Winne the book

Śmierć z końcem świata na podniebieniu

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Naszym przeznaczeniem jest śmierć. Ta pisana małą literą. Zwyczajna i pospolita, zdarzająca się każdego dnia na całym świecie. Jedyna pewna rzecz, jaka zdarzy się w życiu, choć jest życia zaprzeczeniem. Śmierć to definitywny koniec wszystkiego, o czym wiemy. Nie ma niczego bardziej ostatecznego. Dlatego chyba Śmierć powinna być pisana wielką literą.
Jest potężniejsza od życia, bo ono się zdarza, a śmierć trwa. Myślicie, że się pomyliłem i jest odwrotnie? Ostateczność śmierci wobec życia jest tak silna, że uzasadnione wydaje się stwierdzenie „żyjemy po to, żeby umrzeć”. Dla śmierci nie jest istotne, jak żyjemy, czy wierzymy w wędrówkę dusz, czy może w ich wniebowzięcie. A może jesteśmy przekonani o pustce, jaką zostawia spotkanie z nią? Dla niej znaczymy tylko robotę do wykonania, a jest ona pracownikiem doskonałym, wymarzonym. Ma dwudziestoczterogodzinny dzień pracy i żadnych urlopów. Zdarza się jej chorowanie i to jest najpaskudniejszy okres jej aktywności. Bo kiedy śmierć przychodzi z chorobą, to przynosi cierpienie. Daje wtedy o sobie znać w sposób wyjątkowo niechciany. Śmierć w chorobie bywa jednak wyczekiwana jak kochanka. Paradoks przeznaczenia? Raczej jego kwintesencja, bo z przeznaczeniem trzeba się pogodzić.

A jakie jest miejsce śmierci w literaturze? Ona tutaj robi sobie marketing. Sprzedaje się w brudnych łachach lub we wspaniałej sukni ślubnej. Jest piękną kobietą albo w ogóle nie ma twarzy.

***

Artur Baranowski: Kiedy myślisz „przeznaczenie”, to jaka książka przychodzi ci do głowy?

Mariusz Szczygieł: Proces Kafki. Józefa K. dopada przeznaczenie, któremu nie może umknąć. Jak my wszyscy zresztą: żyjemy, a przez to jesteśmy skazani. Normalne i do zaakceptowania. On chce być lepszym człowiekiem.

A.B.: Jednak Józef K. nie akceptuje swojego przeznaczenia i podejmuje próbę walki.

M.S.: Ja uważam, że musimy zaakceptować. On się buntuje, mówi na próbę „Nie idę dalej”, i ostatnia jego myśl, że ginie jak pies. Uważam, że choćbyśmy jak pies kochali świat i innych ludzi, merdali światu ogonem i lizali stopy Absolutu, nic to nie zmieni. Jak pies… Kafka pisze, że wstyd tej sytuacji przeżyje po śmierci K. Uważam, że jeśli działa przeznaczenie, to nie ma żadnego wstydu.

A.B.: Bo to wyłącza nasz wpływ na skutki przeznaczenia lub odpowiedzialność za nie?

M.S.: Oczywiście. Przeznaczenie to dla mnie główna zasada naszego losu. Przeznaczenie śmierci oczywiście. Każdy z nas dostaje karę śmierci.

A.B.: Pachnie to pogodzeniem się z losem. M.S.: Los jest śmiercią i tylko pogodzenie się z nim może dać spokój. Nie mam innej filozofii. Filozofia... Moją filozofią jest dojść dobrą drogą do śmierci.

***

A może jednak przeznaczenie jest życiem? I to takim napisanym wielką literą? Modelem życia wkładanym sobie na kark. Stajemy przed szafą czy półką z książkami. I wtedy mamy wpływ na to, co ze sobą zabierzemy lub w co się ubierzemy. Każdy strój nas zmienia, a noszony dłużej zostawia zmiany trwałe. Każde przeczytane zdanie może skierować nas na ścieżkę przeznaczenia. Jak grom z jasnego nieba, jak boski znak, dotknięcie stwórcy. Jak magiczny napój, który wpływa na nasze DNA i po którym już nie możemy patrzeć na świat tak jak wcześniej. Nasze oczy dostrzegają to, co najważniejsze, spychając resztę w kąt. Wtedy spostrzegamy, że potrafimy już znajdować i dostrzegać sens i zadawać życiu pytania o ten sens. Ciągle, nieustannie i boleśnie. Ale nie wyobrażamy sobie innej drogi, jak tylko ta, po której ciągnie nas nasze przeznaczenie. A co życie robi w literaturze? Ono jest w wielokropkach i przestrzeniach między słowami.

***

Artur Baranowski: Kiedy myślisz „przeznaczenie”, to jaka książka przychodzi ci do głowy?

Wojciech Tochman: Na wschód od Arbatu Hanny Krall. Miałem może dwanaście lat, kiedy przeczytałem jej opowieści z dalekiego świata i zdecydowałem, że będę kiedyś pisał takie książki. Ale możliwe, że zdarzyło się to mniej więcej w tym samym czasie, ale po lekturze innej książki – Szachinszacha Kapuścińskiego. Tak, czy inaczej, te dwie książki i te dwa nazwiska były mi przeznaczone. Nie żałuję.

***

Artur Baranowski: Kiedy myśli Pani „przeznaczenie”, to jaka książka przychodzi Pani do głowy?

Hanna Krall: Nie, nie Makbet i jego wiedźmy, nie strzelba z pierwszego aktu, która w ostatnim musi wypalić… Nie literatura przychodzi mi na myśl. Życie, jak zawsze. Ciekawsze i bardziej pomysłowe od najbardziej wyszukanych zmyśleń. Ale skoro życzy Pan sobie książki, niech będą wiersze Józefa Czechowicza. Przepełnione lękiem przed zagładą, która MUSI nadejść. No i los Czechowicza: długa linia życia na jego dłoni, jego wiara w tę wyjątkową linię – i pierwsza bomba, która spada na Lublin, na zakład fryzjerski i na poetę z jego wyjątkową linią…

***

Czesław Miłosz napisał: „Chciałoby się wierzyć, bo chciałoby się wierzyć, że nie tylko złe przeczucia sprawdzają się poetom”. Losy Józefa Czechowicza zapisane były w jego „wyjątkowo długiej linii życia”, jak pisze Hanna Krall. W bruździe, która oznaczała dokładnie trzydzieści sześć lat. Wszyscy spodziewali się po niej długiego życia, ale stwórca zapisał na niej tylko te trzydzieści sześć lat. A potem we wrześniu 1939 roku śmierć strąciła na poetę bombę, akurat kiedy się golił. Bo ona umie doskonale czytać linie życia, od chwili kiedy stwórca kładzie na nich igłę, rozpoczynając naszą bieganinę w kółko w poszukiwaniu prostych myśli. Życie skrzypi, los podskakuje jak gramofonowa płyta, a śmierć zna nas od pierwszego krzyku do ostatniego westchnienia. Stwórca nas zostawia, wcisnąwszy nam w usta owoc poznania dobrego i złego, a śmierć słucha do końca. Poezja odczytuje linie życia, kiedy płyta naszego istnienia nadawana jest w wysokich tonach, reportaż zwalnia tempo i wyławia subtelności poniżej skali Życia.

Hanna Krall pisała:

„Nadlatywały samoloty i na wszystkich piętrach zaczynały dzwonić filiżanki w kredensach. (W roku trzydziestym dziewiątym, gdy wojna zaczynała się, dzwoniły w żydowskich kredensach. W roku czterdziestym czwartym, gdy się kończyła – w pożydowskich)”[1].

Czechowicz pisał:

„rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie

ja gdym z pługiem do bruzdy przywarł

ja przy foliałach jurysta

zakrztuszony wołaniem gaz

ja śpiąca pośród jaskrów

i dziecko w żywej pochodni

i bombą trafiony w stallach

i powieszony podpalacz

ja czarny krzyżyk na listach”[2]

***

Do Śmierci i Przeznaczenia, ale także Życia (pisanych wielką literą) należy wybrać wielkie wino z wyjątkowego miejsca. Takie powstaje w winnicy „World’s End” pod okiem genialnego winemakera – Jonathana Malthusa, który za swoje francuskie wina otrzymuje „setki” od Roberta Parkera[3]. Te, które powstają w Ameryce, najpewniej wkrótce także dostaną swoje 100 punktów. To przeznaczenie…

Źródło grafiki: maltus.com

Malthus to, obok Jeana-Luca Thunevina, koronowany król win zwanych „garażowymi”, bo powstają z owoców winorośli rosnących na bardzo niewielkich parcelach. Osiągają wysokie noty jurorskie i astronomiczne wręcz ceny. Wytwórca zaczynał w przemyśle naftowym, a winiarstwo jest jego drugim biznesem. Uważa, że największy wpływ na ostateczny kształt wina ma terroir, dlatego obsesyjnie szuka winnic położonych w miejscach mogących dać doskonałe wina. Szuka ich, jak widać, nawet na… końcu świata.

Gdzie dokładnie jest ten koniec świata? Dla wina „Rebel Rebel Chardonnay Reserve” jest to winnica Beckstoffer, która znajduje się nieopodal jeziora Hennessey. Panujący tam mglisty zatokowy klimat schładza powietrze, a spora zawartość gliny w glebie zatrzymuje wilgoć. Te dwa czynniki sprawiają, że winogrona są bardziej skoncentrowane niż gdzie indziej.

Zbiera się je ręcznie i sortuje, usuwając wszystkie uszkodzone lub spalone słońcem grona. Wyciśnięty z nich sok jest schładzany, żeby zachował owocową świeżość, i fermentowany w kontrolowanej temperaturze 14°C. Potem następuje krótkie leżakowanie w dębowych beczkach.

Co otrzymujemy? Trunek o żółtej barwie z zielonkawym odcieniem. W bukiecie aromatów wyczujemy brzoskwinie, cytryny i białe kwiaty. W ustach wino jest pełne i przynosi smaki ananasów, cytrusów i różowych grapefruitów. O takim winie mówi się, że na podniebieniu jest chrupkie i doskonale wyważone. Delikatna nuta wanilii pochodzi od dębowej beczki, z którą trunek miał krótki kontakt. Wino żegna nas niezwykle przyjemnym i długim finiszem.

„Rebel Rebel Chardonnay Reserve” można trzymać w piwniczce kilka lat, żeby nabrało jeszcze doskonalszego charakteru i przyniosło lepsze doznania degustacyjne. Ale w końcu jego przeznaczenie też jest oczywiste.

[1] H. Krall, Wyjątkowo długa linia życia, Wydawnictwo a5, Kraków 2005, s. 14.
[2] J. Czechowicz, Poezje, Wydawnictwo Lubelskie 1982, s. 161.
[3] Robert Parker to najbardziej wpływowy krytyk wina na świecie. Stworzył stupunktowy system rankingowy. Każde wino może uzyskać od 50 do 100 punktów – za kolor, wygląd, bukiet, smak i potencjał. Trunki, które otrzymują powyżej 90 punktów, uznawane są za wybitne. Jak dotąd tylko jedno wino niezmiennie, od sześciu lat, otrzymuje „setkę” od Parkera – „M. Chapoutier Ermitage L'Ermite Blanc” (a jest tych trunków już łącznie jedenaście). 

Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.