Imaginacje&Inspiracje

Opus magnum

Źródło grafiki: http://fc09.deviantart.net/fs33/i/2008/240/7/4/THE_DARK_TOWER_by_lilbenji25.jpg
Można nie lubić Stephena Kinga, nazywanego często „królem horroru”, nie gustować w jego pisarskiej stylistyce, nie zgadzać się z jego podejściem do pewnych kwestii, nie aprobować zbyt rozwlekłych (podług niektórych czytelników) fabuł. Jedno wydaje się jednak pewne: jest jeden taki utwór Kinga, obok którego nie można przejść obojętnie, i to z wielu powodów.

Monumentalny cykl Mroczna Wieża sam autor uważa za dzieło swojego życia. Sporo w tym prawdy. Zacznijmy od tego, że geneza serii sięga daleko wstecz – jako 23-latek King stworzył pierwotną wersję tomu pierwszego, zainspirowaną poematem Roberta Browninga Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął, westernami z Clintem Eastwoodem, trylogią Tolkiena oraz legendami arturiańskimi. Pięć krótkich historii, których bohaterem był Roland Deschain, ostatni rewolerowiec, ścigający przez pustynię tajemniczego Człowieka w Czerni (wydano je w formie książki w roku 1982 i nieco zmieniono w roku 2003) stanowiło początek wielkiej przygody – przygody, która odgrywa również rolę całokształtu twórczości artysty i przekroju przez jego życie.

Do tej pory powstało osiem książek z serii. Ostatnia z nich, zatytułowana Wiatr przez dziurkę od klucza, ukazała się na początku tego roku, dziewięć lat po oficjalnym zakończeniu historii Rolanda i jego ka-tet (w języku stworzonym na potrzeby książki to określenie oznacza grupę osób połączonych przez przeznaczenie). Co ciekawe, niemal każda z nich czerpie z innej stylistyki. Fabuła tomu drugiego i szóstego rozgrywa się w dużej mierze w świecie rzeczywistym, dlatego też te części cyklu mają wiele wspólnego z powieściami akcji. Tomy czwarty i ósmy to gawędy, pierwszy z nich ma raczej charakter obyczajowy z domieszką westernu, drugi zaś jest oryginalną baśnią szkatułkową. Piąta odsłona Wilki z Calla – stanowi hołd dla obu wersji (japońskiej i amerykańskiej) filmowej opowieści o siedmiu śmiałkach, występujących w obronie miasta atakowanego przez bandę opryszków. Jednak to w tomach: pierwszym, trzecim i siódmym widać chyba najwyraźniej specyfikę Mrocznej Wieży jako sagi drogi.

Można powiedzieć, że schemat rozwoju wydarzeń jest nam dobrze znany. Główny bohater, podążając za swoim przeznaczeniem, zbiera drużynę (gromadkę co najmniej barwną, do której należą: kaleka kobieta z rozdwojeniem jaźni, narkoman, „syn” Rolanda – Jake oraz gadający zwierzak) i razem z nią pokonuje niebezpieczeństwa, zmaga się z totumfackimi hordami złowrogiego monarchy (jego symbolem jest oko, cóż za niespodzianka), aby wreszcie dotrzeć do odległego celu, gdzie czeka na niego ostateczna próba. Brakuje tylko pierścienia, ale za to mamy groźne magiczne kule rodem ze Śródziemia. Także język stworzony na potrzeby powieści inspirowany był mową elfów. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszystkie te nawiązania są jak najbardziej zamierzone, podobnie jak i cała rzesza innych – niektórych ewidentnych, innych zawoalowanych. King bawi się konwencjami, miesza schematy i łączy pozornie niezwiązane motywy, tworząc iście awangardowe, wielopłaszczyznowe dzieło, własnego, mrocznego Władcę Pierścieni na miarę naszych czasów, sagę, w której zabrakło miejsca na happy end.

Cykl obfituje również w odwołania do konkretnych wcześniejszych dokonań mistrza grozy. Jednym z bohaterów jest protagonista Miasteczka Salem – ojciec Callahan, pojawiają się wampiry. Przepustkę do zdobycia wieży i pokonania jej rezydenta, Czerwonego Króla, stanowią rysunki Patricka Danville’a, którego po raz pierwszy poznajemy w Bezsenności (podobnie jak i wyżej wspomnianego tyrana). Kolejnym przeciwnikiem Rolanda i jego towarzyszy okazuje się Randall Flagg, złoczyńca opisywany zarówno w Bastionie, jak i w Oczach kota. A to dopiero czubek intertekstualnej góry lodowej! Przyjemność znajdowania kolejnych powiązań zostawiam już jednak czytelnikom.

Nietrudno dostrzec motywy arturiańskie, obecne chyba najmocniej w przedostatniej (ostatniej pod względem chronologii akcji) odsłonie sagi. Tuż przed osiągnięciem celu swojego życia Roland stawia czoła demonicznemu Mordredowi – własnemu synowi (okoliczności jego narodzin są niesłychanie skomplikowane, a cały ten wątek należy niestety do najsłabszych rozwiązań fabularnych). W Rolandzie nietrudno się w tym kontekście doszukać króla Artura. Rewolwerowiec to mimo wszystko postać sama w sobie niezwykła: ze względu na obsesję na punkcie Mrocznej Wieży, bezwzględność, wyrachowanie, brak wątpliwości przy podejmowaniu decyzji wątpliwych moralnie staję się on klasycznym antybohaterem  (jakby przeciwieństwem swojego imiennika z eposu rycerskiego), któremu jednak – poznawszy jego przeszłość, tragiczną pod wieloma względami – kibicujemy i którego ostateczny los może prawdziwie zasmucić. Autor przekornie na ojczyznę tak skomplikowanego człowieka wybiera biblijną krainę Gilead.

I pomyśleć, że niewiele brakowało, a Mroczna Wieża nie doczekałaby się końca. Stało się inaczej, a decydujący wpływ na to wywarły wydarzenia z 1999 roku, kiedy to Stephen King, potrącony przez kierowcę ciężarówki, niemalże stracił życie. Wypadek w dość niezwykły sposób wpłynął na końcowe tomy sagi. Autor postanowił wprowadzić do opowieści... samego siebie! Co ciekawe, jego wizerunkowi na kartach książki daleko do idealnego. Z drugiej jednak strony jego rola w opowieści jest niesłychanie ważna. Elementy prywatnego życia pisarza wplecione w dzieło zakrawają o literacki ekshibicjonizm. Stephen King tłumaczy taki zabieg w krótkiej nocie odautorskiej, zamieszczonej na końcu siódmego tomu: „Jest na to takie przemądrzałe akademickie określenie – metafikcja. Nienawidzę go. Nienawidzę jego pretensjonalności. Jestem w tej opowieści tylko dlatego, że od pewnego czasu wiem (...), że w wielu moich książkach są odnośniki do świata Rolanda i jego historii. Ponieważ to ja je napisałem, wydaje się logiczne, że jestem częścią ka [przeznaczenia] rewolwerowca. Zamierzałem wykorzystać opowieści cyklu «Mrocznej Wieży» jako rodzaj podsumowania, zunifikowania jak największej liczby moich poprzednich książek pod szyldem jakiejś nadrzędnej opowieści. Nie chciałem, żeby było to pretensjonalne (...), zamierzałem jedynie pokazać, jak życie wpływa na sztukę (i vice versa)”[1].

Wielu krytyków, a także i fanów powieści narzekało na zakończenie cyklu. King wprawdzie mocno zaznaczył, że sam nie czuje się z niego do końca zadowolony, ale według niego to jedyne właściwe zakończenie tej opowieści[2]. Jestem skłonny się z nim zgodzić. Moim zdaniem każdy inny (a przynajmniej szczęśliwy) koniec sprawiłby, że siła oddziaływania sagi na czytelnika uległaby znacznemu zmniejszeniu, a teraz przynajmniej można się pokusić o różnorodne interpretacje pod kątem symboliki. Warto zwrócić uwagę, że to nie jedyny przykład metaforycznego wydźwięku fabuły. Duże pole do analizy daje chociażby rozmowa Rolanda z Człowiekiem w Czerni na końcu tomu pierwszego, która – ze względu chociażby na to, że ma miejsce na plaży – bardzo przypomina słynną sekwencję z filmu Ingmara Bergmana Siódma pieczęć. W siódmym tomie natomiast w niezwykły sposób wykorzystane zostają elementy teorii psychoanalizy Zygmunta Freuda.

Mimo kilku mankamentów Mroczna Wieża pretenduje do miana jednego z najlepszych wytworów pisarskich Stephena Kinga (i bezdyskusyjnie jego opus magnum), ale również jednej z najbardziej wartych uwagi serii fantasy, która ze względu na niezwykle bogaty w barwne postaci i miejsca, dopracowany w szczegółach świat przedstawiony zasługuje na wyjątkowe miejsce pośród innych dzieł tego gatunku. Podobnej opowieści nie było i już raczej nie będzie. Polecam przekonać się o tym na własnej skórze, bo lektura tego ośmioksięgu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

[1] Stephen King, Od autora, [w:] tegoż, Mroczna Wieża VII. Mroczna Wieża, tłum. Zbigniew Królicki, wyd. Albatros, Warszawa 2006, s. 765 – 766.
[2] Tamże.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.