek. Teraz proponuję swego rodzaju zabawę. Myślę, że warto pokusić się o samodzielne odnalezienie większej ilości informacji na temat miejsc odwiedzonych przez nas. Być może zechcą Państwo spędzić w którymś z nich nieco więcej czasu? Na razie bardzo dziękuję za wspólną wyprawę  – byli Państwo nieocenionymi słuchaczami. Mam nadzieję, że spędziliście miło czas; polecam się na przyszłość. Koniec trasy!

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.