Popkulturowy bestiariusz

Incubus fictus

Źródło grafiki: Clive Barker
Jak wiadomo, nie tylko poltergeistami, wampirami, zombie czy demonami horror stoi. A zatem czym twórcy gatunku są w stanie przestraszyć widza bardziej niż taką plejadą okropności? Kluczem do skutecznego przyspieszenia bicia serca okazują się nasze własne lęki – te ugruntowane kulturowo, jakoś wspólne wszystkim, ale też te uśpione w najmroczniejszych zakątkach psyche jednostki.
Z pierwszym rodzajem strachów sprawa przedstawia się względnie prosto: trzeba tylko wybrać pojęcie zakorzenione w ludzkiej psychice i nadać mu przerażającą formę. Dla przykładu niewinne lustro od dawien dawna budzi pewne obawy, bo oto w – tak czy siak zafałszowanym – odbiciu coś się rażąco nie zgadza. Nie taki gest, krzywe spojrzenie: i już rodzi się przekonanie, że w świecie po drugiej stronie kryje się nieskonkretyzowane zagrożenie, ot, jakaś Krwawa Mary, która po trzykrotnym wypowiedzeniu jej imienia przyjdzie, by wydłubać ci oczy. Do tego motywu odwołuje się we współczesnym duchu choćby naprawdę dobry Oculus. Podobnie ma się sprawa z osławionym potworem z szafy (seria Boogeyman), a także innymi wytworami dziecięcej wyobraźni, pojawiającymi się w całym szeregu produkcji, takich jak Babadook. Zazwyczaj mroczne istoty tego rodzaju zachowały jeszcze na poły ludzki wygląd, ale wszelkie pozory człowieczeństwa odebrano im przy pomocy bardzo prostych środków, czego przykładem niech będzie Freddy Krueger. Wystarczyło drastycznie oszpecić jego twarz oparzeniami i dodać atrybut godny nieludzkiego potwora: rękawicę z ostrzami, żeby wykreować wiarygodny obraz potępieńca budzącego przerażenie, który uosabia lęk przed okropnościami czającymi się w krainie nocnych mar oraz mrożącą krew w żyłach możliwością nieprzebudzenia się ze snu.

Czasem jednak odwołanie do jednej typowej obawy to za mało. Na genialny pomysł, co by było, gdyby istniał złowrogi byt, zdolny przybrać każdą postać odpowiadającą lękom bohatera wpadł nie kto inny, jak Stephen King. W jego bodaj najlepszej powieści, zatytułowanej TO, oraz jej serialowej adaptacji tytułowa maszkara staje się w razie potrzeby potworem z bagien czy klaunem mordercą, wabiącym dzieci do kanałów, aby je pożreć. Nic zatem dziwnego, że większość bohaterów ma problem ze stawieniem czoła nie tyle potworowi o wielu obliczach, ile właśnie własnym słabościom, bardzo różnym, ale zawsze obezwładniającym. A skoro już o cyrkowych błaznach mowa, nie można tu nie wspomnieć o innej upiornej postaci – serialowej tym razem – a mianowicie Twistym z czwartego sezonu telewizyjnej antologii American Horror Story. Te wyszczerzone zębiszcza mogą się śnić po nocach!

Źródłem lęku mogą się też stać nowe technologie, czy raczej to, co sobą reprezentują. Skoro ekran telewizyjny jest jedyną rzeczą fizycznie oddzielającą nas od świata wyobrażonego, czemu nie można by przekroczyć tej bariery? Konwencja opowieści grozy umożliwia wciągnięcie do telewizora małej dziewczynki (klasyczny Duch Tobe’a Coopera), dlaczego więc coś nie miałoby stamtąd wyjść? Wpadli na to Japończycy, obdarzeni doskonałym wyczuciem strachu, i to im świat zawdzięcza cykl The Ring. Krąg (niebawem w kinach kolejna jego odsłona, Rings) wraz z upiorną postacią Samary. Ponownie do osiągnięcia zamierzonego efektu wystarczyło niewiele: chorobliwie blada skóra, długie czarne włosy zasłaniające twarz, nienaturalny, rwany sposób poruszania. Równie ciekawy pomysł to niedawne wykorzystanie idei zdjęcia selfie w krótkometrażowej produkcji, którą możecie obejrzeć poniżej, chociaż potencjał jest o wiele większy. I nie wykorzystuje go bynajmniej zeszłoroczna Aplik@cja.

Zróbmy jednak zwrot w przeciwną stronę: rozważmy co się dzieje, jeśli zamiast postaci odczłowieczonych przez oszpecenie ukazuje się nam nieudolne imitacje, okazujące się wciąż zbyt ludzkie jak na nasze poczucie komfortu, a mianowicie lalki. W sukcesie Laleczki Chucky z 1988 i jej pięciu sequeli słychać echa efektu tzw. doliny niesamowitości, czyli hipotezy głoszącej, że obiekty, które nas przypominają, ale zachowują się w sposób wykraczający poza nasze oczekiwania, budzą w nas podskórny niepokój. I chyba właśnie dlatego zabawka biegająca z nożem, o wyglądzie dziecka, lecz duszy seryjnego mordercy, tak dobrze sprawdziła się jako straszak. Przeraża także jej młodsza koleżanka Annabelle, chociaż jest od swojego psychopatycznego protoplasty mniej ruchliwa, co chyba jedynie pogarsza sprawę.

A skoro już mowa o kategorii niesamowitości, wywodzącej się z myśli Freudowskiej, interesująco przedstawia się kwestia maszkar, które stanowią inwencję czysto autorską. Właśnie im wyjątkowo łatwo wedrzeć się – podążając za metodą psychoanalityka – w bezpieczną ostoję naszej codzienności, wykroczyć poza to, co komfortowo znajome, zawieść nas w obszary budzącej ciarki groteski. Mamy w tym wypadku do czynienia z realizacją nie typowych obaw, lecz raczej osobistych mrocznych wyobrażeń artysty, co niesie ze sobą nowe frapujące możliwości, oczywiście o ile twórca jest w stanie zobrazować je w sposób odpowiednio oddziałujący na odbiorcę. Mistrzem tego rodzaju horroru zdaje się Clive Barker, zwłaszcza jeśli chodzi o cenobitów z głośnej serii Hellraiser. Zdeformowane humanoidalne figury, noszące liczne ślady obrażeń, poznaczone drutami przebijającymi ciało czy igłami wbitymi w twarz, z makabrycznie wyeksponowanymi zębami i tym podobnymi atrybutami piekielnej proweniencji, wprost idealnie tworzą typową dla Barkerowskiego inferna atmosferę sadystycznej ekstazy, cierpienia niosącego niewytłumaczalną rozkosz. Od jeszcze bardziej fantazyjnych poczwar roją się oszałamiające obrazy twórcy (patrz: grafika tytułowa), którymi zilustrował chociażby swój baśniowy cykl powieści pod tytułem Abarat, wbrew pozorom niezbyt nadających się dla młodszego odbiorcy.

Doświadczeń bardziej odrealnionych, a mimo to nadal budzących dreszcze, dostarczają rozgrywki komputerowe. Niektóre, takie jak rojące się od mutantów Resident Evil albo Silent Hill, okazały się dla filmowców kąskiem zbyt smakowitym, aby przejść obok niego obojętnie. W rezultacie gargantuiczny nóż Piramidogłowego w skrwawionym fartuchu czy spotworniałe pielęgniarki o bezkształtnych obliczach, grasujące po kiepsko oświetlonych korytarzach, prześladowały po seansie niejednego kinomaniaka. Pomimo że ekranizacja – przynajmniej jej pierwsza część – jest filmem całkiem niezłym, ostatecznie dowodzi, że to gry stają się lepszym medium dla ukazania koszmarów (i to nie tylko tych obrazowych, rodem z wyobraźni na miarę H.P.Lovecrafta). Gry oraz...

...Internet. Zwłaszcza w popularnych creepypastach, czyli krótkich formach fikcyjnych mających przerazić czytelnika (warto też zapoznać się z bardzo interesującym zjawiskiem dwuzdaniowych horrorów). Co ciekawe, w ten sposób narodziło się kilka nowych urban legends, jak na przykład Slender Man lub Candle Cove. Pierwsza z nich wiąże się ze stworem odzianym w garnitur, o wydłużonej sylwetce, rozciągliwych ramionach i albo nieokreślonych rysach twarzy, albo zupełnie bez niej. Pojawia się on znikąd na zdjęciach tudzież ściga dzieci zapuszczające się tam, gdzie nie powinny. Postać wywodzi się z kilku fotografii spreparowanych w ramach konkursu i ma na tyle uderzającą prezencję, że doczekała się cameo w youtube’owych serialach, własnych gier, krótkometrażówki, którą znajdziecie niżej, a także pełnometrażowego filmu grozy (kolejny w przygotowaniu!). Warto wspomnieć, że stała się również domniemaną przyczyną kilku ataków nożem oraz podpaleń z udziałem nieletnich. Druga z wymienionych past cechuje się chyba nawet ciekawszym konceptem: otóż mamy szereg postów, jakby w ramach tematu na forum, które dotyczą starego serialu, zatytułowanego właśnie Candle Cove, z rodzaju tych nie do końca dla dzieci i nieco przerażających. Tyle że z czasem wychodzą na jaw pewne niepokojące fakty (straszne fabuły odcinków, wydające się niektórym jedynie snem, dziwne zbiegi okoliczności), a wreszcie okazuje się, że zdaniem matek wspominających tę produkcję, ich dorosłe już dzieci spędziły cały ten czas, gapiąc się na ekran telewizora wypełniony czarno-białym szumem. Tak prosty, a niepokojący pomysł postanowiła wykorzystać stacja SyFy, gdy tworzyła pierwszy sezon swojej antologii grozy Channel Zero. Psycholog dziecięcy, borykający się z problemami psychicznymi, wraca w nim do rodzinnego miasta, w którym znów, po latach, mają miejsce tajemnicze zniknięcia dzieci. Bohater stopniowo odkrywa przy tym powiązania tych zdarzeń z dziwnym serialem, oglądanym przez niego w dzieciństwie. Można mieć zastrzeżenia do niektórych rozwiązań zastosowanych w tej produkcji, lecz z pewnością nie sposób odmówić jej wierności źródłom, oniryzmu oraz gęstego klimatu.

Od lęków o długiej tradycji zobrazowanych na nowo do strachów stworzonych od nowa w sieci. Z horrorem dzieją się obecnie ciekawe rzeczy, niemal równie ciekawe, jak pomysły na pokazywanie rozmaitych ludzkich obaw. Może i gatunek często bywa odtwórczy, ale wciąż zdarzają się te nieliczne przykłady inwencji, które przy odrobinie szczęścia zapisują się w kanonie. Nie sposób przewidzieć, kiedy będziemy mieli do czynienia z kolejnym, ani jaką formę przybierze, co czyni sytuację tym ciekawszą. A tymczasem solidni rzemieślnicy grozy wciąż będą wydobywali na powierzchnię nasze skrywane lęki (m.in. strach przed ciemnością w Kiedy gasną światła), żebyśmy przez tę plus minus godzinę z kawałkiem mogli się porządnie pobać, inaczej niż w przypadku bohaterów TEGO, bez poważniejszych konsekwencji.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.