Mityng

Barwne bajania Kraju Kwitnącej Wiśni

Źródło grafiki: flickr: goo.gl/E6TUKI (Stuart Rankin)
Nie sposób zaprzeczyć, że folklorystyczna kultura Japonii należy do jednych z najbardziej kreatywnych na świecie. Trudno się temu dziwić, skoro praktycznie wszystko może się w niej stać domem dla duchów błąkających się po świecie – zwierzęta, rośliny, zjawiska atmosferyczne, przedmioty, a nawet słowa! W konsekwencji oprócz istot prawdziwie przerażających napotkamy w wierzeniach tego egzotycznego kraju także stworzenia dziwaczne i groteskowe (śmiejące się owoce w kształcie ludzkich głów, człekokształtne bananowce) – obce dla naszej kultury, bo mocno zanurzone we wschodnim kolorycie. I to między innymi takim yōkai jako szczególnym przykładom wschodniej kreatywności chcę się dogłębniej przyjrzeć. Zapraszam zatem na kolejne spotkanie z mitologicznym dorobkiem ludzkości.
Pretekstem do powstania tej odsłony mojego cyklu stało się pierwsze pełne anglojęzyczne wydanie kanonicznych dzieł Toriyamy Sekiena (w rzeczywistości Sano Toyofusy z dziedzicznej linii tzw. obōzu, wysokich urzędników w służbie Szoguna), jednego z czołowych badaczy tematu z XVIII wieku, o którym pisałem również w rozdziale Popkulturowego bestiariusza poświęconym tym niezwykłym kreacjom. W zbiorze zatytułowanym Japandemonium Ilustrated zgromadzonych zostało kilkaset miejscowych legend, można go zatem postrzegać jako swoisty przekrój niewyobrażalnie obszernej bazy podań. Warto jednak zaznaczyć, że bardziej niż naukowe opracowanie miał on stanowić rodzaj wyrafinowanej rozrywki, przepełniony jest zatem mnóstwem opisów bogatych w  gry słowne oraz imponujących ilustracji autorstwa samego Sekiena, które to same w sobie stanowią kopalnię odniesień czytelnych tylko dla Japończyków. Nie dość przy tym, że wymyślił on wiele spośród stworzeń przywołanych na kartach tego opracowania (ostatni z oryginalnych tomów to już niemal w całości owoc jego sennych wyobrażeń) – na dodatek uczynił to z takim kunsztem, że z czasem stały się one integralną częścią ludowości. Co jednak istotniejsze, mamy tu do czynienia z dziełami przełomowymi w kontekście historycznym: wzmiankowane grafiki to pierwsze przykłady uzupełnienia nadnaturalnych sylwetek o tło. Ponadto nigdy wcześniej gawędy rozsiane po kraju nie zostały zebrane w formie książkowej. Niewątpliwie bez nich niemożliwa byłaby opisywana przeze mnie wcześniej inwazja yōkai na popkulturę. Przekonajmy się zatem, o co tyle szumu.
Pretekstem do takiego a nie innego przedstawienia przez Sekiena niektórych z rozlicznych demonów Kraju Kwitnącej Wiśni bywały niekiedy wyłącznie względy lingwistyczne oraz specyficzne poczucie humoru twórcy. Tak narodził się na przykład ami-kiri – „przecinacz siatek”[1], którego nie można jednak nazwać zwykłym insektem-pogromcą zasłonek przeciw komarom. Przypomina on bowiem bardziej krewetkowatego skorupiaka, a wszystko dlatego, że termin ami określa zarówno element domowego wyposażenia padający jego ofiarą, jak i pewien gatunek smacznego morskiego stworzonka. Żeby przekonać się, jakież dziwadło powstało z tego połączenia, wystarczy zerknąć na powyższą ilustrację. Natomiast w przypadku chochlikowatych yanari, odpowiedzialnych za skrzypienie starych domów (no bo niby dlaczego miałaby to być wina osiadającej budowli albo wiekowego drewna?), twórca odwrócił kolejność znaków kanji naru ya, oznaczających „skrzypiący dom”, aby zasugerować, że to właśnie coś innego powoduje te irytujące odgłosy. Ożywiony i obdarzony mnóstwem oczu zasuwany ekran shōji, czyli mokumoku-ren, oraz towarzyszący mu krótki opis stanowią nawet dalej posunięty, podwójny żart – w nazwie użyty został dwa razy znak oznaczający oko (będący zarazem piktogramem oka), w tekście zaś pojawia się aluzja do gry w go, w której punkty niezajęte przez kamienie nazywane są właśnie „oczami”. Zawiłość japońskiego języka jeszcze bardziej widać na przykładzie, kiedy to przez drobną zmianę we frazie „bóg za tobą” dostajemy „włosy na tyle twojej głowy”. Niekiedy jednak geneza bywa o wiele prostsza: powszechnie rozpoznawalna taka-onna („wysoka kobieta”), czyli istota o wydłużonym ciele i wyrazistym makijażu, stanowi aluzję do wysokich kurtyzan –  prostytutek nie dość, że drogo sprzedających swe usługi, to jeszcze trudno dostępnych. Albo dajmy na to iyaya („o nie!” w japońskim mówionym), ukazujące odbicie w wodzie brzydsze niż rzeczywiste: nazwane zostało tak tylko dlatego, że to najbardziej prawdopodobna fraza, która wyrwie się z ust kobiety spoglądającej na nie.

O wiele ciekawsze, ale też momentami mniej czytelne ze względu na silne powiązanie z wierzeniami budyjsko-taoistycznymi albo – tradycyjnym teatrem japońskim łączącym mimikę, taniec, śpiew oraz muzykę – są wpisy nawiązujące do bardziej rozwiniętych historii. Shōkera, strażnicy śpiących, uosabiają słowo ochronne obecne w rytualnym zaśpiewie doktryny Kōshin. Głosi ona, że ciało ludzkie zamieszkują swego rodzaju „robaki”, które rejestrują wszystkie nasze dobre i złe uczynki. Co sześćdziesiąt dni opuszczają swoje schronienie, aby zdać raport bogom, jednak mogą to uczynić tylko wtedy, kiedy człowiek śpi. Shōkera w swojej zarówno werbalnej, jak i fizycznej formie mają za zadanie powstrzymać owe „robaki”. Pewna buddyjska przypowieść zawiera wzmiankę o innym niezwykłym przypadku: oto mnich studiujący nauki Buddy wyłącznie dla sake i zysku umarł, a następnie odrodził się jako bestia o wielkim ciele, ale bez dłoni, nosa, oczu czy stóp – obdarzona tylko ustami, aby żywić się ludźmi. Stało się tak dlatego, że posiadał on może i bystre usta, jednak nie dostąpił daru oczu mądrości, dłoni wiary ani nóg cnotliwego postępowania.
Toriyama Sekien przy tworzeniu swego kompendium okropności korzystał z sag stanowiących część ogólnie znanego dziedzictwa. Jedną z nich jest Heike monogatari (Opowieść o Heike), w której opisane zostały dzieje okrutnego Tairy no Kiyomoriego, mimo swej bezwzględności uważającego się za cnotliwego człowieka. W jego ogrodzie pojawiały się coraz to kolejne czaszki zabitych przez niego ludzi, tworząc jedną wielką zjawę, z którą Kiyomori mierzył się tylko wzrokiem.

Inne stworzenie nazwane zostało na cześć sutry Hannaya-kyō, zawierającej opowieść o pani Rokujō, która odrzucona przez swego kochanka Hikaru Genjiego do tego stopnia wpada we wściekłość, że jej dusza wychodzi z niej nocą, aby prześladować żonę niegodziwca, Aoi.

Jeszcze bardziej nieszczęśliwą historią miłosną jest ta o dzwonie Dōjōji. Opowiada ona o tragicznych kochankach – mnichu Anchinie oraz pięknej Kiyohime, którą poznał podczas swej pielgrzymki. Chociaż łączyło ich prawdziwe uczucie, duchowny zdecydował się uciec, żeby nie złamać swych ślubów czystości. Ukochana ruszyła w ślad za nim, przemieniając się w pewnym momencie w węża, aby przebyć rzekę, aż doścignęła go w świątyni Dōjō-ji, gdzie mnicha na jego prośbę ukryto wewnątrz potężnego dzwonu. Kiyohime zamieniwszy się ponownie w węża, oplotła schronienie mężczyzny, które wedle jednej z wersji podania stopiło się w kałużę wrzącej wody.

Todai-ki („świeczkowy demon”) nawiązuje do legendy bardziej ugruntowanej w systemie politycznym Japonii. Oto minister Karu przybył do Chin jako posłaniec, lecz został tam otruty: nie mógł mówić, jego ciało przemalowano, a na głowie umieszczono świeczkę. W odwiedziny do ojca przybył kanclerz Hitsu, a ujrzawszy go, Todai-ki załkał, ugryzł się w palec i spisał krwią wiersz, który zdradził jego prawdziwą tożsamość.

Jedną z najsilniej obecnych w folklorze, a zarazem najpotężniejszych istot prześladujących Japonię pozostaje Tamamo-no-mae, zmiennokształtna lisica – duch kitsune, której ciało wydzielało wciąż cudny aromat, a ubranie pozostawało nieskazitelne przez cały dzień. Ta niesłychanie mądra i przebiegła oszustka rozkochała w sobie cesarza i została jego faworytą z zamiarem zagarnięcia dla siebie tronu. Podstęp został jednak wykryty, a ściganą Tamamo zastrzelono strzałą. Jej ciało stało się faktycznie istniejącą strukturą, Sessho-seki (Kamieniem Odbierającym Życie).

Równie intrygująco prezentują się wycinki z japońskiej mitologii we właściwym tego słowa znaczeniu, choćby w postaci narodzin księżniczki Ama-no-zako. Parafrazując opis Sekiena (stanowiący zresztą cytat), „gdy pierś boga Susano-o przepełniła wściekłość, wypuścił ją z siebie wraz z oddechem, poczynając właśnie to dziecię. Miała ona ciało ludzkie, lecz głowę zwierzęcia z długim nosem i uszami. Nawet gdy stawiło jej czoła potężne bóstwo, nadziewało się na hak jej nosa i ciągnięte było przez dystans 1000 ri. Nawet gdy nacierał na nią potężny miecz, jego ostrze nie mogło sprostać jej zębom. Imię jej było ksieżniczka Ama-no-zeko. Wypełniła swe ciało życiodajną esencją ki i dziewiczo poczęła syna. A imię jego Ama-no-saku”.
Na koniec warto przyjrzeć się sekcji książki poświęconej sennym widziadłom artysty, gdyż najbardziej obfituje ona w fantazyjne koncepcje i wizualnie kreatywne rozwiązania. Dominują w niej ożywione przedmioty – pióra, przeklęte sutry, lustra, porcelana, umywalki, a nawet... siodła czy strzemiona! To pierwsze, kurayarō, jest tak naprawdę rozzłoszczoną ofiarą dawnego konfliktu w erze Hōgen. Kurayarō zostało nacięte z przodu, aby dzielny Kamada Masakiyo mógł się go mocniej trzymać w obliczu surowej pogody. Natomiast strzemię, abumi-guchi, wierszem przytoczonym przez autora przypomina o  epizodzie ze znanej sztuki , kiedy to jego jeździec-wojownik został postrzelony strzałą w kolano i przyszpilony do boku konia. I chociaż udaje mu się wydostać z potrzasku, decyduje się popełnić rytualne samobójstwo, aby nie spowalniać towarzyszy.

Oryginalny tytuł niezamierzonego opus magnum Sekiena – w głównej mierze to właśnie przez nie został zapamiętany – brzmi (w uproszczonej formie) Gazu-hyakki-yakō, co można przetłumaczyć jako Nocna parada stu demonów. Wyobraźcie sobie zatem groteskową procesję fantazyjnych maszkar, kroczących ulicami jakby nigdy nici nawiązującą tym samym do legendarnej plagi yōkai, która rzekomo spadła na dawne Kyoto. Zobaczcie oczami wyobraźni wszystkie te ożywione siodła i strzemiona, zmniennokształtne bestie tanuki i kitsune, miniaturowych ludzi z porcelanowymi głowami, opętane lampy, żywe płomienie, na poły humanoidalne widma, jędze, kobiety-pająki, zjawy oraz widziadła – wszyscy zgromadzeni w jednym miejscu, stłoczeni zupełnie jak na kartach tej obszernej księgi, wydrukowanej na japońską modłę. Ach, cóż to byłby za niezwykły widok!

[1] Wszystkie tłumaczenia terminów oraz fragmentów tekstu z języka angielskiego zostały dokonane przeze mnie.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.